Rozdział 1 1
Perspektywa Kaelena:
Plastikowe torby wrzynały mi się w palce, kiedy szedłem ulicą. Zimno nie dokuczało mi tak bardzo, jak powinno, ale musiałem udawać, że tak jest. Musiałem udawać, że jestem jak wszyscy: normalny.
Lucian poprosił o te cholerne ciastka, które sprzedawali tylko w sklepie po drugiej stronie miasta, a Marlen potrzebowała więcej zeszytów do szkoły.
Zawsze coś. Zegar na rynku pokazywał 8:30 — później, niż planowałem — a latarnie uliczne migotały żółtawym światłem, przez które wszystko wyglądało brudniej, niż było w rzeczywistości.
Emberdale było naprawdę małym miasteczkiem i po zmroku szybko pustoszało, za co zwykle byłem wdzięczny. Mniej oczu, mniej pytań i mniejsza szansa, że ktoś zauważy w nas cokolwiek dziwnego.
Ale dziś w nocy ulica była zbyt pusta, zbyt cicha, poza dźwiękiem moich własnych kroków na chodniku.
Poczułem zapach alkoholu, zanim ich zobaczyłem.
Trzech facetów, może czterech, wytoczyło się z zaułka jakieś dwadzieścia jardów przede mną. Jeden potknął się o własną stopę, a reszta parsknęła tym głośnym, przesadnym śmiechem pijanych.
Cholera.
Od razu zmieniłem kierunek, przechodząc na drugą stronę ulicy, ale ten najwyższy mnie zauważył.
— Hej, ty! — krzyknął, a jego głos odbił się echem od ścian pozamykanych budynków. — Dokąd tak się spieszysz?
Szedłem dalej. Ani szybko, ani wolno. Normalnie. Jakbym go nie słyszał.
— Mówię do ciebie, skurwysynu!
Kroki za mną przyspieszyły. Było ich czterech — potwierdziłem, słuchając nieskoordynowanego rytmu ich ruchów. Jeden trochę powłóczył lewą nogą. Drugi oddychał świszcząco, jak ktoś, kto pali od lat.
To były szczegóły, których normalny człowiek nie wyłapałby z takiej odległości, ale wepchnęły mi się do głowy, nawet o to nie proszone. Bo nie byłem normalnym człowiekiem. Tak naprawdę nie byłem nawet człowiekiem.
— Co, głuchy jesteś czy jak? — Najwyższy dogonił mnie i stanął przede mną, zastępując mi drogę. Śmierdział whiskey i miał na koszuli plamę z wymiocin. — Mój kolega zadał ci pytanie.
— Nie chcę kłopotów — powiedziałem, utrzymując głos spokojny i neutralny. — Po prostu wracam do domu.
— Ooo, po prostu wraca do domu — powtórzył szyderczo drugi. Był młodszy, może w moim wieku, z rozciętą brwią, z której wciąż trochę sączyła się krew. — Jakie to słodkie. Słyszeliście, chłopaki? Śliczniutek chce tylko wrócić do domku.
Pozostali się roześmiali. Jeden popchnął mnie w ramię — niezbyt mocno, tylko na próbę. Torby zakołysały mi się w dłoni.
— Przepraszam — powiedziałem i spróbowałem ich obejść. Mogłem to zrobić. Mogłem po prostu odejść, a oni byliby zbyt pijani, żeby mnie gonić, jeśli przyspieszę.
Ale ten wysoki złapał mnie za ramię i ścisnął. Mocno.
Pierwszym odruchem było wyrwać się, złamać mu chwyt, a w razie potrzeby złamać mu też rękę. To byłoby łatwe. Cholernie łatwe.
Tyle że wtedy zobaczyłem inny problem: na słupie po drugiej stronie ulicy wisiała na wpół uszkodzona kamera monitoringu — pewnie nawet nie działała, ale co, jeśli jednak? Co, jeśli ktoś patrzył? Co, jeśli użyję swojej prawdziwej siły, a potem ktoś zacznie zadawać pytania?
Byliśmy tu od trzech miesięcy. Trzy miesiące od chwili, kiedy uciekliśmy z miasta po tym, jak uleczyłem tamtego dzieciaka, a niewłaściwi ludzie to zobaczyli.
Trzy miesiące ukrywania się w tym malutkim miasteczku, gdzie nikt nas nie znał i nikt niczego nie podejrzewał. Lucian dopiero zaczynał znowu spać bez koszmarów, a Marlen przestała pytać mnie każdego ranka, czy znów musimy uciekać.
Nie mogłem ryzykować. Nie przez bandę pijanych idiotów.
— Puść mnie — powiedziałem i wyszarpnąłem ramię, nie używając zbyt dużo siły.
Zacisnął uścisk.
— Bo co? Co zrobisz, śliczniutku?
Pierwszy cios padł, zanim zdążyłem go uniknąć. Trafił mnie w policzek, a ból eksplodował ostry i gorący. Zachwiałem się, torby wypadły mi z ręki i usłyszałem, jak ciastka dla Luciana kruszą się w opakowaniu.
— No dawaj, oddaj — powiedział ten młody z rozciętą brwią i pchnął mnie znowu, mocniej. — Co jest? Boisz się?
Tak. Ale nie ich.
Kolejne uderzenie, tym razem w żebra. Zgiąłem się wpół, powietrze wyrwało mi się z płuc. Poczułem, jak w gardle narasta gorąco — to piekące wrażenie, które zawsze poprzedzało przemianę, kiedy byłem zbyt zestresowany.
Nie. Nie tam. Nie teraz.
— Przestańcie — powiedziałem i nienawidziłem brzmienia własnego głosu, niemal jak błaganie. — Dość.
– Dość? – powtórzył ten wysoki, kopiąc mnie w nogę. – Dopiero się rozkręcamy, koleś.
Potem kopniaki posypały się ze wszystkich stron. Plecy, żebra, brzuch. Zwinąłem się, próbując osłonić głowę ramionami.
Każde uderzenie przypominało mi, jak słabo muszę wyglądać, jak bardzo po ludzku muszę się zachowywać. Czułem, jak moje kości przyjmują na siebie obrażenia, jak ciało chce automatycznie się uleczyć, ale powstrzymywałem je. Pozwalałem, żeby bolało. Pozwalałem, żeby tworzyły się siniaki.
Pomyślałem o Lucianie i Marlenie czekających na mnie w domu. O tym, że Marlen pewnie już nakrył do stołu, a Lucian zrobił ten okropny makaron, który ostatnio ciągle przyrządzał, bo zobaczył przepis na TikToku.
Pomyślałem, jak bardzo by się przestraszyli, gdybym się nie pojawił, albo co gorsza, gdybym wrócił i powiedział im, że znowu musimy wyjechać.
Nie mogłem im tego zrobić.
Czyjaś stopa trafiła mnie w twarz i poczułem, jak pęka mi warga, a ciepła krew spływa po brodzie. Dzwoniło mi w uszach. Jeden z nich mówił coś o moim portfelu, ale słowa były stłumione, zniekształcone.
Wtedy zobaczyłem światła.
Wysokie, jasne, zbyt blisko. Pisk opon na asfalcie rozdarł powietrze i nagle tamci przestali mnie kopać, a zamiast tego zaczęli krzyczeć i odskakiwać.
Czarny samochód zatrzymał się kilka cali od miejsca, w którym jeszcze sekundę wcześniej stał jeden z nich.
– Co do cholery?! – wrzasnął ktoś.
Leżałem na ziemi, ciężko oddychając i próbując skupić wzrok. Drzwi się otworzyły. Szybkie kroki na chodniku.
– Wynocha albo zadzwonię na policję! – To był kobiecy głos, stanowczy, bez cienia drżenia. – Mam telefon w ręce, skurwysyny!
– Tylko się bawiliśmy – mruknął ten wysoki, ale już się cofał.
– To bawcie się gdzie indziej. Wynosić się stąd!
Usłyszałem, jak odchodzą, ich ciężkie, niezdarne kroki znikające w oddali pośród mamrotanych obelg.
Spróbowałem się podnieść i świat lekko zawirował. Cholera. Uderzyłem się w głowę mocniej, niż myślałem.
– Nic ci nie jest?
Kobieta podeszła bliżej, a jej buty znalazły się w moim polu widzenia. Białe trampki, znoszone. Powoli uniosłem głowę i...
To było tak, jakby zmieniło się powietrze.
Nie wiem, jak inaczej to wyjaśnić. Uklękła przy mnie i kiedy jej palce musnęły moje ramię, pomagając mi usiąść, coś poruszyło się pod moją skórą.
Coś ciepłego i dziwnego, i zupełnie nieoczekiwanego, co sprawiło, że nawet przestałem słyszeć, co do mnie mówi.
Przez sekundę, zaledwie sekundę, poczułem pieczenie w oczach, ten złoty żar, który normalnie potrafiłem kontrolować bez najmniejszego problemu.
Mocno zamrugałem i stłumiłem to. Kiedy znowu na nią spojrzałem, jej ciemne oczy były utkwione we mnie z autentyczną troską. Jasnobrązowe włosy miała związane w koński ogon, a jej twarz była pozbawiona makijażu. Była mniej więcej w moim wieku, może trochę młodsza.
– Dasz radę wstać? – zapytała.
Skinąłem głową, choć nie byłem pewien. Pozwoliłem jej pomóc mi się podnieść; jej mała dłoń była zaskakująco pewna na moim ramieniu.
Kiedy już stałem, szybko mnie puściła i cofnęła się o krok, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, że dotknęła zakrwawionego nieznajomego pośrodku ulicy.
– Powinieneś jechać do szpitala – powiedziała. – Nieźle cię urządzili.
– Nic mi nie jest – skłamałem, wycierając usta dłonią. Kiedy ją odsunąłem, była czerwona od krwi. – Ja tylko... muszę wrócić do domu.
– Wcale nie wyglądasz dobrze.
– Bywało gorzej. – A tego akurat nie kłamałem.
Spojrzała na mnie z tym wyrazem twarzy, jaki ludzie mają, kiedy wiedzą, że mówisz coś głupiego, ale nie znają cię na tyle dobrze, żeby powiedzieć ci to prosto w twarz.
– Przynajmniej pozwól, że cię podrzucę. Nie powinieneś iść w takim stanie.
– Nie, dzięki. Naprawdę. I tak zrobiłaś już wystarczająco dużo.
Przez chwilę staliśmy w niezręcznej ciszy. Wyglądała, jakby chciała się kłócić, ale w końcu westchnęła i skinęła głową.
– Jak sobie chcesz – powiedziała i wróciła do samochodu. Zanim wsiadła, odwróciła się jeszcze. – Uważaj bardziej na siebie, dobrze? Nie każdy pijany ucieka, kiedy pojawia się samochód.
– Będę – powiedziałem.
Patrzyłem, jak odjeżdża, a tylne światła jej samochodu znikają za rogiem. Podniosłem z ziemi rozerwane torby, zgniecione ciastka i zeszyty, które jakimś cudem ocalały.
Bolało mnie całe ciało, ale już czułem, jak zaczyna się goić, jak znajome ciepło rozchodzi się po moich żebrach i zasklepia rozciętą wargę.
Ale nie mogłem przestać myśleć o tamtej chwili, kiedy mnie dotknęła.
O tym, jak moje oczy zareagowały bez mojej woli.
I o tym, że po raz pierwszy od lat człowiek sprawił, że poczułem coś innego niż ostrożność.
