Rozdział 4: Tylko Ty możesz to zrobić
Całe ciało Laury zadrżało, po czym błyskawicznie przybrała minę nagłego szoku i rozpaczy.
Udając, że nie widzi porozrzucanych po podłodze koralików, specjalnie nadepnęła na jeden i zachwiała się w stronę Charlesa.
Charles ledwie zdążył unieść rękę, kiedy Laura z wdziękiem wpadła mu w ramiona.
Uniósłszy lekko głowę, z oczami już zaczerwienionymi na brzegach, powiedziała żałosnym, drżącym głosem:
— Charles, ja tylko błagałam Zoey, żeby uratowała Celeste. Nie dość, że odmówiła, to jeszcze mnie upokorzyła i podniosła na mnie rękę. A kiedy próbowałam odejść, przypadkiem zerwałam jej bransoletkę.
Głos Laury załamał się od emocji, a w połączeniu z bólem wymalowanym na twarzy przedstawiała się jak bezbronna ofiara losu.
Widząc koralowe paciorki rozsypane po podłodze i słysząc, jak Laura z pełną premedytacją przekręca fakty, Diana odwróciła się i spoliczkowała ją.
— Pani Windsor, jeśli nie potrafi pani mówić zgodnie z prawdą, to lepiej niech pani trzyma język za zębami.
Pięć lat całkowicie odmieniło Dianę.
Patrząc chłodno na Laurę, która wciąż kuliła się w ramionach Charlesa i najwyraźniej jeszcze nie pojęła, co się stało, Diana poczuła, jak przez jej spojrzenie przelatuje lodowaty błysk nienawiści.
— Ty! Charles, ona mnie uderzyła! — Laura chwyciła się za policzek, głos miała roztrzęsiony. Najchętniej oddałaby natychmiast, ale obecność Charlesa trzymała ją w ryzach.
Mogła tylko wbić w Dianę spojrzenie pełne urazy.
Charles zmarszczył lekko brwi, uniósł wzrok na Dianę, a jego spojrzenie na moment zatrzymało się przy kąciku jej oka.
Potem znów spojrzał na Laurę, podtrzymując ją dłońmi, żeby stanęła prosto, i odezwał się przyciszonym głosem:
— Przestań robić sceny. Mamy sprawy do załatwienia.
Ton miał lekki, ale nie pozostawiał miejsca na dyskusję.
Laura była u boku Charlesa wystarczająco długo, żeby czytać go jak otwartą książkę.
Natychmiast stłumiła złość i, choć z oporem, wyprostowała się.
— Przepraszam, ona nie chciała zniszczyć twojej bransoletki — powiedział Charles do Diany, podnosząc nieco głos.
Po czym odwrócił się do asystenta:
— Nathan, zanotuj wzór i dopilnuj, żeby kupić doktor Green identyczną bransoletkę.
Nathan szybko przytaknął.
Nie czekając na odpowiedź Diany, Charles mówił dalej, lodowato:
— Doktor Green, musi pani przeprowadzić operację mojej babci. Pieniądze albo jakiekolwiek inne warunki — proszę podać. Cokolwiek rodzina Windsorów może zapewnić, zapewnimy.
Diana wypuściła cichy śmiech.
Zignorowała słowa Charlesa i schyliła się, żeby zbierać rozsypane koraliki, jeden po drugim.
Przez cały czas, gdy je podnosiła, w salonie zapanowała kompletna cisza.
Zarówno Joseph, jak i Nathan nie mogli się powstrzymać i kilka razy zerknęli na Dianę.
Joseph ukradkiem ocierał pot z czoła — naprawdę nie było go stać na to, żeby narazić się komukolwiek z obecnych.
Gdyby tylko mógł, najchętniej od razu zgodziłby się na operację w imieniu Zoey.
Po cichu pomodlił się parę razy w jej stronę, po czym również dołączył do zbierania koralików.
Dopiero gdy wszystkie zostały zebrane, Zoey uniosła wzrok.
— Przykro mi, nie mogę wykonać tej operacji.
Odmowa Zoey natychmiast znów dała Laurze ujście dla frustracji.
— Zoey, nie zadzieraj nosa tylko dlatego, że coś tam potrafisz. Jest mnóstwo ludzi lepszych od ciebie.
Zbesztawszy Dianę, Laura zwróciła się do Charlesa i powiedziała oburzona:
— Charles, ona nie jest jedynym dobrym lekarzem. Z takim zadętym charakterem jej umiejętności pewnie wcale nie są takie, jak plotki głoszą.
— Dzisiaj nie można wierzyć we wszystko, co się czyta w internecie. Jej zdolności są pewnie napompowane.
— Tacy lekarze jak ona, bez prawdziwych umiejętności i z wątpliwą etyką, powinni trafić na czarną listę.
„Charles, potraktujmy to jako przysługę dla ludzi — dziś obnażymy jej wydmuszkową reputację.”
Niekończąca się paplanina Laury w moment przykleiła Dianie łatkę oszustki.
Zoey nawet nie drgnęła.
Za to Joseph skrzywił się z niezadowolenia.
– Pani Windsor, umiejętności dr Green są dobrze udokumentowane. Jej nagrania z operacji służą jako materiały dydaktyczne na uczelniach medycznych.
Diana była żywą reklamą, którą zwerbował osobiście, i to za grubą kasę.
Rodzina Windsorów mogła być z samej śmietanki, ale Zoey była dla przetrwania szpitala na wagę złota.
Dla reputacji placówki Joseph odezwał się, mimo że Laura posłała mu spojrzenie, jakby miała go zaraz rozszarpać.
– Ty… – Laura zagotowała się, że ktoś jej się sprzeciwił.
– Dosyć. – surowy głos Charlesa uciął ją w pół słowa. – Laura, przeproś dr Green. Nie miałaś prawa podważać jej umiejętności.
Obejrzał wszystkie medyczne i operacyjne nagrania Zoey.
Nie był z branży, ale nawet on widział jak na dłoni, że jej zdolności są wyjątkowe.
– Dr Green, to pani przeprowadzi operację mojej babci, cokolwiek by się nie działo.
Charles patrzył Zoey prosto w oczy, bez mrugnięcia.
– Może pani odmówić, ale wtedy może się pani nie spodobać to, co z tego wyniknie.
– No to spróbuj, jeśli nie wierzysz.
– W końcu – zmienił ton Charles – każdy ma kogoś, na kim mu zależy.
Skoro prośby nie działały, Charles odpuścił dyplomację.
– Dr Green, jest pani mądra, jeszcze pani zmieni zdanie. Oby operacja poszła gładko.
Na tym zakończył, odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Laura prychnęła pod nosem i ruszyła tuż za nim.
W saloniku zostali nagle tylko Joseph i Diana.
Twarz Diany stężała, ponura jak listopadowe niebo.
Joseph wyglądał nie mniej zmartwionego.
Westchnął i już miał jej coś doradzić, kiedy Diana odezwała się pierwsza:
– Jestem zmęczona. Muszę odpocząć.
Potem odwróciła się i wyszła.
Słowa Charlesa przygniotły Dianę jak głaz.
Jej dwójka dzieci była całym jej światem.
Charles nie rzucał słów na wiatr.
Był bezwzględny.
Można mu było przypiąć niemal każdą wadę.
Diana bała się, że Charles odkryje bliźniaki.
Wracając do saloniku, nie potrafiła przestać drżeć; na czole perlił jej się pot.
Charles wrócił do swojego salonu z Laurą, zamierzając zapytać, po co w ogóle tam była, ale jego uwagę przykuło coś na stole.
Zwęził oczy. – Nathan, kto był w tym saloniku?
To był jego prywatny salonik, nikt nie mógł tu wejść bez jego pozwolenia.
Nathan, idący kilka kroków za nim, poczuł, jak serce mu opada.
Szybko podążył za wzrokiem Charlesa i zobaczył, że na tabliczce z napisem „Charles” ktoś dopisał równym, starannym pismem: „Wielki Wredniak”.
Druga tabliczka nie tylko była popisana, ale miała też narysowane dwa psy.
Nathan aż wciągnął powietrze.
Co za pechowy, psotny dzieciak to zrobił!
To go wykończy!
Nathanowi chciało się płakać, gdy zaczął ostrożnie:
– To mógł być jakiś dzieciak, co się zgubił i wszedł do złego pokoju…
Charles posłał mu takie spojrzenie, że Nathan zamilkł natychmiast.
– Zaraz sprawdzę monitoring.
Z tymi słowami Nathan czmychnął.
Jak się okazało, to rzeczywiście były dzieci — i to nie jedno, tylko dwoje.
Co więcej, wcale się nie zgubiły. To było celowe.
Nathan czuł przytłaczającą atmosferę i nie śmiał podnieść głowy.
Już miał coś powiedzieć, gdy usłyszał śmiech:
– Pokoloruję jeszcze tego pieska, a potem ja…
Głos urwał się nagle.
Daisy stała w progu: w jednej ręce trzymała pędzelek, drugą pchała drzwi. Oczy miała szeroko otwarte ze zdziwienia.
