Rozdział 2 Zakazany owoc
Perspektywa Nicholasa
Patrzę, jak ta dziewczyna Cherry odchodzi i znika za rogiem. Coś w niej zostaje mi pod czaszką, jak drzazga, której nie da się wyciągnąć. Nie tylko jej ciało — które miałem jeszcze parę minut temu — ale ta jej przekora. To, jak nie przyjęła moich pieniędzy, jak odezwała się do mnie, jakbym był po prostu kolejnym facetem.
Widząc, że już tu po mnie, Leo wraca, z uniesioną brwią. — Szefie, widzę, że załatwia pan w San Laurent same legalne interesy. — W jego głosie pobrzmiewa żart. Mało komu pozwalam na taką poufałość.
— Daj spokój z dowcipami — mówię, poprawiając kołnierz. — Idź za nią. Dowiedz się, kim jest.
— Już się robi, szefie. — Leo kiwa głową, a na twarz wraca mu zawodowy chłód.
Kiedy Leo odjeżdża, ruszam w stronę wejścia do klubu Purgatory. W chwili, gdy moja stopa dotyka chodnika, trzech moich ludzi materializuje się z cieni i ustawia wokół mnie w szyku. Niepotrzebne. Nikt w tym klubie nie odważyłby się mnie tknąć. Ale zasady to zasady.
W środku tłum rozstępuje się przede mną jak Morze Czerwone. Faceci w drogich garniturach skinieniem okazują szacunek; spojrzenia kobiet zatrzymują się o sekundę za długo. Prowadzą mnie do mojego prywatnego pokoju, gdzie hałas klubu za dźwiękoszczelnymi ścianami zamienia się w tępe dudnienie.
Siadam przy biurku i wyciągam na laptopie jutrzejszy plan dnia. Kolacja z Millerami — jakaś podupadająca firma produkcyjna, która szuka inwestora. Powinienem się skupić i przygotować, ale myśli wciąż uciekają do Cherry.
Większość kobiet po seksie z nieznajomym wzięłaby pieniądze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę mój wygląd i Bentleya Continental GT. One wyczuwają kasę z kilometra. A ona odwróciła sytuację i to ona zaproponowała, że mi zapłaci. Ciekawe.
Prawda jest taka, że mój seks z Cherry nie był do końca tylko przez jej błaganie ani z litości z mojej strony. Mnie też odurzyli.
Ta myśl sprawia, że zaciskam pięść ze złości, aż czuję napięcie w knykciach. Jestem Nicholas, obecny szef rodziny przestępczej Salvatore. Przetrwałem próby zamachu, wrogie przejęcia i federalne śledztwa. A jednak dałem się zrobić w konia czymś tak podstawowym jak drink z prochami.
Salvatore są w półświatku postrachem, a nasze interesy sięgają Ameryki i dalej. Nasza siedziba w Chicago to tylko widoczny czubek ogromnej, bardzo dochodowej góry lodowej. Odkąd przejąłem rodzinny biznes, mocno poszerzyłem nasze wpływy. Ale rząd San Laurent ostatnio zaczął dokręcać śrubę branżom z pogranicza legalności, zmuszając mnie do szukania sposobów na zalegalizowanie naszych interesów tutaj.
Proponowane rozwiązanie — sojusz małżeński z Millerami — wyszło od naszego consigliere. Mój siostrzeniec Vincent poślubi córkę Millera, my wpompujemy kapitał w ich dogorywającą produkcję, a w zamian dostaniemy legalną przykrywkę do prania naszych aktywów w San Laurent.
Nie planowałem, że sam przylecę do San Laurent. To Vincent powinien był tu przyjechać, spotkać się z Millerami i dogadać szczegóły ich zaręczyn. Ale ten idiota się uchlał i zleciał ze schodów jak worek kartofli. Minimum trzy dni w łóżku. Błagał mnie, żebym go zastąpił, więc proszę bardzo — jadę, a przy okazji obczaję potencjalne lokale rozrywkowe pod przyszłe, legalne interesy.
A potem, dosłownie kilka godzin po lądowaniu, wylądowałem w niby porządnym barze i poczułem nienaturalny żar rozlewający się po ciele, kiedy kobiety zaczęły mnie obmacywać. Objawy rozpoznałem od razu. Ktoś mnie odurzył. Kazałem Leo zawieźć mnie do Czyśćca, z zamiarem zamknąć się tam na klucz, aż przejdzie.
Te afrodyzjaki, których użyli, nie były szczególnie mocne — nie w porównaniu z tym, z czym miałem do czynienia podczas „edukacji” jako dziedzic rodziny. Dałbym radę to przeczekać.
Tylko że wtedy Leo potrącił ją samochodem. Cherry. Jestem bezwzględny, ale niewinnych nie krzywdzę — zwłaszcza zwykłych dziewczyn. Uznałem, że wpuszczenie jej do auta będzie wystarczająco bezpieczne. Że moja samokontrola wytrzyma.
Nie przewidziałem jednego: że ona też jest naćpana. Kiedy wgramoliła się na moje kolana, błagając, żebym ją uratował, żebym ją przeleciał… w tamtej sekundzie przemknęło mi przez głowę mnóstwo scenariuszy. Łącznie z tym, że może to podstawiona dziewczyna od moich wrogów.
Ale w jej oczach była prawdziwa, surowa rozpacz — taka, której nie da się zagrać. To była ofiara, tak jak ja. Więc odpuściłem i poddałem się temu, czego domagały się nasze ciała. Potem próbowałem jej zapłacić. Standardowa procedura. Tylko że jej reakcja nie miała w sobie nic ze standardu.
Z tych myśli wyrywa mnie dzwonek telefonu. Dziadek, Donovan.
— Słyszałem, że ogarniasz za Vincenta układanie tego małżeństwa? — jego głos jest szorstki, jak papier ścierny. — Skoro już tam jesteś, zapytaj, czy nie mają jeszcze jednej córki dla ciebie. Jak w tym roku nie przywieziesz do domu żony, oddaję zagraniczne udziały Anthony’emu.
Powstrzymuję westchnienie. Mam trzydzieści lat, nadal bez żony i bez dziecka — stały powód zmartwień mojego dziadka. Boi się, że padnę nagle bez dziedzica i zrobi się w rodzinie burdel. Anthony, mój najstarszy brat, jest „twarzą” rodu, ale realnej władzy ma niewiele. Ja, czwarty syn, trzymam w rękach całą krajową robotę.
W pewnym sensie potrzebuję tych zagranicznych udziałów, żeby równoważyć wewnętrzne przepychanki. Tylko że małżeństwa nie wyczarujesz na zawołanie.
— Wezmę to pod uwagę — mówię, kończąc rozmowę w chwili, gdy wraca Leo.
— Dziewczyna weszła do szeregowca na Upper East Side — melduje. — Nazywa się Cherry Miller, osiemnaście lat—
W żołądku robi mi się lodowato. — Osiemnaście? — Kurwa. Gdybym wiedział, że jest taka młoda, nigdy bym jej nie tknął. Co ja jestem za potwór?
Leo ciągnie dalej: — To córka Arthura Millera. — Przesuwa po biurku zdjęcie. — Millerowie to stara kasa, ale ostatnio podupadli. Proszę pana, sądzę, że mogła pana wziąć na celownik pod szantaż…
Leo dalej mówi, ale ja przestaję słuchać, z oczami wlepionymi w fotografię.
Właśnie przeleciałem narzeczoną mojego bratanka.
