Pragnienie króla
On
Echo jego słów wibrował w głębinach mojego umysłu, niechciane zakłócenie, które rozniecało ciągłe iskry mojej wściekłości. Kolejny królewski głupiec śmiał zakłócić moją samotność z bezczelnością swojej propozycji.
Poślubić jego córkę? Czy wziął mnie za zdesperowanego szczeniaka, szukającego sojuszy, aby utrwalić swoje panowanie?
Nie potrzebowałem tego.
Byłem Królem Qemond. Najsilniejszego Królestwa Wampirów na świecie.
Król Holmes był muchą, która nic nie robiła, tylko mnie irytowała. To, że myślał, że mógłbym być skuszony jego córką, było obrazą.
Andras, moja prawa ręka i jedyny człowiek, któremu ufałem, dogonił mnie, moje kroki były szybkie i ciężkie na brukowanej ulicy. „Co powiedział posłaniec?”
„Holmes chce, żebym poślubił jego córkę,” prychnąłem, zirytowany, że taka prośba została do mnie skierowana.
„Małżeństwo?”
„Żałosna próba powiększenia swojego królestwa, bez wątpienia. Traktuje mnie, jakbym był jakimś podwładnym, tęskniącym za resztkami władzy,” warknąłem.
Andras uniósł brwi, przechylając ciało, aby spojrzeć na mnie bardziej bezpośrednio. „To byłoby dla nas korzystne-”
Warknąłem, przerywając mu. „Nie poślubię jej.”
Pomasował kark z uśmiechem. „Dobrze, nie wspomnę o tym więcej.”
„Nie będę pionkiem w polityce wampirów.”
Andras zmarszczył brwi, kładąc ręce za plecami. „Ty jesteś polityką wampirów.”
Zignorowałem to, mimo że było to prawdą. Qemond było bastionem, sercem handlu i wojny, domem jedynej armii wampirów, która była na tyle szybka, by zabić, zanim zginie.
A ja byłem królem tego wszystkiego.
Moje kły pragnęły zatopić się w czyjejś szyi. Moja głowa pulsowała, a oczy zapadały się głębiej w tępy, karzący rozpacz. Nie mówiliśmy nic więcej, idąc w stronę jedynego baru, który tolerowałem w wiosce.
Znajdował się na obrzeżach Qemond, tuż za naszym murem. Był wystarczająco daleko, by przyciągać podróżnych, ale na tyle blisko, by pozostawać pod moją kontrolą. Gdy tylko weszliśmy do środka, zapach krwi wdarł się do mojego nosa i opuścił moje kły.
„Wasza Wysokość.” Kelnerka lekko się ukłoniła, robiąc miejsce do ciemnego, prywatnego kąta, który zawsze zajmowałem.
„Przynieś mi dwie próbki,” rozkazałem, nie trudząc się, by na nią spojrzeć. „Niemieszane. Ludzkie. Kobiece.”
Znów się ukłoniła i zniknęła.
Andras usiadł na krześle naprzeciw mnie z westchnieniem. „Testowanie przed ugryzieniem? Tak bardzo chcesz uniknąć rozczarowania?”
Spojrzałem na niego gniewnie.
„Kiedy ostatnio piłeś?”
„Tego ranka. Ale te wszystkie pieprzone spotkania dzisiaj były wyczerpujące. A Rada nadal chce się spotkać jutro.”
Uniósł brew. „Myślisz, że wiedzą, że Holmes zaproponował ci swoją córkę?”
Zacisnąłem szczękę. „Jestem pewien. Ukłoniłby się im jak rozkapryszony dzieciak i poprosił o ich pomoc.”
Kelnerka wróciła z dwoma filiżankami i delikatnie postawiła je przed nami. „Proszę bardzo. Dajcie znać, jeśli będziecie czegoś potrzebować, Wasza Wysokość.”
Odeszła z szybkim ukłonem, prawdopodobnie chcąc jak najszybciej od nas uciec.
Władza rodzi strach, a ja byłem najpotężniejszy w królestwie. Widzieli we mnie siłę, z którą trzeba się liczyć, postać, która rzuca cień nawet w najciemniejszych zakamarkach ich snów. W ich oczach byłem zagrożeniem, nawet jeśli byłem ich królem.
Wziąłem łyk.
Ciepło uderzyło w moje wnętrzności. Smak uderzył jak seks i rzeź. Był gęsty, upajający, żywy. Moje wargi rozchyliły się w cichym warknięciu, gdy krew pokryła mój język, powoli i bogato, jak miód przeciągnięty po ostrzu.
Moje ciało zadrżało.
Pokój się wyostrzył. Widziałem wszystko, każdy oddech, każde bicie serca, każdy skurcz mięśnia. Czułem zapach księżyca przez drewno. Smakowałem go.
Kolejny łyk i moje ręce zacisnęły się w pięści na stole, ból w moich kłach był teraz nie do zniesienia.
Co to, kurwa, było?
Brwi Andrasza zmarszczyły się głęboko, gdy jego oczy przeskanowały moją twarz. "Sebastian?"
Wziąłem kolejny łyk, paznokcie wbijając w krawędź stołu, gdy ogień rozprzestrzeniał się w moich żyłach.
Andrasz nie spuszczał ze mnie wzroku, odstawiając filiżankę i marszcząc brwi w moim kierunku. "Dostałeś złą partię krwi?"
Pokręciłem głową.
"Wyglądasz na totalnie szurniętego."
Spojrzałem na ciemny płyn, połykając ostatnią kroplę. Smak był inny, a jednak nie mogłem określić jego znaczenia. Ostatni łyk był chłodny na języku, chłodny w gardle. Smakował życiem; sprawiał, że czułem się żywy.
Moje kły bolały, głowa pulsowała, jakby w środku bił wojenny bęben. Nie przyszedłem tu, żeby się bawić. Wstałem i przeszedłem obok nieśmiałej kelnerki bez słowa, ignorując szepty i szeroko otwarte oczy.
Żaden cholerny kubek nie zaspokoi tego głodu.
Zapach prowadził mnie głębiej w cienie baru, prosto do zamkniętych drzwi na tyłach. Otworzyłem je bez wahania, łańcuch z brzękiem upadł na ziemię, gdy się złamał.
Za nimi była żałosna klatka z zakutymi w łańcuchy ludźmi. Wychudzone ciała, blade i drżące, pozbawione godności i nadziei.
Wciągnąłem powietrze gwałtownie. Wśród zapachu strachu i krwi, jeden wołał do mnie. Zrobiłem krok naprzód, mięśnie napięte. Inni byli tylko bydłem. Ona była czymś innym.
Bez wahania przeszedłem przez klatkę, ignorując ciała, które krzyczały i szukały schronienia przy ścianie.
Za mną rozległy się ciężkie kroki. Właściciel wpadł do środka, panika wyraźnie malowała się na jego twarzy. "Wasza Wysokość, proszę! Nie możecie—"
Zanim zdążył dokończyć, uderzyłem dłonią w jego gardło, unosząc go bez wysiłku nad ziemię. Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia, gardło ściśnięte pod moim uściskiem.
"Wezmę to, co moje," warknąłem nisko i groźnie.
Łapał oddech, ręce drapały moje nadgarstki, ale trzymałem mocno, ściskając wystarczająco, by przypomnieć mu, kto tu rządzi.
Gdy go puściłem, zatoczył się do tyłu, przełykając ciężko, oczy błądziły po drżących kobietach, które wciąż czekały w cieniu.
Odwróciłem się, moje oczy spoczęły na małej ludzkiej istocie skulonej w kącie klatki. Chwyciłem zimne żelazne pręty obiema rękami, mięśnie napięły się pod moją skórą.
Klatka była zbudowana dla śmiertelników, małych, kruchych stworzeń, ale ja nie byłem zwykłym człowiekiem. Rozdarłem pręty, metal jęczał i skręcał się jak papier.
Ciężki brzęk odbił się echem po pomieszczeniu, zagłuszając przerażone krzyki za mną. Wszedłem do środka, przykucając, ciasna przestrzeń ledwo mieściła moje potężne ciało.
Moje oczy natychmiast skupiły się na niej.
Przyciskała się do dalekiej ściany, jej ręce zakute w kajdany obok głowy, żelazo wgryzało się w jej bladą skórę. Jej wychudzone mięśnie i szkieletowa sylwetka ledwo trzymały ją na nogach.
Cienka biała sukienka przylegała do jej łydek, brud rozmazany na jej bosych stopach. Jej szerokie, piwne oczy były utkwione we mnie, strach i niedowierzanie błyszczały w ich głębi.
Moje spojrzenie paliło niewyobrażalną potrzebą zedrzeć z niej tę sukienkę, by odsłonić skórę pod spodem. Była delikatnym arcydziełem, płótnem, do którego przyciągało mnie szaleństwo, które ściskało mi klatkę piersiową.
Zamknąłem mocno oczy, czując, jak zmieniają się pod ciężarem surowego podniecenia przepływającego przeze mnie. Niski warkot wydobył się z moich ust, gdy mocno pocierałem powieki, walcząc, by opanować burzę wewnątrz.
Byłem królem, niewzruszoną siłą, a jednak tutaj, w jej obecności, czułem kruchą delikatność, która zaprzeczała wszystkiemu, co o sobie wiedziałem.
Jej oczy nigdy nie opuściły moich. Łańcuchy zabrzęczały, gdy się poruszyła, oddech przyspieszył, klatka piersiowa unosiła się i opadała.
