Rozdział 5
Punkt widzenia Katherine
— Co ty tu robisz? — syknęłam, trzaskając za sobą drzwiami.
Caspian siedział na moim łóżku, a jego długie, szczupłe ciało leniwie opierało się o poduszki, jakby był u siebie.
Jego wargi wygięły się w ten znajomy kpiący uśmieszek. — Muszę przyznać, że dziś w szkole poszło ci dobrze. Nawet nie drgnęłaś, kiedy mnie zobaczyłaś.
— A czemu miałabym drgnąć? Nie byłam zaskoczona, że cię tam zobaczę. — Rzuciłam plecak na podłogę. — Wiedziałam, że wyślą kogoś, żeby mnie pilnował.
— Tak, i wygląda na to, że tą osobą jestem ja. — Oczy Caspiana śledziły mnie, gdy krążyłam po pokoju. — Więc co ty właściwie robisz z trojaczkami? W ogóle nie poświęciłaś im uwagi.
Zmrużyłam oczy. — To nie twoja sprawa. Kiedy będę gotowa, powiem trojaczkom, kim jestem.
— No to lepiej się pospiesz. Czas się kończy. — Jego głos opadł do szeptu, a na twarzy odcisnęło się napięcie.
Zatrzymałam się, przyglądając mu przez chwilę, po czym zapytałam: — Przyniosłeś to?
Caspian sięgnął do plecaka i wyciągnął małe czarne etui. W środku było kilka igieł i fiolek z przezroczystym płynem. Usiadłam obok niego na łóżku i z wyćwiczoną wprawą nabrałam trochę płynu do strzykawki. Zsunęłam skarpetkę i wbiłam igłę między palce u stopy, nawet nie drgając, gdy przebiła skórę.
Caspian patrzył, a jego twarz wykrzywiło niezrozumienie. — Jak ty możesz robić to sama sobie?
— Tobie jest łatwiej — warknęłam, a w głosie zapłonęła złość. — Wszyscy myślą, że jesteś człowiekiem, bo nie potrafią wyczuć w tobie wilka.
— Bo nie jestem wilkołakiem — odparł Caspian.
— No tak, myślisz, że ja o to prosiłam? — Głos mi lekko pękł. — Myślisz, że tego chciałam?
— Nie. — Ton Caspiana złagodniał. — Ale ludzie zaczynają się niepokoić tym, co tu robisz.
— Jestem w Portland od miesiąca. Dzisiaj poznałam ich pierwszy raz. Daj mi, kurwa, spokój. — Ostrożnie schowałam wszystko z powrotem do czarnego etui, potem uniosłam luźną deskę podłogową i wsunęłam etui pod spód.
Caspian podszedł do okna i oparł się o framugę. — Katherine, wiesz, że jestem po twojej stronie.
— Tak, wszyscy mówią, że są po mojej stronie — powiedziałam, a do głosu wkradła się rezygnacja — ale nikt nic nie robi z nadchodzącym problemem. Wszyscy oczekują, że sama wszystko ogarnę.
— Tylko ty możesz to zrobić — odparł Caspian. — Może tłumisz swojego wilka, ale myślałem, że trojaczki już wiedzą, że jesteś ich partnerką. Widziałem, jak na ciebie patrzyli. Myślę, że ty też to widziałaś.
Westchnęłam. — Wiem. Ale dopóki gram człowieka, mogę zdobyć jak najwięcej informacji, zanim odkryją prawdę — powiedziałam.
— Dobrze. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy w czymkolwiek, po prostu daj mi znać — powiedział.
— Dam — powiedziałam. A potem wyskoczył przez moje okno i zniknął w lesie.
Zamknęłam okno, gdy upewniłam się, że już go nie ma. Postałam chwilę, wpatrując się w podupadłą okolicę i w odległy las za nią, zastanawiając się, co trojaczki robią teraz.
Wiedziałam, że trojaczki rozpoznały we mnie swoją partnerkę, ale jednocześnie myślały, że jestem człowiekiem. Pewnie dyskutowały o odrzuceniu mnie i nie mogłam ich za to winić.
Potrójni Alfy byli najrzadszym typem i żaden klan nigdy wcześniej nie miał trzech Alf. Ludzie zdawali sobie sprawę, jak niebezpieczne to może być, i trzeba było ich powstrzymać, zanim będzie za późno, mimo że żyli w dość odizolowanych prywatnych posiadłościach w North Portland.
Wielu nie wierzyło, że po przejęciu władzy utrzymają watahę w Portland. To uczyniło z nich cele do zabicia — nie tylko dla innych wilkołaków, lecz także dla wielu gatunków. Groziło im śmiertelne niebezpieczeństwo.
Nie mogłam po prostu im powiedzieć, że są w niebezpieczeństwie — wyśmialiby mnie, uznali za wariatkę, nigdy by mi nie uwierzyli. Po prostu chciałabym, żeby ludzie zaufali, że wiem, co robię, zanim spróbują się wtrącać jeszcze bardziej, niż już to robią.
Moim jedynym pocieszeniem było to, że miałam dopiero siedemnaście lat; kiedy skończę osiemnaście, wilk we mnie wyłoni się gwałtownie, domagając się swoich partnerów. Musiałam dokończyć misję, zanim to się stanie. Na razie więź partnerska nie działała na mnie aż tak silnie — wiedziałam, że istnieje, czułam ją, ale nie ciągnęło mnie do trojaczków tak, jak ich ciągnęło do mnie.
Nienawidziłam tego, że muszę ich przez to przeprowadzać. Zasługiwali na więcej, zasługiwali na prawdę. Ale nie byli gotowi, nie potrafiliby przyjąć tego, co musiałam im powiedzieć. Mogli udawać twardych i silnych, ale ich wataha nie była dość liczna, by stawić czoła nadciągającemu zagrożeniu.
Dzięki moim kontaktom z mentorami różnych gatunków wiedziałam, że czasu jest coraz mniej. Nie zamierzałam działać pochopnie, chyba że będzie to absolutnie konieczne.
W końcu odeszłam od okna i usiadłam na łóżku, bezwiednie sięgając po szkicownik. Kiedy skończyłam rysować, uświadomiłam sobie, że naszkicowałam portrety trojaczków — Samuela, Edwarda i Luciusa. Wpatrywałam się w rysunek, nie potrafiąc oderwać wzroku. Byli najprzystojniejszymi mężczyznami, jakich kiedykolwiek widziałam.
Dziwne ciepło rozlało się w mojej piersi, gdy opuszkiem palca obrysowałam surową linię szczęki Samuela. To uczucie zaskoczyło mnie. Czy ja naprawdę ich pociągam? Uświadomienie sobie tego uderzyło mnie z niespodziewaną siłą. To nie była tylko więź partnerska, która mnie do nich ciągnęła — naprawdę zaczęłam czuć do nich pociąg już po jednym dniu. Ta intensywność była niepokojąca.
W tym zrujnowanym domu mogłam przynajmniej przyznać się przed sobą do tych uczuć, których nie mogłam okazać w szkole. Nie mogłam pozwolić, żeby trojaczki zobaczyły jakąkolwiek słabość.
— Jestem człowiekiem. Jestem człowiekiem. Jestem człowiekiem — powtarzałam sobie, próbując odzyskać kontrolę. Skup się na misji, nie na uczuciach.
Musiałam dopilnować, by w szkole nie zrobić niczego, co mogłoby wszystko zepsuć, zdradzić moją prawdziwą tożsamość — mieszańca wilkołaka, wampira, wiedźmy i elfa. Wątpiłam, żeby ktokolwiek i tak mi uwierzył; według całej nadprzyrodzonej wiedzy sama byłam mitem.
Istoty nadprzyrodzone nie wierzyły, że istnieję, dlatego mnie tu wysłano. To, że trojaczki były moimi partnerami, było tylko zbiegiem okoliczności — takim, który w rzeczywistości uszczęśliwił wielu, kiedy się o tym dowiedzieli.
Wiedziałam, co się stanie — gdy tylko trojaczki dowiedzą się, że udaję człowieka, poczują się zdradzeni. A kiedy odkryją moją prawdziwą, mieszaną naturę, odrzucą mnie całkowicie. Wilkołaki łączyły się w pary z wilkołakami, nie z hybrydowymi stworzeniami z mitu. Lepiej było teraz trzymać dystans, żeby ochronić siebie i ich.
Myśl o odrzuceniu przez trojaczki nieprzyjemnie szarpnęła czymś we mnie. Zamknęłam szkicownik i odłożyłam go na bok, odpychając od siebie to dziwne pragnienie, które czułam. To nie był czas na rozproszenia. Musiałam zachować rozsądek, zachować skupienie na misji. Od tego zależał los trojaczków — i potencjalnie całej nadprzyrodzonej społeczności w Portland.
