Rozdział 5 Doskonale dobrze
Rian
Ból promieniuje w górę mojego boku, w tył mojej szyi, prosto do mojej czaszki. Czuję, że odpływam, jakby nic, co mogę zrobić, nie utrzyma mnie uziemionego i w każdej chwili spodziewam się zobaczyć samą Boginię Księżyca przede mną.
Właściwie to nieprawda. Mówiono mi więcej razy, niż mogę policzyć, że nie mam nadziei na spędzenie wieczności z Boginią Księżyca - a nie z kimś takim jak ja. Ktoś z natury zły, ktoś zrodzony z przestępców takich jak ja. Zamiast tego powinienem spodziewać się ognistych dołów piekła.
Jednak od dłuższego czasu nic nie widzę. Tylko słabo zdaję sobie sprawę, że ktoś jest obok mnie, a potem przeciągają mnie przez dno lasu. Kije i kamienie wbijają się w moją ranną stronę. Grimasowałbym, gdybym miał jakąkolwiek kontrolę nad swoim ciałem. Kiedy w końcu odpoczywam, zapach lasu jest silniejszy i wiem, że jestem z dala od ścieżki, na której ci dranie z zamku pieprzyli mnie wczoraj wieczorem.
Wizje tego, co się wydarzyło, wracają do mnie w żywych obrazach, których wolałbym nie przypominać. W drodze do domu z wieczornego treningu podążyłem swoją normalną ścieżką, zawsze trzymając głowę na obrocie. Wcześniej byłem wskoczony w tej części lasu, ale nigdy nie był w takiej sytuacji, w której byłem tak rażąco przewyższony liczebnie.
Ale ci dranie nie podkradli się do mnie. W każdym razie nie wszystkie. Słysząc za sobą hałas, odwróciłem się i zobaczyłem kilku strażników zamkowych pędzących ku mnie - to było rozproszenie uwagi. Chwilę później zostałem uderzony z lewej strony, gdy jeszcze kilku z nich wybiegło z lasu, uderzając mnie ze wszystkich stron, jeden z nich częściowo przesunął się tak, że jego pazury wystawały z półręki/półłapy. W ten sposób tak złośliwie zepsuł mnie po boku, że myślałem, że wykrwawię tam przy drodze.
Atak zakończył się w ciągu kilku chwil, ponieważ strażnicy z pewnością wiedzieli, że inni Omega wrócą do domu do wioski, którą wszyscy dzielimy po treningu. Nie żeby niekoniecznie mieli nic przeciwko temu, żeby zostali zauważeni. W końcu pracują dla pieprzonej Alfy. Ale po co widzieć zabijanie kogoś, skoro nie jest to konieczne?
Udało mi się odejść ze ścieżki pod drzewem cedrowym, myśląc, że jest to równie dobre miejsce do śmierci jak każde inne, i wziąłem to, co zakładałem, że będzie moim ostatnim oddechem.
Ale nie jestem martwy. W rzeczywistości zaczynam się czuć lepiej. Jak to możliwe?
Kolejne wspomnienie nabiera formy, i nagle przypominam sobie, że obok mnie była kobieta - dziwna kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem.
Powiedziała, że pochodzi z Nork City czy gdzieś?
Ostrożnie otwieram jedno oko, zastanawiając się, czy to tylko wytwór mojej wyobraźni. Na początku widzę tylko światło słoneczne płynące przez gałęzie sosny nade mną, ale kiedy lekko przechylę głowę na bok, pojawia się ona, na początku zamglona i nieskupiona, ale potem na tyle dobrze, że widzę szafirowe oczy rzucające się na mnie.
„Rian?” Jej głos jest cichy, ale pełen troski. „Nie śpisz się?”
Nigdy nie byłem komuś, kto mógłby ufać — a tym bardziej obcej osobie — próbuję usiąść do siedzenia, ale świat staje się zatłoczony, a ona bierze mnie za ramiona, pomagając mi usiąść plecami do tułowia. „Skąd, do cholery, znasz moje imię?” Pytam ją, zastanawiając się, czy powiedziałem jej, kiedy jeszcze byłem w otępieniu.
„Po prostu tak” - mówi wzruszając ramionami. „Jestem Bailey. Krwawiłaś na śmierć, kiedy cię natknąłem. Pomyślałem, że przydałaby ci się pomoc”.
„Dlaczego?” Nie mogę powstrzymać ugryzienia w moim tonie. To nie jest uzasadnione. Wygląda na to, że naprawdę stara się mi służyć, ale nie mam pojęcia dlaczego.
Nikt inny nigdy nie próbował mi pomóc, odkąd zmarła moja matka.
Znowu jej ramiona prawie dotykają uszu. „Dlaczego nie? Gdybym tego nie zrobił, mógłbyś umrzeć”.
Obronność przejmuje kontrolę, gdy patrzę na nią z podejrzliwością. „Sam się dobrze uzdrawiałem”.
„Dobrze.” Westchnie i wstaje. „Powodzenia w takim razie.”
Chociaż z pewnością nie chcę przyznać, że potrzebuję jej pomocy, tak naprawdę nie chcę być pozostawiony sam, nie wtedy, gdy jeszcze nie wyzdrowiałem w pełni. „Po prostu zamierzasz odejść?” Dzwonię po nią.
„Tak, oczywiście. Dlaczego miałbym zostać? Najwyraźniej masz to wszystko pod kontrolą. Poza tym, jakie są szanse, że strażnicy, którzy pobili z ciebie żywe bzdury i zostawili cię na śmierć, wrócą? A jeśli to zrobią, czy naprawdę będą w stanie podążać śladami oporu, które zrobiłem, przesuwając cię pod tym drzewem — lub zapachem twojej krwi? Nie, jestem pewien, że wszystko będzie dobrze”. Obraca się i znowu zaczyna odchodzić.
Wtedy wiem, że jestem naprawdę popieprzony.
„Dziewczyna!” Krzyczę, nie pamiętając, jak się nazywa. „Czekaj.”
„To Bailey”, poprawia mnie, „i dlaczego miałbym? Wyjaśniłeś swoje życzenia bardziej niż jasne. Myślę, że tak się dzieje, gdy dobra dziewczyna, taka jak ja, próbuje pomóc złoczyńcy”.
„Złoczyńca?” Słowo przecina mnie prawie tak samo czysto, jak te pazury przez moje ciało. „Nie jestem złoczyńcą”.
To nonszalanckie wzruszenie ramionami powraca, gdy zbliża się o kilka kroków. „To nie jest to, co słyszałem. Słuchaj, nie jestem stąd. Nie wiem, w co wierzyć. Wiem tylko, że to strażnicy zamku ci to zrobili. Mamrokałeś o tym, kiedy byłeś w większości nieprzytomny. Więc... pewnie i tak nie powinienem ci pomagać. Najlepiej, jeśli po prostu ucieknę od ciebie. Poza tym masz to, prawda?” Wygina brwi nad oszałamiającym niebieskim okiem i nie wiem, czy powinienem się śmiać, płakać, czy błagać o pomoc.
Oczyszczając gardło, mówię: „Może... przydałaby mi się odrobina pomocy... po prostu stanąc na nogi”.
Skrzypi, ale nie rusza się tak długo, że spodziewam się, że się odwróci i pospieszy. Zamiast, pochyla się i owija rękę pod moimi ramionami. Ból znów wybija mnie przez bok, ale zacieram zęby i znoszę je. Kiedy wyjdziemy spod drzewa, a ja jestem na nogach, mam chwilę, aby wziąć głęboki oddech i poczuć coś, co sprawia, że mój żołądek skręca się w węzeł.
„O co chodzi?” Bailey pyta, przechylając głowę, by spróbować spojrzeć mi w twarz.
Mogę tylko powiedzieć: „Uciekaj!”
