Rozdział 7 ROZDZIAŁ SIÓDMY | W KOŃCU JĄ ZNALAZŁEM
POV Alai
Nie wiem, jak długo leżałam na podłodze.
Dość długo, żeby muzyka z imprezy przesiąkła przez deski podłogowe i zmieniła się cztery albo pięć razy. Dość długo, żeby światło spod drzwi przeszło z ciepłego złota w zimny błękit. Dość długo, żeby Amethyst przestała wyć i po prostu ucichła — a jakoś… to było gorsze. Cisza w miejscu, gdzie wcześniej była, miała w sobie coś jak brakujący ząb: język w kółko trafiał w pustkę, uparcie, boleśnie.
Zostałam odrzucona.
Obracałam te słowa w głowie tak, jak naciska się siniaka, żeby sprawdzić, czy nadal boli. Nigdy nie chciałem partnerki. Wiesz, jaki jestem; nie mogę się przywiązać do jednej dziewczyny.
Patrzył na mnie — na mnie, swoją bratnią parę, osobę, o której sama Bogini Księżyca zdecydowała, że do niego należy — i wybrał, żeby to wyrzucić. Wybrał swoją opinię w stadzie, swoją „legendę”, te swoje podboje, karuzelę dziewczyn, które nic nie znaczyły. Wybrał to wszystko zamiast mnie, zanim dał mi choćby jedną, cholerną szansę.
Żadna kobieta tego nie zmieni.
Wcisnęłam policzek mocniej w podłogę i wypuściłam drżący oddech, taki, co trząsł mną od środka aż do końca.
Najgorsze — to, co sprawiało, że czułam się mała i głupia, i wściekła sama na siebie — to ta pół sekundy, zanim w końcu to przyjęłam. Ten okropny, zdradliwy błysk, gdy chciałam to odkręcić. Gdy zobaczyłam ból na jego twarzy, kiedy wypowiadał te słowa, zauważyłam ten cień czegoś, co próbował połknąć, schować, i pomyślałam: „on tak nie mówi serio. Nie mówi serio. Odwołaj to, odwołaj, odwołaj—”
Nie zrobiłam tego.
Wyprostowałam się i powiedziałam słowa, które to przypieczętowały, a potem wyszłam z jego pokoju z głową wysoko. I nie płakałam, dopóki drzwi nie zatrzasnęły się za mną na klucz, a ja już osuwałam się po nich na podłogę.
Taka właśnie byłam. Umiałam trzymać się w ryzach wystarczająco długo, żeby rozsypać się dopiero na osobności.
Mama nazwałaby to siłą. Teraz brzmiało to raczej jak czysta, uparta zawziętość.
Aaron w końcu mnie znalazł. No jasne, że tak — byliśmy bliźniakami i ani razu w życiu nie udało mi się przed nim ukryć.
Usłyszałam, jak puka, usłyszałam, jak mówi moje imię, i chciałam odpowiedzieć. Po prostu… moje ciało nie chciało współpracować. Użył awaryjnego klucza. Drzwi naparły na mnie, a ja pozwoliłam mu przepchnąć mnie po podłodze, jakbym nic nie ważyła, bo nie potrafiłam znaleźć w sobie energii, żeby się ruszyć.
Kiedy jego twarz wychyliła się zza drzwi i mnie zobaczył, w jego wyrazie twarzy zobaczyłam, jak coś pęka.
Spytał, co się stało. Powiedziałam mu, ledwie ponad szeptem, i poczułam, jak całe jego ciało sztywnieje od tych słów — poczułam ten moment, w którym kończy się Aaron, a przejmuje Ajax, jego wilk, a oczy robią mu się czarne i groźne.
— Kto cię odrzucił?
Nie umiałam wypowiedzieć tego imienia. Siedziało mi w gardle jak potłuczone szkło. Pokręciłam głową, a Aaron — mój brat, mój najlepszy przyjaciel, całe szesnaście minut starszy ode mnie i wściekły w mojej obronie — nie naciskał. Po prostu podniósł mnie i ułożył w łóżku, naciągnął kołdrę i wsunął się za mną.
Trzymał mnie, kiedy wypłakałam się do dna.
Nawet nie poczułam, kiedy zasnęłam.
Kiedy się obudziłam, było ciemno.
Nie ten wieczorny mrok — tylko ten głęboki, gęsty czarny jak smoła z tych najmniejszych godzin nocy, kiedy impreza dawno się skończyła, a pakownia ucichła. Aarona nie było. Musiał się w którymś momencie wymknąć, a ja to przespałam, co mówiło mi wszystko o tym, jak bardzo byłam rozbita.
Sukienkę nadal miałam na sobie. Włosy były w strzępach. Skóra na twarzy ściągała od zaschniętych łez, a za oczami siedział ból głowy, który pulsował za każdym razem, gdy mrugałam.
Leżałam bez ruchu i robiłam rachunek strat.
Więź z partnerem zniknęła. Tam, gdzie jeszcze chwilę temu zapaliła się jak iskra — to ciepłe, elektryczne rozpoznanie, kiedy Alexi i ja złapaliśmy kontakt wzrokowy, ledwie parę godzin temu — teraz była już tylko surowa, pusta dziura, jak rana, która jeszcze nie zdecydowała, czy się zabliźni, czy zacznie jątrzyć. Ametyst wciąż milczała, zwinięta w sobie gdzieś głęboko. Czułam jej żałobę jak drugą skórę. Niosłyśmy ten sam ból.
Przepraszam — pomyślałam do niej znowu, najciszej, jak potrafiłam. Tak bardzo cię przepraszam, dziewczyno.
Poruszyła się. Tylko odrobinę. Tyle, żebym wiedziała, że mnie słyszy.
Zamknęłam oczy i próbowałam to przetrwać, oddychając.
I wtedy to poczułam.
Przeszło przez szparę pod drzwiami — ledwo wyczuwalne, jak coś niesione nie tym wiatrem co trzeba, jak kiedy zimą przechodzisz obok piekarni i łapiesz ten zapach tylko na sekundę, zanim chłód znowu go połknie. Ciepłe. Drożdżowe. Świeży chleb.
Znieruchomiałam.
— To nie Alexi.
Alexi pachniał drzewem sandałowym i świeżo skoszoną trawą. Wbiłam to sobie w pamięć w te trzydzieści sekund, zanim rozwalił mi świat na kawałki, i to nie miało z tym nic wspólnego. To było coś zupełnie innego. Coś, przy czym moje płuca chciały zwolnić i wziąć głębszy, dłuższy wdech, a Ametyst po raz pierwszy od godzin uniosła głowę.
— Co to jest?
Nie odpowiedziała. Ale była już na nogach, uszy postawione, każda cząstka jej uwagi wbita w drzwi.
Ametyst. Podparłam się i usiadłam na poduszce, serce zaczęło tykać szybciej. Co to za zapach?
W mojej głowie zobaczyłam, jak przekręca łeb i skupia się na mnie, i to, co zobaczyłam w jej oczach — po całej tej żałobie, po tym wyjącym milczeniu — było czymś, czego się nie spodziewałam.
Nadzieja.
Ktoś zapukał do moich drzwi.
Cicho. Prawie niepewnie. Nie tak pukał Aaron — Aaron walił, jakby i tak był pewien, że wejdzie, czy mu pozwolę, czy nie. To było ostrożne. Jakby ten ktoś po drugiej stronie nie był do końca pewien, czy ma prawo tu być.
Nie odpowiedziałam. Nie umiałam wydobyć głosu. Po prostu siedziałam w ciemności w tej zniszczonej sukience, z twarzą ściągniętą od łez, z sercem walącym mi o żebra, i patrzyłam, jak klamka się porusza.
Drzwi otworzyły się powoli.
A zapach wlał się jak fala — ciepły chleb, ciepła skóra, ciepło wszystkiego — i Ametyst rzuciła się do przodu w mojej piersi tak mocno, że musiałam przycisnąć dłoń do mostka, żeby się nie rozsypać.
Para, wyszeptała z czcią i pewnością, jak modlitwę, którą trzymała na czarną godzinę.
Wpatrywałam się w sylwetkę w progu, wciąż na wpół w cieniu, i jedyne, o czym potrafiłam myśleć, to że takie oczy już kiedyś widziałam.
We śnie.
