Rozdział 4 Nie jestem lekarzem!

Bailey

– Chyba sobie, kurwa, żartujesz!

Mój płaszcz jest cały w czerwonej, lepkiej krwi zmieszanej z wymiocinami. Na szczęście okrycie wierzchnie zakrywało większość sukni, więc kiedy je z siebie zrzucam, jestem w miarę czysta. Tego samego nie da się powiedzieć o Rianie. Ohydna maź plami jego tunikę, ścieka na spodnie i tworzy kolejną kałużę ustrojowych płynów na ziemi obok nas.

On nie odpowiada, tylko osuwa się do tyłu, a część mnie myśli, że to już koniec, jego ostatni zryw, że właściwie już umiera. Powinnam wstać, pójść do jego domu i spróbować rozgryźć, jak do diabła mam wrócić do siebie.

Ale nie mogę tego zrobić i wiem o tym. Jakkolwiek się tu znalazłam, musi istnieć powód, dla którego wylądowałam dokładnie w tym miejscu, obok Riana, kiedy on kona. Jedyny logiczny wniosek jest taki, że mam mu pomóc. Nie mam pojęcia, jakim cudem mam takie szczęście, ale nie ma ucieczki od tego, co się dzieje.

Przesuwam się na bok, odślizgując się od wymiocin, i unoszę resztki jego tuniki. Nie dość, że jest cała we krwi i rzygach, to jeszcze z jednej strony jest poszarpana — tej, którą odwrócił ode mnie, tej, którą próbował chronić. Teraz, kiedy widzę jego obrażenia, wcale mu się nie dziwię.

Ma kilka cięć wzdłuż całego lewego boku, od żeber niemal po kość biodrową, i są głębokie. Widać, że zrobiły je pazury jakiegoś ogromnego zwierzęcia — bez wątpienia wilka — być może nawet więcej niż jednego. Jeśli zaraz nie znajdę sposobu, żeby zatamować krwawienie, Rianowi nie zostanie już nic, z czego mógłby krwawić.

Oczywiście nie mam przy sobie żadnych medycznych zapasów. – Następnym razem, kiedy wrzucasz kogoś do książki, może rzuć mu jakąś kość i daj coś przydatnego, a nie tylko strój pasujący do epoki – mamroczę do kogokolwiek albo czegokolwiek, co może słucha w jakimś innym wymiarze. Muszę wykorzystać to, co mam, i działać szybko, inaczej cały mój wysiłek pójdzie na marne.

Przynajmniej mam płaszcz. O ile cała prawa strona jest uwalona obrzydlistwem, o tyle druga jeszcze nie — na razie — a materiał da się dość łatwo porwać. Rozdzieram go na pasy i najpierw zakrywam najgłębszą ranę, dociskając ją z nadzieją, że uda się rozpocząć proces krzepnięcia. Rian jęczy pode mną, wyraźnie cierpiąc z powodu moich działań, ale jest zbyt nieprzytomny, żeby protestować, a ja nie mogę odpuścić, jeśli chcę uratować mu życie.

Po chwili mam wrażenie, że jego zdolności regeneracyjne zmiennokształtnego wilka zaczynają działać. Kiedy delikatnie odsuwam materiał, widzę znacznie mniej krwi niż wcześniej. Biorę kolejny pas płaszcza, ostrożnie go unoszę i owijam mu tors, jak najlepiej zakrywając ranę, po czym mocno zawiązuję. Potem przechodzę do następnego najgłębszego śladu po pazurach. Nie mam żadnego profesjonalnego przeszkolenia, które mogłoby mnie poprowadzić, ale oglądanie tych wszystkich kryminalnych historii chyba się przydaje. Przynajmniej wiem sporo o krwi i o tym, czego nie robić, kiedy ktoś się wykrwawia.

Mija kilka minut, ale w końcu jest cały zabandażowany. Naciągam mu tę obrzydliwą koszulę w dół, po czym biorę głęboki oddech, zastanawiając się, co jeszcze mogę zrobić. Nadal jest nieprzytomny, ale jego twarz nie jest już tak trupio blada jak wcześniej. Jeszcze przed chwilą wyglądał bardziej jak wampir niż wilkołaczy zmiennokształtny.

Nawet w takim rozczochranym stanie nie sposób nie zauważyć, jaki jest niewiarygodnie przystojny. Mocną szczękę pokrywa lekki zarost, przez co wygląda szorstko i twardo. Kości policzkowe i nos ma idealnie proporcjonalne, a karmelowo-brązowe włosy układają się wokół twarzy tak, że wzrok sam wędruje tam, gdzie powinien. Miałam już okazję zobaczyć jego oczy — w oszałamiającym odcieniu jadeitu. Trudno uwierzyć, że to nie on jest bohaterem tej książki. Jak bardzo przystojny może być Alpha Lukas?

Jeśli nie pospieszę się i nie wydostanę stąd Riana, na pewno się przekonam — a to nie będzie dobre ani dla mnie, ani dla niego.

To wydaje się niedorzeczne, że martwię się, iż banda postaci z fikcyjnej książki może zrobić coś, żeby mnie skrzywdzić, ale cóż… oto jesteśmy.

Gdy jego największe rany są już opatrzone, postanawiam sprawdzić resztę ciała. Czuję się trochę nachalnie, obmacując go, kiedy jest nieprzytomny, ale jeśli krwawi jeszcze gdzieś indziej, musimy o tym wiedzieć.

Sprawdzenie kończyn nie jest trudne. Znajduję mnóstwo nacięć i zadrapań — moja obsesja na punkcie true crime podpowiada mi, że to rany obronne — ale nic już nie krwawi. Sprawdzenie okolicy trochę niżej niż tułów, ale wyżej niż uda, jest krępujące, jednak nie widzę tam żadnych oznak urazu, więc nie zatrzymuję się dłużej. Potem oglądam jego barki i szyję i widzę tylko takie same zadrapania jak na rękach.

Wtedy postanawiam sprawdzić jego głowę i, do diabła, jak bardzo żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej.

Z tyłu głowy ma ogromną ranę — rozcięcie na jakieś cztery cale, tak głębokie, że chyba mogłabym zobaczyć jego czaszkę, gdybym chciała.

Nie chcę.

Pewnie potrzebuje szwów — albo przynajmniej tego kleju, którym czasem zaklejają takie rany w szkolnym gabinecie pielęgniarki. Na razie mogę tylko zawiązać kawałek mojego płaszcza wokół jego głowy i docisnąć, żeby zatamować krwawienie. Jestem w szoku, że nie budzi się z bólu, ale jego głowa bezwładnie spoczywa na moich kolanach, a reszta ciała też się nie porusza.

Zrobiłam wszystko, co mogłam. Teraz mam kolejny problem, który muszę rozważyć. W oddali słyszę głosy i odgłos kroków i wiem, że zbyt mocno igrałam z losem. Jesteśmy tuż przy drodze. Ludzie zaczną przechodzić obok w każdej chwili. Muszę przenieść Riana — ale dokąd?

I jak, do cholery, mam wlec martwy ciężar faceta zbudowanego z samych mięśni, który pewnie waży co najmniej sto sześćdziesiąt funtów?

Nie mam pojęcia — ale muszę to wymyślić szybko — bo ktoś nadchodzi!

Coś mi mówi, że kimkolwiek jest ta osoba, będzie wielkim kłopotem, jeśli nas znajdzie.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział