Rozdział 6 Ona gryzie
❄︎ Viktor ❄︎
Stukanie obcasów na metalowych schodach przyciągnęło mój wzrok.
Przy stole zapadła cisza, rozmowy ucichły, gdy wszystkie oczy zwróciły się na postać schodzącą do podziemnego pokoju spotkań. Striptizerka zwolniła swoje ruchy, wyczuwając zmianę atmosfery.
Rosalind Marlow zignorowała moje istnienie, wybierając zamiast tego, by spojrzeć i skinąć głową na każdego innego mężczyznę w pokoju, zanim zajęła ostatnie wolne miejsce przy stole. Skrzyżowała nogi i oparła się, jakby była właścicielką tego miejsca.
Jej ochroniarz, człowiek, którego rozpoznałem po tatuażu na palcu, stał sztywno za nią.
W niezręcznej ciszy powiedziałem to, co wszyscy mieli na myśli.
„To krzesło było zarezerwowane dla Marcusa DeVriesa.”
„A ja w nim siedzę. Ktoś ma z tym problem?”
Jej krótki ton odbił się echem w pokoju, spotykając się z ciszą. Jej twarz, pusta i pozbawiona emocji, mówiła mi jednak dwie rzeczy. Już żałowała tej decyzji i czuła się nieswojo w tym otoczeniu.
Czterech mężczyzn siedziało przy okrągłym stole do pokera, każdy z wynajętą striptizerką na kolanach, by łagodzić napięcie i zapobiegać nam od zabijania się nawzajem bardziej niż to konieczne. Na stole leżały linie białego proszku, woreczki i różne pistolety. Pokój był przesiąknięty dymem papierosowym i tytoniowym.
Giancarlo Conti, najbardziej podstępny z nas wszystkich, zwrócił się do niej.
„Panno Rosalind, nie zaprosiliśmy Marcusa, żeby cię odsunąć, chcieliśmy po prostu dać ci czas na przystosowanie się po stracie ojca…”
„On też stracił ojca.” Przerwała, wskazując na mnie podbródkiem, jej głos był jak stal. „A jednak nie macie wobec niego tych samych zastrzeżeń.”
Zacisnąłem szczęki. „Człowiek właśnie zginął na tym krześle, na którym siedzisz.”
Zamarła.
„Giancarlo strzelił mu między oczy za klepnięcie jego striptizerki po tyłku. Nie patrz w dół, mocno krwawił, gdy sprzątacze go wyciągali.”
„Słodko.” Odparła, patrząc mi w oczy.
Napięcie w pokoju narastało, gdy moja próba wyprowadzenia jej z równowagi nie powiodła się. Wciąż patrząc mi w oczy, chwyciłem striptizerkę za talię, nakłaniając ją do kontynuowania tańca na mnie. Rosalind odwróciła wzrok.
Leo Santoro odchrząknął.
„Zwołaliśmy to spotkanie, aby omówić mordercę na wolności.”
„Dużo morderców na wolności, jeśli mnie pytacie.” Rzuciła.
Mężczyźni się zaśmiali. Ja nie, zacisnąłem szczęki tak mocno, że poczułem smak krwi. Niczego nie pragnąłem bardziej niż chwycić ją za gardło i nauczyć manier. To spotkanie nie dotyczyło tylko łapania morderców, zamierzałem przepytać Marcusa, bo podejrzewałem, że wie więcej, niż się wydaje.
„Zazwyczaj nasi zabójcy nie działają w ukryciu, lubimy się chwalić. A jednak ktoś zabił dwóch donów pod osłoną nocy. Nie wiemy, kim jest, i to... jest problem,” kontynuował Leo.
„Viktor Marino jest teraz głównym podejrzanym,” powiedziała bez zająknięcia. „Kto inny miałby tyle do zyskania na ich śmierci co on?”
W pokoju zapanowała taka cisza, że można było usłyszeć spadającą szpilkę.
Podniosłem kieliszek i powoli upiłem łyk swojego drinka.
„Ostrożnie, Rosa. Nie rzucaj takich oskarżeń na wiatr.” Moje usta rozciągnęły się w łatwy, pozbawiony humoru uśmiech.
„Dla ciebie to Rosalind.” Odparła, przyglądając się swoim paznokciom. „Wszyscy tak myślą. Ja tylko powiedziałam to na głos.”
Giancarlo zaśmiał się serdecznie. „Uważaj, Viktor. Ta potrafi ugryźć.”
Jedną ręką odepchnąłem od siebie tancerkę. Reszta wzięła to za sygnał i zaczęła opuszczać pokój, pomrukując pod nosem.
Spojrzałem jej prosto w oczy, a moje słowa były lodowate.
„Nie myl mojej rezerwy z przyzwoleniem. Nie możesz zająć miejsca swojego ojca jako don w Nowym Jorku. Nigdy nie zabiłaś człowieka. Wątpię, żebyś kiedykolwiek z kimś spała. Jesteś dzieckiem, Rosa...” przeciągnąłem jej imię, „niczym więcej jak świeżo upieczonym, bezczelnym dzieckiem, które kusi śmierć.”
„Skończyłeś?” Zapytała.
Moja wizja przesiąkła czerwienią. Stół przewrócił się z hukiem, zanim jeszcze zdałem sobie sprawę, że go dotknąłem. Krzesła odsunęły się z piskiem, szkło się roztrzaskało, ale ona się nie ruszyła, tylko siedziała z nogą na nodze, patrząc na mnie jak na rozkapryszone dziecko.
Zrobiłem krok do przodu i usłyszałem kliknięcie pistoletu jej ochroniarza.
„Zanim mnie dotkniesz, on trafi cię kulą między oczy, a ty będziesz następnym ciałem, które zostanie wywleczone. Nie zapominaj, z kim rozmawiasz, stronzo.”
Mimo to szedłem dalej. Gdyby strzelił, każdy mężczyzna w tym pokoju zginąłby, włącznie z jego cenną dziedziczką.
Górowałem nad nią, a ona patrzyła na mnie z dołu ze swojego krzesła. Jej piwne oczy i uparcie zaciśnięte usta przywodziły mi na myśl obraz jej dławiącej się moim członkiem, z łzami w oczach, błagającej o przebaczenie. Drżała mimo ognia w jej oczach. Czy to był strach, czy też wyzwanie, które wyglądało na strach? Nienawidziłem, że nie mogłem tego rozróżnić. I jeszcze bardziej nienawidziłem, że mnie to obchodziło.
„Następnym razem, gdy rzucisz przeciwko mnie oskarżenia, Rosa, upewnij się, że masz na to dowody i broń, by się obronić. Nie będę wtedy tak wyrozumiały.”
Kilka minut później stałem przy swoim samochodzie, gdy Adrian otworzył drzwi, a moja krew wrzała z wściekłości.
Niestety, nie mogłem wyładować gniewu na źródle mojego furii, ale miałem coś lepszego czekającego. Podejrzanego schwytanego przez moich capo pod zarzutem bycia za zabójstwami.
Wślizgnąłem się na siedzenie, zdejmując zegarek i pierścienie, żeby nie ubrudzić ich krwią.
Pewnego dnia wkrótce pożałuje, że kiedykolwiek weszła do tego pokoju. I upewnię się, że pożałuje tego osobiście.
