Rozdział 5 5.Prześladowcy na Silver Hills High

POV Tabithy

– Masz chyba jakieś ciągoty samobójcze, co? – mruczy Reed, obracając pistolet w dłoni, po czym odbezpiecza go i celuje prosto we mnie.

– Wyjazd z Kaelary pięć lat temu chyba cię zahartował, siostrzyczko – syczy Jace. – Dobra. Zobaczymy, czy ta twoja brawura dalej się trzyma, jak polecą kule.

Serce tłucze mi się w piersi jak bęben wojenny. Jest tak głośno, że połowicznie jestem pewna, że oni też je słyszą. Każdy centymetr mojego ciała wrzeszczy, żeby się trząść, ale spinam wszystkie mięśnie. Patrzę prosto przed siebie. Wciskam sobie na twarz spokojną maskę i modlę się, żeby nie pękła.

Cholera.

To jest chore. Nie, to jest czyste samobójstwo. Ale jeśli się teraz wycofam, stracę coś więcej niż głupie wyzwanie. Stracę każdy skrawek terenu, który wyrwałam pazurami, odkąd znowu postawiłam stopę w tym domu… na tej wyspie.

Bracia rozchodzą się po strzelnicy, każdy zajmuje swoje miejsce z jednym celem przed oczami. Mają po jednym strzale, żeby trafić w cztery jabłka – jedno stoi na mojej głowie, dwa opierają się o ramiona, a jedno leży na środku mojej otwartej dłoni.

Nigdy nie byłam specjalnie religijna, ale to chyba idealny moment, żeby się pomodlić. Ja pierdolę.

Jace pierwszy podnosi pistolet. Posyła mi krzywy uśmieszek, jakby to wszystko było dla niego tylko jakąś głupią zabawą. Jego palec zawisa nad spustem, potem naciska. Strzał rozrywa powietrze tak ostro, że moje barki aż drgają od samego dźwięku. Jabłko na moim prawym ramieniu eksploduje na miazgę, pryskając sokiem i lepkimi kawałkami po moim policzku. Kula świszcze dosłownie o kilka centymetrów od mojej głowy, ale zmuszam się, żeby nie drgnąć, nawet nie mrugnąć, choć puls wali mi tak głośno, że prawie nic innego nie słyszę.

O rany. O rany. O rany!

Ledwo zdążam dojść do siebie, kiedy porusza się Reed. Delikatnie poprawia postawę, po czym strzela. Jabłko na moim lewym ramieniu pęka na pół. Zaciskam szczękę, gdy pestki rozsypują się wokół moich stóp jak konfetti na studniówce. Reed uśmiecha się pod nosem, jakby właśnie wygrał jakąś grę.

Podoba ci się to, dupku?

Przenoszę wzrok na pozostałych braci, którzy jeszcze nie oddali strzału. Luca podnosi broń i nie traci ani sekundy więcej, zanim rozwala to cholerne jabłko. Kula przelatuje prosto przez owoc siedzący na mojej głowie. Przez jeden przerażający moment przysięgłabym, że czuję, jak moje włosy unoszą się od podmuchu po strzale. Muszę przełknąć gwałtowny wdech i udawać, że się prawie nie posikałam ze strachu.

Zmęczonym wzrokiem przenoszę się na ostatniego brata. Evrena. Patrzy na mnie bez wyrazu, celując w jabłko leżące na mojej dłoni. Nie mam pojęcia, co mu chodzi po głowie i szczerze mówiąc, wątpię, żebym kiedykolwiek ogarnęła, jakie myśli przewalają się przez ten jego popaprany łeb.

Nie żebym miała teraz czas się tym przejmować, bo jestem zbyt zajęta śledzeniem każdego jego ruchu, gdy ściąga spust, posyłając kulę idealnie przez środek jabłka w mojej dłoni. Jabłko szarpie się w górę, ale zostaje na miejscu, idealnie pionowo, w moim żelaznym uścisku. Zerkam na nie i widzę jedną, równiutką dziurę po kuli, dokładnie przez środek. Kurde.

Po wszystkim.

Powietrze wpada mi do płuc tak, jakby przez cały ten czas ktoś trzymał mnie pod wodą. Nie wiem, jak wciąż stoję. Evren rozkłada broń, opuszcza ją, potem bez słowa odrzuca na bok. Odchodzi, jakby nic się tu właśnie nie wydarzyło. Wypuszczam drżący oddech, patrząc, jak znika w środku rezydencji, dokładnie tam, gdzie chcę, żeby wszyscy byli. Nogi mam jak z waty, ale się nie uginam.

Zrobiłam to. I przeżyłam!

Luca patrzy na mnie spod zmrużonych powiek. Jakby próbował dopasować puzzel, który kompletnie nie pasuje, podczas gdy rozładowuje pistolet.

– Aż trudno uwierzyć, że jesteś tą samą dziewczyną, którą znaliśmy pięć lat temu – mówi.

Odważnie łapię go spojrzeniem. – To chyba znaczy, że tak naprawdę nigdy mnie nie znaliście.

Krzywi usta w uśmiechu.

– Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby poznać cię jeszcze raz. A z tego, co widzę, mamy na to mnóstwo czasu, moja droga przyrodnia siostrzyczko. – Puszcza mi oczko, po czym odwraca się na pięcie i rusza za Evrenem do środka.

Jace gwizdze i kręci głową. – Wcale się nie bałaś?

Wzruszam ramionami. – Jesteście synami dowódcy marynarki. Liczyłam, że macie przynajmniej na tyle przyzwoite umiejętności, żeby trafić w cel. Dobrze, że mnie nie rozczarowaliście.

– Jesteś odważna. Szalona. Może pasujesz tu bardziej, niż chciałbym przyznać – krzywi się z rozbawieniem.

Reed prycha. – Wątpię. Tu potrzeba czegoś więcej niż spluw i kul, żeby się utrzymać, siostrzyczko. Ciekawe, ile wytrzymasz, zanim znowu uciekniesz, jak to miałaś w zwyczaju.

Przysuwa się do mnie niemal bezszelestnie i wyrywa mi z dłoni jabłko z dziurą po kuli. Wgryza się w nie, a resztę od razu wyrzuca, jakby to było byle co. Jego spojrzenie sunie po mnie z tym samym starym zadufaniem, tym, które w liceum potrafiło zredukować mnie do zera. Pochyla się na tyle blisko, że czuję gorąco jego oddechu na swojej skórze.

– Zobaczymy, jak długo ten twój kręgosłup wytrzyma, Tabby.

Potem odwraca się i rusza z powrotem do rezydencji.

Patrzę na jego plecy, kiedy odchodzi. Nic nie mówię. Nie muszę. Już wygrałam.

Ku zdumieniu Alphy Emery’ego i mojej mamy, bracia naprawdę zjawiają się na obiedzie. Emery unosi brew, ale milczy. Mama stara się nie wyglądać na zbyt zaskoczoną, ale posyła mi wdzięczne spojrzenie, ściskając moją dłoń pod stołem. Wygląda na zadowoloną z ich obecności i to mi wystarcza. Zrobiłam to, co musiałam.

Bracia Aldair zajmują swoje miejsca, ich kumple też.

— No proszę — mruczy Emery, lustrując wzrokiem każdego z synów, gdy siadają — albo świat się kończy… albo moi synowie postanowili dobrowolnie zasiąść do rodzinnego obiadu.

Jace wzrusza ramionami.

— Powiedzmy tylko, że córka twojej narzeczonej ma… bardzo przekonujący sposób bycia.

Czuję, jak policzki mi płoną, kiedy przyłapuję Alphę Emery’ego na badawczym spojrzeniu. Wpatruję się w talerz i udaję, że nic nie zauważam.

Na szczęście temat szybko się zmienia, kiedy moja mama wyskakuje z nowinkami o zbliżającym się ślubie.

— Ustaliliśmy wszystkie szczegóły przyjęcia zaręczynowego — mówi radośnie.

— Odbędzie się tutaj, w posiadłości, za dwa dni — dodaje Alpha Emery.

— Za dwa dni? — Jace unosi brew. — Trochę nagle, nie sądzicie?

— Planowałem to od tygodni — odpowiada twardo Emery. — Nie ma powodu, żeby to odwlekać.

— Zamówiłam dla ciebie specjalnie szytą sukienkę, Tabby — odzywa się podekscytowana mama.

— Dzięki, mamo. Jestem pewna, że jest śliczna — mówię cicho.

— Spodziewamy się ważnych gości. Na przyjęciu będą przywódcy watah Stormblood i Deathclaw, a także kilku członków rady. — Robi krótką pauzę i odwraca się do Jace’a. — I słyszałem, że pojawi się też Yennifer. To chyba dobra wiadomość, prawda? Powinieneś z nią pogadać.

Sztywnieję na dźwięk znajomego imienia. Yennifer? Yennifer Wix. No jasne, że będzie.

Krew mi zastyga w żyłach. Samo jej imię wystarczy, żeby dawne demony wypełzły z mroku. Yennifer Wix była praktycznie królową Silver Hills High i jedną z najgorszych prześladowczyń, jakie los postawił mi na drodze — zaraz po braciach Aldair. W przeciwieństwie do Reeda, Jace’a, Luki i Evrena, którzy zwykle czepiali się mnie tylko wtedy, gdy im się nudziło, Yennifer zamieniła znęcanie się w dyscyplinę sportową. Ona i jej przyboczna świta polowały na mnie po szkolnych korytarzach i urządzały mi paskudne kawały. Raz wlały sok do mojej szafki. Innym razem przykleiły gumę do krzesła, żebym łaziła cały dzień z nią przyklejoną do spódnicy. Nie mogłam przejść korytarzem, żeby nie usłyszeć ich śmiechu i jadowitych docinków.

Nikt nie odważył się przerwać jej tej podłej passy, bo jest siostrzenicą bety watahy Crystal Ridge, a każdy wie, że trzyma się blisko z braćmi Aldair, którzy na wyspie, a już szczególnie w Silver Hills High, są praktycznie jak książęta.

Zerkam na Jace’a. Ściska widelec trochę za mocno.

Jeśli dobrze pamiętam, Yennifer była jedną z wielu dziewczyn Jace’a, co czyniło ją w liceum całkowicie nietykalną.

— Między mną a Yennifer wszystko skończone. Czemu mam się przejmować, że się pojawi? — burczy Jace i wbija widelec w pieczonego kurczaka.

Rozstali się?

Emery kręci głową, wyraźnie zawiedziony.

— I to jest właśnie twój problem. Traktujesz związki jak zabawki. Gonisz za następną rzeczą, która cię zabawi, a potem ją wyrzucasz, jak tylko ci się znudzi. Yennifer jest silna. Dobrze ustawiona. Zrobiłaby z ciebie porządnego męża.

Żuchwa Jace’a drga.

— Czyli teraz będziesz mi jeszcze układał życie miłosne? Ciekawe, że możesz bawić się w swatkę dla mnie, ale nikt nie ma prawa zadawać pytań o twoje wybory.

Przy stole zapada ciężka cisza. Emery wolno odstawia kieliszek z winem i wpatruje się w syna. Moja mama nerwowo poprawia się na krześle. Wygląda na skrępowaną, ale nawet się nie odzywa. Jasne, sprzeciwić się Emery’emu Aldairowi, kiedy jest w takim nastroju, to jak podpisać na siebie wyrok. Jace najwyraźniej ma jednak zapędy samobójcze, bo mierzy ojca pełnym wyzwania spojrzeniem, co tylko jeszcze bardziej go rozwściecza.

— Jestem Alphą tego domu. Dowódcą stacji morskiej Kaelary. Prowadzę tę rodzinę i watahę, która jej służy. Ty jesteś tylko synem z nazwiskiem i niczym więcej. Jeśli chcesz być kimś więcej, zasłuż na to — warczy Emery, a ja przysięgłabym, że czuję jego wściekłość aż w powietrzu.

Cholera. Wściekli Alphowie to zupełnie inna liga. Zwłaszcza tak potężny jak Emery Aldair. Ten facet naprawdę budzi grozę.

Jace nic nie mówi. Zaciska tylko mocniej szczękę i wpatruje się w talerz, jakby był o sekundę od tego, żeby nim rzucić. Luka, Evren i Reed też milczą, ale po ich oczach widzę aż za dobrze, że wcale nie są zadowoleni z obrotu spraw.

Wkurzają się na ojca, ale nawet to nie wystarczy, żeby otwarcie sprzeciwić się najsilniejszemu Alphie na całej wyspie.

Zerkam na Emery’ego Aldaira. Ma ściągnięte brwi, gdy kroi kurczaka. Uśmiecha się do mojej mamy, owszem, ale wobec syna jest bezlitosny. I pierwszy raz naprawdę nie wiem, czy powinnam im — tym czterem braciom — współczuć.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział