Rozdział 4
Z perspektywy Caroline
Życie po urodzeniu Liama okazało się o wiele spokojniejsze, niż się spodziewałam. Moje ponadprzeciętne wyniki w BuildRight Corp zwróciły uwagę Alfy Geralda, który nawet zaproponował mi awans w firmie. Jedyny minus był taki, że moje dziecko odziedziczyło po mnie cechę bezwonnego wilka. Ale za każdym razem, gdy patrzyłam w jego fioletowe oczy — tak podobne do oczu jego ojca — serce dosłownie mi miękło.
Pewnego popołudnia, kiedy szykowałam Liamowi posiłek, Rory poruszyła się we mnie niespokojnie.
— Uważaj, Caroline. Czuję, że nadchodzi kłopot.
I rzeczywiście — ciotka Diana wparowała do środka, niemal wypychając drzwi ramieniem, a jej oczy błyszczały wrogością.
— No proszę, no proszę… a cóż to za wstyd małego stada — zakpiła, wchodząc do mojego mieszkania bez zaproszenia.
Przełknęłam złość.
— Co cię tu sprowadza, ciociu Diano?
Jej wzrok przejechał po pokoju i zatrzymał się na Liamie, który bawił się w swoim kąciku. Twarz wykrzywiła jej się z obrzydzenia.
— Kolejny bezwonny wilk. Co za marnowanie zasobów stada.
— Liam jest moim synem i zasługuje na wszystko — powiedziałam twardo.
Diana parsknęła ostrym śmiechem tak nieprzyjemnym, że Liam aż się wzdrygnął.
— Na co zasługuje? Na to, żeby być kolejnym ciężarem dla stada? Bezwonne wilki nawet nie potrafią stworzyć podstawowych więzi stadnych.
— Wnosimy wkład w inny sposób. W BuildRight Corp—
— Och, taa, twoja praca — ucięła mi. — A propos, słyszałaś? Selina jest w ciąży. — Jej wzrok padł na nowe, wypasione zabawki Liama. — I tak się zastanawiam… czy bezwonny szczeniak naprawdę potrzebuje aż takich luksusów?
Zacisnęłam dłonie w pięści.
— Czemu by nie oddać wszystkich rzeczy Liama dziecku Seliny? — powiedziała przesadnie słodkim tonem. — Uznałabyś to za prezent dla bratanka. On będzie czystej krwi wilkiem, a nie jakimś… bezojcowskim kundelkiem.
— Diano! — w progu pojawiła się moja mama. — Wynoś się stąd!
— Mówię tylko prawdę, siostrzyczko. Dziecko samotnej matki nie może się równać z naszym. — Diana odwróciła się do wyjścia, ale jeszcze dołożyła ostatnią szpilę. — Dla dobra stada, Caroline, zanim staniesz się jeszcze większym pośmiewiskiem…
Drzwi trzasnęły. A ja zostałam, drżąc cała, tuląc Liama do siebie tak mocno, jakbym mogła osłonić go własnym ciałem.
— Ona się myli — szepnęła Rory. — Jesteśmy silne. Nie potrzebujemy ich aprobaty.
Patrząc w te piękne, fioletowe oczy Liama, podjęłam decyzję. W naszym świecie, gdzie linia krwi znaczyła wszystko, Liam zawsze miałby nad głową osąd — za to, że jest bezwonny i bez ojca. Musiałam go chronić.
Stado Krwawego Księżyca było dla mnie dobre, mimo że urodziłam się bezwonna i nie potrafiłam wyczuć swojego przeznaczonego partnera. Ale dla Liama… musiałam odejść.
Następnego dnia poprosiłam o spotkanie z Alfą Geraldem. Kiedy czekałam przed jego gabinetem, serce waliło mi jak młotem.
— Wejdź, Caroline — zawołał z środka głęboki głos Alfy Geralda.
Weszłam, wyprostowana, z uniesioną głową.
— Alfa — przywitałam się, pochylając lekko głowę na znak szacunku.
Wskazał mi krzesło.
— W czym mogę ci pomóc, Caroline?
Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam mu prosto w oczy.
— Przyszłam poprosić o pozwolenie na opuszczenie Stada Krwawego Księżyca.
Jego brwi poszybowały w górę.
— Opuścić? Mogę zapytać dlaczego?
Zawahałam się na moment, po czym uznałam, że szczerość będzie najlepsza.
— Jak wiesz, Liam i ja jesteśmy bezwonnymi wilkami. Jestem wdzięczna za szanse, jakie tu dostałam, ale wierzę, że będzie dla nas lepiej, jeśli znajdziemy miejsce, w którym naprawdę będziemy mogli do kogoś należeć.
Alfa Gerald odchylił się na oparciu fotela i przyglądał mi się uważnie.
— Rozumiem. A dokąd planujesz się udać?
— Jeszcze nie wiem do końca — przyznałam. — Ale czuję, że potrzebujemy nowego startu.
Skinął powoli głową, z zamyśleniem na twarzy.
— Rozumiem twoją sytuację, Caroline. Twoja praca była tutaj wzorowa i byłoby mi przykro cię stracić. Ale chcę też tego, co najlepsze dla ciebie i twojego syna.
Ulgę poczułam tak nagle, że aż zakręciło mi się w głowie. Nie spodziewałam się, że okaże tyle zrozumienia.
— Dziękuję, Alfo — powiedziałam szczerze.
Uniósł dłoń.
— Zanim podejmiesz ostateczną decyzję, mam dla ciebie propozycję. Mam kontakty w Thorne Enterprises, firmie należącej do Stada Storm Valley. Ich CEO i zarazem Alfa to naprawdę imponujący młody mężczyzna. Poznałem go kilka lat temu na oficjalnej kolacji Alf, którą organizowało nasze Stado Krwawego Księżyca. Caroline, z twoimi kwalifikacjami jestem pewien, że świetnie sobie poradzisz.
Szeroko otworzyłam oczy ze zdziwienia.
— Poleciłbyś mnie firmie z innego stada?
Alfa Gerald uśmiechnął się.
— Wierzę w nagradzanie ciężkiej pracy i lojalności, Caroline. Pokazałaś jedno i drugie przez cały czas, odkąd tu jesteś. To może być dla ciebie szansa, żeby nie tylko pchnąć karierę do przodu, ale też znaleźć nową watahę, która będzie bardziej… wyrozumiała wobec twojej wyjątkowej sytuacji.
Podekscytowanie Rory’ego aż we mnie buzowało.
— To może być nasza szansa, Caroline! Nowy start, nowa wataha!
Nie mogłam się nie uśmiechnąć.
— Ja… ja nie wiem, co powiedzieć, Alfa. Dziękuję za tę możliwość.
Dodał:
— Dołączenie do jego firmy oznacza zerwanie więzi z Watahą Krwawego Księżyca i wyjazd z Maplewood na dobre.
Zaniemówiłam z szoku, zawahałam się.
Kiwnął głową i podał mi wizytówkę.
— Daj sobie czas, przemyśl to. Jeśli zdecydujesz się to pociągnąć, załatwię, co trzeba. Wyślij odpowiedź na adres z wizytówki — nieważne, czy odrzucasz propozycję, czy przyjmujesz i prosisz o rozmowę online.
Przez kolejne dni ważyłam wszystko po cichu, jakbym mieliła w głowie każdą „za” i „przeciw”. Myśl o opuszczeniu Maplewood — jedynego domu, jaki kiedykolwiek znałam — przytłaczała mnie aż do gardła. Ale kiedy patrzyłam na Liama, jak radośnie bawi się zabawkami, wiedziałam, że muszę zrobić to, co dla niego najlepsze. Nawet jeśli mnie to przerażało.
W końcu wysłałam zgłoszenie i prośbę o rozmowę na adres e-mail z wizytówki.
Wróciłam do gabinetu Alfy Geralda, żeby poinformować go o decyzji, a on od razu zajął się nie tylko moim wypowiedzeniem w firmie, ale też zorganizował rytuał zerwania więzi z watahą.
Alfa Gerald urządził niewielką, prywatną ceremonię za Domem Watahy — tylko my i kilkoro starszych.
Zgodnie z tradycją stanęłam w kręgu, a starszy zrobił mi niewielkie nacięcie na dłoni. Położyłam krwawiącą rękę na świętym dębie watahy, tak jak robiły to przede mną całe pokolenia.
Efekt był natychmiastowy. Więź, która była częścią mnie od urodzenia, zaczęła blednąć, jakby ktoś odkręcał w moim wnętrzu ciepło i pewność. Rory cicho skomlił, gdy nasze połączenie z Watahą Krwawego Księżyca słabło… aż w końcu zniknęło całkowicie.
Starszy dokończył formułę rytualną i tyle. Rozdzielenie stało się faktem. Zostałam oficjalnie uwolniona od Watahy Krwawego Księżyca.
— Jeśli kiedykolwiek uznasz, że Wataha Storm Valley to nie twoje miejsce, pamiętaj, że tutaj zawsze znajdzie się dla ciebie kąt — powiedział cicho.
— Dziękuję, Alfa Gerald — odparłam z wdzięcznością.
Kiedy szykowałam się do wyjazdu, zaczęłam szukać biletów z Maplewood do Harbor Bay, planując zarówno przeprowadzkę, jak i nadchodzącą rozmowę.
— Niespodzianka!
Eleanor pojawiła się nagle, a ja aż podskoczyłam.
— Co ty tu robisz? — wyrwało mi się.
— Naprawdę myślałaś, że tak po prostu zwiniesz mojego chrześniaka i czmychniesz? — skrzyżowała ręce na piersi, udając, że mierzy mnie groźnym spojrzeniem.
— Mój tata już załatwił mi rozmowę w Mountain Cat World w Harbor Bay. Przeprowadzam się tam z tobą!
— Co? — mrugnęłam, nie wierząc własnym uszom. — A Nate?
— Złożył wniosek o przeniesienie do tamtejszego oddziału. Zaczyna za dwa tygodnie — Eleanor promieniała.
— To będzie nowy start dla naszej trójki!
Widząc, że stoję jak wryta, dodała:
— Nie spinaj się, wszystko ogarnęłam. Nate nas zawiezie. Dopóki nie znajdziesz żłobka, który ci pasuje, mogę pomóc z Liamem. Już wybrałam trzy naprawdę fajne miejsca, a mój tata pomógł nam załatwić w pełni umeblowane mieszkanie w centrum…
— Eleanor… — głos mi pękł, a w oczach zaszkliły się łzy.
— Ej — szturchnęła mnie lekko łokciem. — Naucz się przyjmować to, co los ci daje. A teraz chodź, musimy pożegnać się z twoimi rodzicami.
U moich rodziców zrobiło się cicho i ciężko, kiedy powiedziałam, że jutro wyjeżdżam.
— Mamo… — objęłam ją mocno.
— Jedź — szepnęła, ocierając łzy. — Dla Liama. Dla siebie. Tylko obiecaj, że będziesz się odzywać.
Pożegnanie nie było łatwe, zwłaszcza gdy patrzyłam, jak składają czułe pocałunki na czole Liama, wiedząc, że przez miesiące go nie zobaczą. Ale z nową pensją wreszcie będzie mnie stać, żeby przylatywali do nas na święta i na wydarzenia watahy.
Dzięki Eleanor i Nate’owi Liam i ja szybko zadomowiliśmy się w nowym mieszkaniu. Jutro miałam rozmowę w Thorne Enterprises. Później, tego samego wieczoru, otworzyłam karton i zaczęłam się rozpakowywać. Na dnie leżało mniejsze pudełko — to, w którym trzymałam wszystkie wspomnienia z tamtej nocy balu maskowego. Otworzyłam je powoli, a palcami musnęłam materiał sukienki, którą wtedy miałam na sobie. Westchnęłam cicho, ściskając w dłoni flakon perfum.
„Może… powinnam kiedyś założyć ją znowu?”
Postawiłam perfumy na toaletce, zamknęłam pudełko i wsunęłam się do łóżka, a serce trzepotało mi od dziwnej mieszanki strachu i ekscytacji.
Jutro jest nowy dzień.
