Rozdział 2

Phantom

"Proszę," wyszeptała kobieta, jej palce wbijając się w moje ramię. "Proszę, po prostu bądź cicho. Trzymaj głowę nisko."

Ale Blizna już mnie zauważył. Czułam jego uwagę jak fizyczny ciężar, zanim go zobaczyłam. Jego buty zatrzymały się tuż obok mojego rzędu.

"Jesteś kurwa poważna teraz?"

Spojrzałam w górę. Patrzył na mnie, MP5 luźno zwisał w jego ręce, jego wyraz twarzy był mieszanką niedowierzania i wściekłości.

"Ktoś okazuje mi brak szacunku?" Jego głos wzrósł, przyciągając uwagę całej jego ekipy. "Mała dziewczynko, chcesz się uczyć? Rób to po wylądowaniu! Jesteśmy w trakcie porwania tutaj!"

Wróciłam do książki, przewracając na następny rozdział. "Porwanie samolotu?" powiedziałam rozmownie, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, "to najniżej ryzykowna, nudna rzecz na świecie."

Jego twarz zrobiła się purpurowa. Jednym szybkim ruchem chwycił moją książkę i rzucił nią wzdłuż przejścia.

Strony trzepotały w recyklingowanym powietrzu. Moja książka—moja idealnie dobra, niezwykle pouczająca książka—zatrzymała się przy rzędzie 20.

Coś zimnego osiadło w mojej piersi.

Wstałam powoli, mój dobry nastrój wyparował jak poranna mgła. Gdy mówiłam, mój głos mógłby zamrozić wodę. "Pierdol się. Podnieś. To."

Blizna faktycznie zrobił krok w tył. Potem, przypominając sobie, że jego ekipa patrzy, wypiął pierś i zbliżył się do mojej twarzy. "Jesteś głupia? Nie rozumiesz sytuacji, w której się znajdujesz?"

Jego oddech pachniał tanimi papierosami i jeszcze tańszą kawą. Patrzyłam mu prosto w oczy, nie mrugając.

"Kurczę!" Machnął dziko bronią. "Przyszedłem tu, żeby odzyskać Phantom i odzyskać Serce Szatana! Ale wygląda na to, że będę musiał zmasakrować cały ten samolot, zaczynając od—"

"Och," przerwałam, moja ręka powędrowała do gardła. "Masz na myśli to?"

Wyciągnęłam naszyjnik spod koszuli—czarny wisiorek w kształcie serca, niepozorny dla każdego, kto nie wiedział lepiej. W odpowiednim świetle można było dostrzec, że ciemność to nie farba ani kamień, ale coś, co wydaje się pochłaniać światło. Szesnaście lat bezbłędnej służby, skondensowane w jednym skradzionym drobiazgu.

Każdy z nich zamarł.

"Szefie," jeden z jego ludzi wydyszał, "legendarna zabójczyni... to kobieta?"

"Niemożliwe," warknął Blizna, ale jego ręka zacisnęła się na broni. "Kim, do diabła, jesteś? Skąd masz to?"

Uśmiechnęłam się, przesuwając palcami po wisiorku. "To? Uważaj to za moją odprawę. Szesnaście lat z Bloodline, a wszystko, co dostałam, to ten naszyjnik i naprawdę imponująca liczba ciał." Przechyliłam głowę. "Jeśli chodzi o to, kim jestem? Cóż, możesz mnie nazywać Phantom. Chociaż szczerze mówiąc, czuję, że to imię nie do końca pasuje do mojego stylu. Masz jakieś lepsze sugestie?"

Jego oczy rozszerzyły się. "Kurwa! Nie waż się na nas patrzeć z góry!" Podniósł broń. "Bracia! Zlikwidujcie ją!"

Sześć pistoletów skierowało się na mnie w idealnej synchronizacji.

Kabina była mała. Ciasna. Absolutnie okropna do strzelanin.

Idealna.

Ruszam się.

Pierwszy mężczyzna nawet mnie nie zauważył. Przeszłam poza jego linię ognia, zanim jego palec znalazł spust, moja ręka zamknęła się wokół jego nadgarstka i skierowała jego cel w pierś jego partnera. Drugi padł ciężko. Użyłam ciała pierwszego mężczyzny jako tarczy, obracając się przez wąskie przejście jak tancerka na scenie, każdy ruch precyzyjny i oszczędny.

Nie mogli strzelać, nie trafiając siebie nawzajem. Przestrzeń, która powinna być ich przewagą, stała się ich klatką.

Mój nóż—prosty nóż bojowy, który nosiłam przez dwanaście lat—znajdował gardła z efektywnością długiej praktyki. Jeden. Dwa. Trzy. Ruchy były pamięcią mięśniową, nie wymagały żadnej myśli. Jak oddychanie. Jak mruganie.

Zanim Blizna zorientował się, co się dzieje, czterech jego ludzi dławiło się własną krwią, a dwóch pozostałych cofało się, trzymając broń w drżących dłoniach.

"Nie, czekaj—" zaczął jeden z nich.

Nie czekałem. Nigdy nie czekam. To tak się dostaje kulę.

Blizna upadł na kolana, podnosząc ręce w geście poddania, jego wcześniejsza odwaga całkowicie wyparowała. "Proszę, tylko wykonywałem rozkazy, możemy się dogadać, nie musisz—"

"Wiem," powiedziałem, obracając nóż między palcami. Kucnąłem, by spojrzeć mu w oczy. "Ale wiesz co? Już nie jestem zabójcą." Wyprostowałem się, wsuwając nóż do pochwy. "Więc potraktuj to jako mój prezent pożegnalny."

Odwróciłem się i zacząłem odchodzić, nie zaszczycając go już spojrzeniem.

"O Boże, zawdzięczam ci życie," wydyszał, jego głos przepełniony ulgą. "Przysięgam, że nigdy—"

Nie przerywając kroku ani nie oglądając się, wyciągnąłem nóż i rzuciłem za siebie. Mokry huk, a potem nagła cisza powiedziały mi wszystko, co musiałem wiedzieć.

"Obiecałem, że coś ci dam," powiedziałem chłodno. "Zawsze dotrzymuję słowa."

Wróciłem na swoje miejsce, a satysfakcja opanowała mnie jak znajomy płaszcz.

Kobieta obok mnie przesunęła się na sam skraj swojego siedzenia, praktycznie przyciskając się do okna. Jej ręce drżały, gdy zakrywała nimi oczy, ciało odwrócone ode mnie najdalej, jak to tylko możliwe.

"Nie znam cię!" prawie krzyczała, jej głos stawał się coraz bardziej histeryczny. "Nie ma mowy, siostrzyczko, nie widziałam nic, zupełnie nic!" Podciągnęła kolana do piersi, tworząc ludzką barierę między nami.

Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Będzie potrzebować tyle terapii po tym wszystkim.

Ale był problem. Na lotnisku będzie roiło się od gliniarzy, kiedy wylądujemy. Pytania, na które nie chciałem odpowiadać. Uwaga, na którą nie mogłem sobie pozwolić. Mój nowy początek skończyłby się, zanim by się zaczął.

Chwyciłem swoją torbę — i książkę, dzięki Bogu, że nie została uszkodzona — i ruszyłem w stronę wyjścia awaryjnego.

"Czekaj, co ty—" ktoś zaczął.

Już zlokalizowałem przedział ze spadochronami, standardowy na większości międzynarodowych lotów. Załoga używa ich w razie ewakuacji. Ja użyję jednego do bardziej kreatywnego wyjścia.

Mechanizm otwierający drzwi awaryjne był tam, gdzie go pamiętałem. Nacisnąłem go, a drzwi wybuchły na zewnątrz z hukiem, który wysłał latające luźne papiery.

Wiatr wrzeszczał do kabiny. Pasażerowie chwycili za podłokietniki, maski tlenowe spadły z góry.

Stałem na progu, trzydzieści tysięcy stóp otwartej przestrzeni pod sobą, i odwróciłem się, by spojrzeć na przerażonych pasażerów. Moje włosy wirowały wokół twarzy, musiałem krzyczeć, żeby mnie usłyszeli przez wiatr.

"Przepraszam za bałagan, wszystkim!" Pomachałem im radośnie. "Miłego dalszego lotu!"

Padłem w tył do błękitnego nieba i cienkiego powietrza, samolot kurczył się nade mną, gdy grawitacja mnie pochłaniała.

Wiatr był lodowaty. Ekscytujący. Wolny.

Rozłożyłem ramiona szeroko, czując pęd wolnego spadku, obserwując, jak ziemia rośnie pod moimi stopami. To było to. Początek wszystkiego nowego. Żadnych kontraktów. Żadnej Krwi. Tylko ja i to, co nadejdzie.

Moja ręka znalazła linkę spadochronu.

Wtedy wisiorek na mojej piersi zaczął parzyć.

Nie ciepło. Nie gorąco. Parzyć, jakby ktoś przyłożył rozgrzane żelazo do mojej skóry. Chwyciłem go, próbując zerwać, ale łańcuszek nie chciał pęknąć. Ciepło się nasilało, rozprzestrzeniając się z wisiorka do moich żył jak płynny ogień.

Co do—

Ból eksplodował przez mój układ nerwowy. Moja wizja zbielała. Niebo, ziemia, pędzący wiatr — wszystko zamazało się w bezsensowną sensację.

Wciąż spadałem.

A potem już nie byłem świadomy.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział