Rozdział 3 Wilk
❄︎ Viktor ❄︎
Jedno spojrzenie na piękność o oliwkowej skórze siedzącą przede mną wystarczyło, bym wiedział, że nie ma zamiaru honorować kontraktu małżeńskiego ani przekazywać mi majątku swojego ojca zgodnie z prawem.
Również, cały czas bawiła się czymś w rękach pod moim biurkiem, odciągając moją uwagę od jej czytania.
Ciemnowłosa, elegancka i młoda. Nigdy nie zaznała dnia trudności w swoim życiu, ale odważnie spotkała moje spojrzenie.
Marcus DeVries otworzył usta.
"Viktor..."
"Dla ciebie to Don Viktor," przerwał mu Adrian, mój zastępca i prawa ręka, zimnym jak lód głosem.
Marcus zacisnął usta w nieestetyczną linię.
Powstrzymałem się od westchnienia. "Wszyscy wyjdźcie."
Rosalind Marlow zamarła, najdelikatniejszy dreszcz przebiegł po jej skórze.
Marcus i jej ochroniarze spojrzeli na nią, czekając na rozkaz. Dziewczyna wyglądała na rozdartej między odwagą pozostania ze mną samej a strachem przed swoimi ludźmi. Uśmiechnąłem się wewnętrznie, to będzie łatwe.
"Chcę porozmawiać z panem Marino na osobności. Możecie poczekać na zewnątrz." Jej miękki głos wypełnił pokój, zaskakując mnie swoją siłą, nie drgnął ani razu.
Marcus wyglądał na niezadowolonego, ale wstał i wyszedł z biura razem z moimi ludźmi.
Cisza była kompletna. Patrzyłem na nią, a ona spotkała moje spojrzenie, każde z nas czytając drugie.
Jej krótki bob kończył się kilka centymetrów nad ramionami, dodając jej uroku. Ciemny makijaż podkreślał migdałowe oczy, głęboko osadzone w nieskazitelnej cerze, uzupełnionej grubymi, błyszczącymi, sercowatymi ustami.
Jej usta poruszały się bezgłośnie przez chwilę, zanim zorientowałem się, że faktycznie mówi, przerywając mój trans.
"Jestem pewna, że jesteś świadomy kontraktu, który nasi ojcowie podpisali przed ich przedwczesną śmiercią."
"Była bardzo na czas i zasłużona." Wyglądała na obrażoną moją odpowiedzią.
"Mój ojciec nie zasługiwał..."
"Zachowaj to na eulogium, kochanie. Twój ojciec zabijał, bezpośrednio i pośrednio, za pomocą broni i narkotyków."
Wstałem z krzesła, przesuwając palcem po otwartej mapie na biurku.
Rosalind i jej skromny orszak przybyli w trakcie mojego przeglądu The Grand Marlow Hotel, jednego z ostatnich majątków, które mój ojciec nie zdołał nabyć od George'a Marlow.
Przez jej odważną fasadę dostrzegłem, jak drgnęła, gdy obszedłem biurko i oparłem się o nie z założonymi rękami, moja noga niemal dotykała jej.
"Rozumiem, że nie chcesz wyjść za mnie," powiedziałem z lekkim uśmiechem.
"Nie chcę," odpowiedziała natychmiast.
Przechyliła głowę, aby spojrzeć na mnie, eksponując swoją delikatną szyję, ozdobioną perłami. Wyobraziłem sobie, jak owijam wokół niej ramiona i ściskam, by zakończyć tę farsę.
Chciałem The Grand Marlow, a ona stała na drodze. Adrian przetrząsnął wszystkie dostępne dokumenty prawne i odkrył, że George przeniósł własność na swoją jedyną córkę, ostatni akt samoobrony. Sprzedał wszystko oprócz swojego domu i tego hotelu.
"Przeprowadź mnie przez swój plan, Rosalind."
Smakowałem to imię między zębami, było gładkie i wzbudzało coś we mnie. Odpędziłem to.
"Nie jestem ci winna wyjaśnień. Przyszłam tu, aby unieważnić kontrakt..."
"Co sprawia, że myślisz, że się na to zgodzę?"
Skierowałem wzrok na jej oczy, moja twarz była pusta mimo ciekawości płonącej za maską. Czy naprawdę weszła na terytorium wroga, mając nadzieję, że po prostu poprosi i zerwie kontrakt? Mogłem ją teraz zabić, tylko wtedy straciłbym hotel.
George Marlow nie miał innej rodziny, tylko córkę i jej ciotkę, Carinę Fiorini. W przypadku jej śmierci, jeśli nigdy byśmy się nie pobrali, hotel i majątek przejdą na ciotkę.
Wstała, odwracając się do mnie plecami, co było błędem, i podeszła do okna z widokiem na Park Avenue. Jej instynkty przetrwania były na dnie, a mimo to dziewczyna myślała, że poradzi sobie z prowadzeniem biznesu.
„Nie możesz mnie zmusić.”
„Nie zamierzam. Prędzej czy później sama się przekonasz.”
„To groźba?” - syknęła groźnie, ale jej ton nie miał prawdziwej siły.
„Oboje wiemy, że jesteś tu poza swoimi możliwościami. Złożę ci propozycję. Sprzedaj hotel, wróć do Bostonu i uniknij 'przedwczesnej' śmierci jak twój ojciec.”
„Zabiłeś go?”
Śmiała.
Krążyły plotki, że zabiłem dwóch członków własnej rodziny, aby się wybić, i to bardzo pomogło mojej reputacji. Ale mimo że rozważałem taki pomysł, wiedziałem, że nie mogę jej zabić. Już miałem wystarczająco dużo uwagi... i strachu.
Odepchnąłem się od stołu, jej zapach przyciągał mnie jak ćmę do ognia. Tylko że ten ogień miał ciemne włosy i zniszczony instynkt samozachowawczy.
„A co, jeśli tak?” - szepnąłem, górując nad jej niższą sylwetką, gdy przyciskała plecy do okna, nie mając gdzie uciec.
„Wtedy sprawię, że za to zapłacisz,” - syknęła z powrotem.
Jej piwne oczy wbiły się w moje z determinacją, lśniąc obietnicą. Mój wzrok zsunął się w dół. Te przeklęte usta znowu. Drżały, moja bliskość wpływała na nią w sposób, którego nigdy, przenigdy by nie przyznała.
Cofnąłem się i zauważyłem, jak jej klatka piersiowa napełnia się potrzebnym powietrzem.
„Dobrze. Nie wychodź za mnie. Ale nie płacz, kiedy twoi wrogowie pojawią się u twoich drzwi. W końcu będziesz błagać mnie o ochronę. A kiedy to zrobisz... mogę naliczyć odsetki.”
„Nie wstrzymuj oddechu.” - powiedziała z nudą.
Nagle zapragnąłem wycisnąć z niej oddech. Myślała, że perły i ostry język czynią ją niebezpieczną.
Założyłem się, że nigdy nie widziała człowieka obdartego ze skóry, złamanego, czy spalonego. George Marlow, mimo swojej sławy za torturowanie ludzi na śmierć i rozprowadzanie wystarczającej ilości narkotyków, aby zahamować całe pokolenie, zainwestował w to dziecko, wysłał ją do dobrej szkoły z dala od samej farmy, która za to płaciła.
Nie miała pojęcia o tym życiu, o moim życiu, z moim zupełnie przeciwnym ojcem, który znęcał się nad swoimi synami, aż niemal stali się warzywami. Miałem szczęście, że przeżyłem mimo okoliczności. Mój brat nie miał tyle szczęścia.
Musiała zauważyć zmianę w moim wyrazie twarzy i poczuć ciepło bijące z mojego spojrzenia, bo szybko odwróciła się do drzwi, znów popełniając błąd, i zapukała dwa razy.
Po tym, jak jej dziedziczny consigliere i ochroniarze wpadli, by uratować ją przed pewną śmiercią, usiadłem z powrotem na krześle, Adrian obok mnie, obserwując.
„Zamierzasz to zrobić?” - zapytał.
Prawie poczułem się źle, odpowiadając mu, radość w jego głosie zdradzała jego żądzę krwi.
„Niestety, nie.” - westchnąłem. „Musimy być taktyczni.”
Hotel Grand Marlow był moim biletem do przejęcia gry, ze swoją strategiczną pozycją i operacjami przynoszącymi miliony każdej nocy.
Dziedziczka Marlow nie wiedziała, co z nim zrobić, a jej ojciec już podpisał ją na mnie. Była moja, więc hotel był mój. Ale jeśli nie mogłem jej zabić, a nie mogłem jej zmusić, pozostawała tylko jedna opcja.
Oczaruję ją i pozwolę jej myśleć, że ma wybór. Może nawet będę się tym cieszyć. Nie miałbym nic przeciwko patrzeniu, jak się rozpada kawałek po kawałku, aż sama zaoferuje mi Grand Marlow.
A potem? Odesłałbym ją z powrotem do Bostonu owiniętą w jedwab i perły, coś na pamiątkę.
Ale nie miałbym nic przeciwko patrzeniu, jak najpierw się trochę męczy.
