Rozdział 3

Perspektywa Katherine

Burczało mi w brzuchu, kiedy weszłam z Jasmine do stołówki. Poranna konfrontacja z matką sprawiła, że wyszłam bez śniadania, a teraz stanęłam przed kolejnym problemem — nie miałam pieniędzy na lunch. Tęsknie zerknęłam w stronę kolejki po jedzenie, zastanawiając się, czemu Jasmine tak szybko się do mnie przyczepiła. Nikt nigdy nie okazywał mi aż takiego zainteresowania bez ukrytych intencji.

Tyle że po raz pierwszy w życiu złapałam się na tym, że chcę budować więzi. Moja samoświadomość rosła z każdą przeprowadzką, z każdą nową szkołą, i miałam dość izolacji. Może w Portland, gdzie — miałam nadzieję — dokończę ostatnią klasę, wreszcie będę mogła mieć przyjaciół, jakąś paczkę, coś choć trochę zbliżonego do normalności.

— Myślisz, że jesteś taka wyjątkowa, co? — głos Belli dobiegł zza moich pleców, ociekający pogardą.

Odwróciłam się i spojrzałam jej prosto w oczy. — Jaki ty masz teraz problem?

Jasmine podeszła bliżej, ale dyskretnie dałam jej znak, żeby się nie wtrącała. To była moja walka. Walczyłam o swoje wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak sobie poradzić z rozpieszczoną wilkołaczycą.

— Udajesz taką słodką i niewinną, a jesteś po prostu pierdoloną dziwką, co? — idealny makijaż Belli nie potrafił ukryć ohydnego grymasu, który wykrzywiał jej twarz.

— Nie miej do mnie pretensji, że twoi gówniarze-chłopczycy się mną interesują. To nie mój problem. — W klatce piersiowej narastało mi niebezpieczne ciepło — moja zdolność OGNIA odpowiadała na złość. Zepchnęłam je w dół, skupiając się na utrzymaniu kontroli. Uczucie żaru rozlewającego się pod skórą było mi znajome, ale w tak publicznym miejscu brzmiało jak alarm.

Bella zrobiła krok bliżej, ściszając głos do groźby. — Sprawię, że tego pożałujesz, możesz być pewna. Mam więcej sposobów, żeby uprzykrzyć ci życie, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić.

— Nie mogę się doczekać — odparłam, a w moim głosie zabrzmiało coś ostrego, niebezpiecznego, co zaskoczyło nawet mnie.

Przez twarz Belli przemknęło coś ulotnego — niepewność, może nawet strach — po czym wycofała się do stolika swoich przyjaciółek, teatralnie przerzucając włosy przez ramię.

Jasmine, zauważywszy, że zerkam na kolejkę po jedzenie, kiedy tylko usiadłyśmy, po cichu przesunęła mi po stole połowę swojej kanapki.

— Dzięki — mruknęłam, zawstydzona, ale wdzięczna. Ten gest życzliwości przypomniał mi, dlaczego w ogóle chciałam mieć przyjaciół.

Zaprowadziła mnie do stolika, przy którym siedziało kilkoro uczniów; natychmiast zasypali mnie pytaniami o to, jak to jest być tu nową.

— Mojej mamie zaproponowali pracę w tutejszym barze — wyjaśniłam. — Lepsza kasa, więc się przeprowadziliśmy.

— Podoba ci się Portland? — zapytała dziewczyna z jaskrawozielonymi pasemkami.

— Nie jest źle. Są tu naprawdę świetne szlaki do wędrówek i wybrzeże.

Caspian, mój sekretny przyjaciel, ożywił się. — Lubisz chodzić po szlakach?

— Tak. Lubię być na zewnątrz. Lasy i wybrzeże wokół Portland są piękne.

— Znam kilka tras, których nie ma na żadnych mapach — zaoferował Caspian. — Zwłaszcza w rejonach leśnych objętych ochroną.

Okazałam zainteresowanie, jednocześnie zachowując ostrożność. Postanowiłam zaryzykować i spróbować zbudować jakąś więź, mimo zakorzenionej nieufności.

— Brzmi ciekawie. Chętnie bym je kiedyś zobaczyła — powiedziałam ze szczerym uśmiechem.

Nagle stołówka ucichła. Podążyłam za spojrzeniami wszystkich i zobaczyłam, jak do środka wchodzą trojaczki, a ich markowe ubrania odcinały ich od reszty uczniów. Twarz Belli rozjaśnił olśniewający uśmiech.

Odwróciłam się, ale to nic nie dało — czułam ich obecność jak fizyczne przyciąganie. Trojaczki odprawiły uczniów od pobliskiego stolika i usiadły tuż obok, dosłownie kilka centymetrów ode mnie. Od razu rozpoznałam w nich wilkołaki, ale byłam pewna, że moja własna wilcza natura pozostaje ukryta pod działaniem tojadu. Pewnie byli po prostu ciekawi nowej dziewczyny — tłumaczyłam sobie — nic więcej.

Przewróciłam oczami na Jasmine, a ona odpowiedziała mi porozumiewawczym spojrzeniem.

— Więc, Katherine — ciągnął Caspian, niewzruszony pojawieniem się trojaczków — kiedy mogę pokazać ci te szlaki? Myślę, że spodobałyby ci się niektóre sekretne miejsca w rezerwacie leśnym.

— Chcesz mnie zabrać na wędrówkę? Doskonale potrafię pójść sama — odparłam.

— Trasy, które znam, są dość zaawansowane, a niektóre miejsca trudno znaleźć, jeśli nie znasz okolicy.

Jasmine wtrąciła: — Caspian, przestań być podrywaczem i daj jej odetchnąć. Będziesz miał mnóstwo czasu, żeby do niej zarywać później, ale to jej pierwszy dzień.

Wszyscy się roześmiali, ale zauważyłam, że Samuelowi lekko napina się szczęka na zaproszenie Caspiana. Oczy najstarszego z trojaczków ani na chwilę nie odrywały się od mojej twarzy i znów poczułam to dziwne przyciąganie — jakby próbował zajrzeć pod moją starannie zbudowaną fasadę.

— Dużo się przeprowadzałaś? — zapytała jakaś dziewczyna, przyciągając moją uwagę z powrotem do rozmowy.

— Tak, jak dotąd cztery szkoły. Mam nadzieję skończyć tutaj ostatnią klasę, ale zobaczymy. — Starałam się brzmieć swobodnie mimo ciężaru, jaki niosły moje słowa.

— Jeśli nie znosisz mokrej, zimnej pogody w Portland, to czemu chcesz tu kończyć ostatnią klasę? — zapytała Jasmine.

— Fajnie byłoby chociaż raz dokończyć pełny rok w jednej szkole. Naprawdę przeżyć liceum jak trzeba. — Rozejrzałam się po stole, po moich potencjalnych nowych znajomych. — Może wreszcie pójść na bal, zapisać się do jakiegoś kółka, robić normalne nastoletnie rzeczy.

— Większość z nas dorastała razem — wspomniał Caspian.

Poczułam znajome ukłucie. — Masz szczęście. Ja tak naprawdę nigdy się do nikogo nie zbliżyłam, bo wiedziałam, że to nie ma sensu. I tak w końcu bym wyjechała. — Gorycz zabarwiła mój głos. — Ale mam dość bycia sama. Tym razem chcę spróbować czegoś innego.

— Utrzymujesz kontakt z przyjaciółmi z poprzednich szkół? — zapytała Jasmine.

— Nie. Większość pewnie nawet nie pamięta, kim jestem. — Pomyślałam o swojej wyjątkowej tożsamości mieszańca i o mojej misji — szczegółach, które czyniły normalne przyjaźnie niemożliwymi. Ale może tutaj, gdzie nadprzyrodzone istoty już istniały jawnie, mogłabym znaleźć jakiś środek między tajemnicą a więzią.

Zauważyłam, że inni przy stole zerkają ukradkiem na trojaczki, ale ja odmawiałam uznania ich obecności. Mimo to czułam na sobie ich spojrzenia, zwłaszcza Samuela; w jego wzroku było coś niepokojąco podobnego do rozpoznania i determinacji.

Nie potrafiłam pozbyć się podejrzenia, że Portland kryje w sobie więcej nadprzyrodzonych sił, niż mi powiedziano, i że jakoś wylądowałam dokładnie na ich celowniku. Ale na razie, otoczona potencjalnymi przyjaciółmi i wciągnięta w zwyczajną nastoletnią rozmowę, pozwoliłam sobie cieszyć się tą chwilą — choćby miała być ulotna.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział