Rozbierz Mnie
On
Światło za zasłonami zmieniło się na tyle, by zmienić ton pokoju.
Jest ranek.
Już nie śpię. Odpoczywam, z zamkniętymi oczami, podczas gdy mój umysł gryzie sam siebie.
Jej krew wciąż przylegała do mojego języka.
Powoli usiadłem. Pościel zsunęła się z mojej klatki piersiowej, gromadząc się przy biodrach. Moje ciało bolało z głodu. Głębsza potrzeba, zakorzeniona w czymś starym i plugawym, przeszyta jej zapachem.
Zmarszczyłem brwi, patrząc na swoją skórę. Nigdy wcześniej nie byłem tak szybko głodny. Zazwyczaj karmienie co kilka dni wystarczało.
Moje kończyny były sztywne od zbyt długiego leżenia w ciemności. W chwili, gdy wstałem, ból przeszył moje oczy. Usta wypełniły się smakiem popiołu i krwi, a moje kły wysunęły się z cichym kliknięciem.
Oparłem się o stolik nocny, zaciśniętymi szczękami, zmuszając się do utrzymania świadomości. Moje ciało było napięte. Dziąsła pulsowały. Pragnienie było nie do zniesienia. Nie chodziło tylko o jedzenie ani o samą krew.
O nią.
Ona coś we mnie złamała. Ta słaba istotka, tak krucha, że mógłbym ją zmiażdżyć jedną ręką, a mimo to nie mogłem myśleć o nikim innym. Jej krew była klątwą, którą wybrałem pić. Teraz pulsowała we mnie jak bicie serca, które straciłem lata temu.
Ból się nasilił. Język stał się gruby. Skóra swędziała od środka.
Sięgnąłem po mosiężny dzwonek na stoliku, zadzwoniłem raz i rzuciłem go przez pokój. Rozbił się z satysfakcjonującym trzaskiem. Loxer pojawił się sekundę później, niepokojąco cicho. Jego oczy skierowały się na rozbity dzwonek, a potem na mnie.
„Przyprowadź ją,” powiedziałem, głosem schrypniętym z powściągliwości. „Teraz.”
Skłonił się i zniknął, jak zawsze.
Ruszyłem w stronę łazienki, każdy krok był przemyślany i niesłychanie trudny. Czułem, jakbym nie mógł już ufać swojemu ciału. Było zbyt reaktywne, zbyt pochłonięte.
Kąpiel była już pełna, a para unosiła się nad powierzchnią.
Lustro uchwyciło mój obraz i wyglądałem jak śmierć. Jak coś ledwo trzymającego się razem. Moja skóra była blada i popękana wokół ust.
Zacząłem się rozbierać, ale moje ręce drżały. Guziki nie chciały współpracować, a ja chwyciłem krawędź blatu tak mocno, że pękł marmur pod moimi palcami.
Będę musiał go znowu wymienić.
Ból się nasilał, a jeśli jej wkrótce nie dostanę, coś lub ktoś się złamie.
Drzwi się otworzyły.
Odwróciłem się powoli, ciało drżało z napięcia. Loxer wszedł, ciągnąc ją za sobą. Wyglądała na mniejszą, niż pamiętałem. Blada, drżąca, oczy błądzące po pokoju, jakby już szukała wyjścia.
Jej zapach uderzył mnie jak ogień. Ledwo powstrzymałem się przed rzuceniem się na nią.
Jej puls przyspieszył. Widziałem to, czułem, w linii jej gardła. Jej strach był delikatnym winem, a ja umierałem z pragnienia.
Zrobiłem krok do przodu. Ona zrobiła krok w tył.
Mądra dziewczyna.
Loxer uniósł brew. „Wasza Wysokość, czy—”
„Zostaw nas.”
Zawahał się. Spojrzałem gniewnie.
Skłonił się, a gdy drzwi się zamknęły, odwróciła się do nich, z otwartymi ustami, jakby miała zamiar wezwać pomoc. Żaden dźwięk nie wydobył się, bo wiedziała, że to bezcelowe.
Pozwoliłem, by cisza się przeciągnęła, zanim przemówiłem. „Rozbierz mnie.”
Jej oczy skierowały się na moje, a potem na podłogę.
Przechyliłem głowę. „Teraz.”
Podeszła z drżącą gracją, ręce zawisły, zanim znalazły rąbek mojej koszuli. Jej palce musnęły materiał, a ja wstrzymałem oddech.
Rozpinała guziki jeden po drugim. Słyszałem jej bicie serca przy każdym ruchu. Zdjęła koszulę z moich ramion. Jej kostki musnęły moją skórę, a moje widzenie zaciemniło się na krawędziach.
Jej oczy opadły, zatrzymując się.
Obserwowałem błysk wahania w jej oczach, gdy przyglądała się mojej klatce piersiowej. Gdy przyglądała się każdej postrzępionej bliźnie, każdej starej ranie wyrytej jak mapa przetrwanych wojen.
Ona nie drgnęła. Patrzyła, niemal zahipnotyzowana, jej wzrok podążał za linią śladu pazura, który przecinał moje żebra, a potem w dół do ugryzienia przy biodrze.
Była ciekawa, zafascynowana. Nienawidziłem tego, jak bardzo chciałem, żeby ich dotknęła.
Pochyliłem się do przodu, moje usta były blisko jej, słuchając, jak jej oddech się zatrzymuje.
Pachniała jak kapitulacja, a kontrola, której trzymałem się przez całą noc, rozpadła się jak stara lina. "Kontynuuj."
Zawahała się. "Chcesz, żebym...?"
"Tak."
Jej palce znalazły mój pasek. Warknąłem głęboko w piersi, sięgnąłem po nią, przyciągnąłem ją do siebie. Jej twarz odwróciła się na bok, aby uniknąć moich kłów, ale to był błąd.
Odsłoniła swoją szyję.
Przycisnąłem usta do jej tętna, wdychając zapach, któremu nie mogłem się już oprzeć. Jej skóra była ciepła, jej krew tuż pod powierzchnią.
Pisnęła, gdy moje kły ją musnęły i odepchnęła mnie swoimi małymi dłońmi. Chciałem jej bardziej niż ona mojego dotyku, i to nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło.
Nigdy nie pragnąłem żadnego człowieka tak bardzo. To byłby słabość, a gdybym teraz się z niej pożywił, wyssałbym ją do końca.
Odepchnąłem ją mocno.
Wydała ostry krzyk, gdy jej ciało uderzyło o podłogę i przesunęło się po kamieniu, jej cienka koszula ciągnęła się za nią, aż jej kręgosłup uderzył o szafkę. Jej oddech opuścił ją z sykiem. Spojrzała na mnie szeroko otwartymi, zszokowanymi oczami, jedną ręką trzymając tył głowy.
Chciałem, żeby zniknęła w tym momencie, a jednak nie mogłem przestać na nią patrzeć. Nie mogłem przestać myśleć o jej krwi i o tym, jak jej zapach mnie zrujnował. Nie wiedziałem, dlaczego myślałem, że mogę być blisko niej. Rozpadałem się.
Patrzyła na mnie z podłogi, policzki czerwieniły się gwałtownie. Jej oczy opadły, a potem szybko podniosły się, jakby spalone, i z trudem wstała, wymamrotując coś pod nosem, uciekając z łazienki bez słowa.
Wydałem krótki, beznamiętny śmiech.
Wszedłem do wanny, zanurzając się w parującej wodzie. Moje ręce się uspokoiły. Mój oddech wyrównał. Krawędź mojego szaleństwa się zatarła, ale nie zniknęła. To ulga była tymczasowa.
Spróbowałem tysiące, ale żadna jak ona.
Zostałem tam, trzymając się boków porcelany, aż najgorszy głód minął. Wystarczająco, by nie zabić jej.
W końcu wstałem, woda ściekała mi po skórze strumieniami. Wszedłem do komnaty, włosy wciąż mokre i przyklejone do szyi, skóra wciąż ociekająca. Była tam, stojąc z zaciśniętymi dłońmi po bokach.
Jej oczy rozszerzyły się, gdy mnie zobaczyła; nagiego, mokrego. Dźwięk, który wydała, był ledwie słyszalny, ale coś ścisnęło mi w klatce piersiowej. Odwróciła wzrok, czerwieniąc się gwałtownie.
Zbliżyłem się.
Ona cofała się, krok po kroku, serce bijące szybko. Przechyliłem głowę, obserwując, jak krew wznosi się w jej policzkach, spływając w dół jej klatki piersiowej.
"Jak masz na imię?" zapytałem, słowa wyszły z moich ust, zanim zdążyłem o nich pomyśleć.
Nie odpowiedziała, tylko potrząsnęła głową, usta zaciśnięte ze strachu.
Cmoknąłem językiem. "Dalej. Jak masz na imię?"
"Ja... Dlaczego tu jestem?" Jej głos ledwie do mnie dotarł.
Przechyliłem głowę, powstrzymując warknięcie w gardle. Ona nie odpowiedziała mi, ale oczekiwała, że ja jej odpowiem?
"Jesteś tu, bo będę się z ciebie żywił," powiedziałem, słowa wyszły z moich ust zbyt szybko, zbyt łatwo. Głód drapał na skraju mojej powściągliwości, tak, ale pozwoliłem jej się wymigać. Pozwoliłem jej uciec.
Jej twarz wykrzywiła się, przerażenie, zamieszanie, niedowierzanie kręciły się w jej rysach, a ona cofnęła się o kolejny krok, potrząsając głową, jakby zaprzeczenie miało ją uwolnić.
"Dlaczego?" wyszeptała, jej głos drżał jak trawa na wietrze.
Zbliżyłem się, aż mój oddech poruszył luźne włosy przy jej uchu, aż mogłem poczuć puls jej paniki w przestrzeni między nami. "Twoja krew jest moja."
