Rozdział 1 JEDEN | TO MOJE URODZINY?
POV Alaii
– Alaio, wstawaj natychmiast! Nie każ mi tam do ciebie iść! – wydarła się mama z dołu, spod schodów.
Nacisnęłam drzemkę o jeden raz za dużo i teraz groziło mi spóźnienie w ostatnim tygodniu mojej klasy maturalnej.
Wyskoczyłam z łóżka i wpadłam do łazienki, próbując się dobudzić i wyglądać jak człowiek, a nie jak chodzący zombie.
Ledwo odkręciłam prysznic, już wskoczyłam do środka i zaklęłam na głos, gdy lodowata woda uderzyła mnie w ciało.
– No dobra, punkt pierwszy „pobudka” zaliczony – pomyślałam z przekąsem, regulując temperaturę i pędząc przez poranną rutynę.
Wyskoczyłam spod prysznica, owinęłam się moim ulubionym, puszystym ręcznikiem i spojrzałam w lustro.
Wszyscy zawsze powtarzali, jak bardzo jestem podobna do mamy, a ja z każdym dniem widziałam to coraz wyraźniej.
Miałam jej duże, złociste oczy w kolorze miodu i gładką, karmelową skórę.
Moje długie, czekoladowobrązowe włosy prawie sięgały talii – znowu jak u mamy – tylko że moje były kręcone, a jej raczej takie falowane.
Miałam pełne, wydęte usta i mały, zadarty nosek – uwielbiałam go – ale gdybym miała wskazać, co lubię w sobie najbardziej, to chyba jednak moje kształty.
Mama obdarzyła mnie figurą klepsydry, taką jak z obrazka.
Przy metr pięćdziesiąt osiem powiedziałabym, że wiele osób uznałoby mnie za atrakcyjną, ale nigdy z nikim nie chodziłam. Nie miałam nawet chłopaka.
Lubiłam trzymać się na uboczu i omijać dramy szerokim łukiem, więc mimo wyglądu niewielu ludzi zadawało sobie trud, żeby podejść i mnie poznać.
Ocknęłam się z tego zamyślenia, związałam włosy w wielkiego, niedbałego koka i pognałam do garderoby. Wciągnęłam moją ulubioną żółtą sukienkę maxi i brązowe sandały gladiatorki.
Przez mój niski wzrost musiałam zawiązać z przodu supeł, żeby się o nią nie potykać, ale i tak ją kochałam.
Zatrzymałam się przy toaletce, machnęłam odrobinę tuszu do rzęs i błyszczyk, po czym złapałam swoje rzeczy i zeszłam na dół do packhouse’u.
Po drodze zerknęłam na telefon i zobaczyłam, że mam jeszcze czas na szybkie śniadanie, zanim będę musiała wyjść.
Zrobiłam w powietrzu „żółwika”, zanim skręciłam za róg do kuchni.
Uwielbiałam jedzenie i wcale się do tego nie wstydziłam przyznać.
Rzuciłam kilka „dzień dobry” po drodze, mijając członków sfory, którzy już jedli przy dużej wyspie, a potem spojrzałam w stronę jadalni i zobaczyłam kolejnych. Pomachałam im, po czym otworzyłam lodówkę, wsadziłam do niej głowę i zaczęłam nieświadomie tańczyć mój radosny taniec na widok jedzenia.
– Och, lodóweczko, jakie pyszności skrywasz? – powiedziałam, wodząc wzrokiem po półkach.
Wtedy wszedł mój brat Aaron. Zobaczył mnie i – jak to on, rozpuszczony bachor – podszedł powoli za moimi plecami, a potem ryknął „Aaaa!” tak głośno, że wydarłam się przeraźliwie, walnęłam głową o górę lodówki od środka i prawie udusiłam się własnym sercem, które podskoczyło mi do gardła.
Próbowałam odzyskać choć odrobinę opanowania, co było trudne, bo jakieś dwadzieścia osób ze sfory robiło wszystko, żeby nie parsknąć śmiechem prosto w twarz. Aaron za to zwijał się ze śmiechu, więc odwróciłam się i wpakowałam mu prawy sierpowy w żebra, skutecznie kończąc jego ubaw.
– Alaio, co jest, do cholery?! – wrzasnął, kiedy dotarło do niego, że dostał.
– O, nie udawaj niewiniątka, ty dupku. Ja mam jeszcze zeza od tego, jak przywaliłam łbem w górę lodówki!
– Oj, no przepraszam, siostrzyczko – odparł, chichocząc i mierzwiąc mi włosy na czubku głowy, jakbym była szczeniakiem.
Strąciłam mu rękę.
– Jesteś ode mnie starszy całe sześć minut, wielka mi rzecz. I przestań mnie głaskać, chyba że chcesz mieć siniaka też z drugiej strony.
Jako bliźniaki potrafiliśmy w jednej chwili żreć się jak kot z psem, a w następnej być najlepszymi przyjaciółmi. Kochałam Aarona bardziej niż cokolwiek i wiedziałam, że on czuje to samo.
Przez chwilę masował obolały bok.
– Ten prawy sierpowy jest coraz lepszy. Widzę, że jednak w końcu zaczęłaś uważać na treningu walki.
Kiedyś nienawidziłam treningów walki. Zawsze wydawały mi się bardziej karą niż czymkolwiek innym.
Jako córce Alfy sfory Opalowego Księżyca od małego wbijano mi do głowy, że to Aaron kiedyś przejmie po ojcu stanowisko, a ja – jak tylko znajdę swoją parę – będę rodzić mu szczeniaki i po prostu będę „dobrą żoną”.
Moja mama, Luna Opalowego Księżyca, uznała to za kompletnie chore i uparła się, żebym zaczęła trenować natychmiast.
A co, jeśli moim partnerem okaże się alfa z innej watahy?
Nikt nie chciał Luny, która zna się tylko na poprawnym ułożeniu sztućców i układaniu kwiatów do wazonu.
Tata na początku się wahał, ale ponieważ prawie nie da się odmówić swojemu partnerowi — nawet jeśli jest się alfą — w końcu odpuścił, a ja przez ostatnie sześć miesięcy byłam w treningu.
Ponieważ miałam krew alfa, byłam o wiele bardziej drapieżna niż inne wilki i na treningu załapałam wszystko zaskakująco szybko. Potrafiłam dotrzymać kroku wojownikom z watahy, którzy ćwiczyli, odkąd byli jeszcze szczeniakami.
Moja siła napawała mnie ogromną dumą i to było niesamowite uczucie wiedzieć, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie co do czego, będę umiała obronić siebie i swoją watahę.
Podniosłam wzrok na Aarona i uśmiechnęłam się.
Chociaż byliśmy bliźniakami, nie mogliśmy wyglądać bardziej różnie.
On miał jaśniejszą skórę po tacie, zielone oczy i falujące brązowe włosy. Do tego miał świetny, przyjazny charakter i uśmiech, który potrafił poprawić humor nawet największemu ponurakowi. Przy swoim metr dziewięćdziesiąt z hakiem górował nad większością dzieciaków w naszej szkole, a dziewczyny dosłownie nie mogły się nim nasycić.
Przy takiej urodzie i z perspektywą bycia przyszłym alfą ktoś mógłby pomyśleć, że będzie jakimś kobieciarzem, który zalicza po kolei każdą dziewczynę, ale prawda była zupełnie odwrotna.
Aaron wierzył w znaczenie partnerów i chciał poczekać na swoją. To ona miała dzielić z nim wszystko — od pierwszego pocałunku po pierwszy raz w łóżku. Dla Aarona nie było nic bardziej wyjątkowego niż przeżycie wszystkich „pierwszych razów” z tą jedyną, którą sama Bogini Księżyca stworzyła specjalnie dla niego.
Ja też wierzyłam w partnerów, ale nie sądzę, żebym aż tak się ekscytowała znalezieniem swojego jak Aaron. On znał swoje miejsce w watasze i w świecie, a moja przyszłość wciąż była jedną wielką niewiadomą.
Chyba trochę mnie to przerażało.
Kiedy tak odpłynęłam w swoje myśli, mama weszła do kuchni z wielkim uśmiechem na twarzy. To, jak niemal podskakiwała na palcach, mówiło mi, że coś knuje — i że jest tym podekscytowana bardziej, niż wypada.
— Gotowi, moje dzieciaczki?
Aaron i ja spojrzeliśmy na siebie, potem z powrotem na mamę.
— Co? — powiedzieliśmy równocześnie.
Przewróciła oczami, ale szybko odzyskała swój entuzjazm.
— Ta sobota? Wszystko dopięte na ostatni guzik. Cała wataha już się szykuje, a wasz tata zaprosił czterech alf i kilku wybranych gości z sąsiednich watah. Będzie super!
Wciąż nie mieliśmy pojęcia, o co chodzi, i musiało to być widać po naszych minach, bo mama uniosła ręce i wrzasnęła:
— Wasze urodziny! Nie mówcie, że zapomnieliście, że w tę sobotę kończycie osiemnaście lat i wreszcie możecie znaleźć swoich partnerów! Och, nie mogę się doczekać, kiedy zostanę babcią — będę miała najśliczniejsze wilcze wnuczątka!
Wtedy mnie olśniło, a oczy zrobiły mi się wielkie jak spodki.
Moje osiemnaste urodziny? Jak ja mogłam zapomnieć o urodzinach — i to jeszcze o osiemnastce?
— O ja pierdolę! — zapiszczałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
Mama posłała mi spojrzenie jak noże i rzuciła:
— Słucham? — tak niebezpiecznie niskim tonem, że przeszły mnie ciarki.
— Przepraszam, mamo — wyszeptałam, co najwyraźniej zadziałało, bo niemal od razu wróciła do trajkotania o imprezie, partnerach i całej reszcie.
Wyłączyłam się i szybko otworzyłam więź umysłową z Aaronem.
Większość wilków nie potrafiła porozumiewać się w myślach, dopóki ich wilk w pełni się nie przebudził, ale ponieważ byliśmy bliźniakami, mogliśmy łączyć się ze sobą — i z nikim innym.
Wiedziałeś o tej imprezie? I jakim cudem zapomniałam o naszych urodzinach?
Nie miałem pojęcia. Tata zaprosił cztery inne watahy? Wiesz, jak bardzo to zwiększa nasze szanse na znalezienie partnerów, Alaia? Nawet jeśli nienawidzimy imprez i bycia w centrum uwagi, to akurat jest dobre.
Dobre dla kogo? A co, jeśli mój partner będzie z innej watahy albo okaże się jakimś przemocowym dupkiem z fetyszem na stopy, albo gorzej — a co, jeśli nie lubi sera?
Serio, Alaia, nielubienie sera jest gorsze niż bycie przemocowym kretynem? Ogarnij się, siostra.
Nieważne…
Ucięłam połączenie w myślach dokładnie w chwili, gdy znów usłyszałam głos mamy.
— Dobra, dzieciaki, zbierajcie się. Nie chcecie się spóźnić. To wasz ostatni tydzień, w końcu.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie miałam nawet chwili, żeby złapać śniadanie.
Zaczęła nas wypychać w stronę drzwi, a mój żołądek zaburczał w proteście. Dzięki wilczym zmysłom usłyszała to i uśmiechnęła się z satysfakcją.
— To cię nauczy wciskać drzemkę tyle razy.
I zanim zdążyłam choćby się odezwać, Aaron i ja byliśmy już za drzwiami, kierując się do jego samochodu.
Ten dzień już był do dupy.
