Rozdział 1
Madison
Uniósłszy wzrok znad ekranu komputera, usłyszałam dźwięk dzwonka windy. Kobieta w czerwonej sukience ruszyła w moją stronę pewnym krokiem; jej obcasy stukały o marmurową posadzkę jak minutnik odliczający do chaosu.
— Jestem umówiona z Alexandrem. — Położyła wypielęgnowane dłonie na moim biurku, pochyliła się do przodu i uśmiechnęła tak, że uśmiech nie dotarł jej do oczu.
— Ma pani umówione spotkanie?
— Nie potrzebuję. Mamy… wspólną historię. Po prostu powiedz Shim, że Vanessa jest tutaj.
— Przykro mi, ale pan Knight przyjmuje wyłącznie osoby umówione. Mogę pomóc pani ustalić termin na przyszły tydzień…
— Słuchaj mnie, sekretareczko. — Wtrąciła mi, przerywając. — Jestem Vanessa Caldwell. Spędziłam z Alexandrem noc w zeszły weekend i nie wyjdę stąd, dopóki go nie zobaczę.
— Jak wspomniałam, bez umówionego spotkania lub wyraźnej zgody pana Knighta…
— A ty kim niby jesteś? Myślisz, że skoro stoisz przy nim cały dzień, przynosisz mu kawę i robisz notatki, to jesteś wyjątkowa?
— Proszę pani, muszę poprosić panią o opuszczenie…
— Żałosna jesteś. Bawisz się w odźwiernego, udajesz, że masz znaczenie. Założę się, że fantazjujesz, żeby w końcu cię zauważył, co? Kochanie, nawet gdybyś rozłożyła uda na jego biurku, nie zaszczyciłby cię drugim spojrzeniem. On potrzebuje prawdziwej kobiety, a nie jakiejś zdesperowanej asystentki, która bawi się w przebieranki w żakiecie z Targetu.
— W razie potrzeby ochrona panią wyprowadzi.
— Nie odważysz się. Wiesz, kim jest mój ojciec? Jednym telefonem mogę cię pozbawić pracy.
— A ja jednym przyciskiem mogę usunąć panią z budynku. — Położyłam dłoń w pobliżu przycisku alarmowego pod biurkiem. — Wybór należy do pani, panno Caldwell.
Twarz Vanessy wykrzywiła się z wściekłości. Jednym płynnym ruchem chwyciła dzbanek z wodą z mojego biurka i wylała mi zawartość na głowę. Lodowata woda zmoczyła mi włosy, makijaż i zupełnie nową bluzkę — dla porządku: nie była z Targetu.
— Ups. — Uśmiechnęła się kpiąco i z brzękiem rzuciła pusty dzbanek na moją klawiaturę. — Wygląda na to, że ktoś potrzebuje ręcznika.
Zanim jednak zdążyłam przetrawić, co zrobię dalej, winda zadzwoniła ponownie.
Alexander Knight wyszedł na korytarz, wypełniając lobby jak front burzowy. Jego swobodny krok przyhamował, kiedy ogarnął wzrokiem scenę — mnie wyglądającą jak zmokła kura, Vanessę puszącą się niczym kotka, która dobrała się do śmietanki, oraz wodę rozlewającą się po moim biurku i po drogiej elektronice.
— No proszę. — Jego głos przeciął napięcie. — To zdecydowanie nie jest powitanie, jakiego się spodziewałem.
Twarz Vanessy rozjaśniła się.
— Alexander, kochanie! Ja tylko…
— Napadałaś na moją asystentkę i niszczyłaś firmowe mienie? — Podszedł do nas w trzech krokach. — Odważna strategia.
— Po prostu rozmawiałam z twoją asystentką. — Jej głos ociekał miodem, podczas gdy oczy wbijały sztylety w moje. — Nie chciała mnie do ciebie dopuścić.
— Bo taka jest jej praca. — Alexander podał mi swoją chusteczkę z monogramem. Jego dotyk posłał po moim ramieniu niechciane mrowienie. — Panna Harper trzyma się moich zasad co do joty. Dlatego jest nieoceniona.
Otarłam twarz, wdzięczna, że dziś nałożyłam wodoodporny tusz do rzęs. Chusteczka pachniała jego wodą kolońską — szczegół, na którym wcale się nie skupiałam.
– Ależ kochanie – Vanessa podeszła bliżej Alexandra, kołysząc biodrami. – Po naszej magicznej nocy razem…
– Masz na myśli ten bal charytatywny, na którym wypiłaś za dużo szampana, a ja zamówiłem ci taksówkę? To raczej nie było nic magicznego, chociaż słyszałem, że po mieście krąży opowiadana przez ciebie zupełnie inna wersja.
Przygryzłam wargę, żeby ukryć uśmiech.
– Ja… – Vanessa otworzyła usta jak ryba.
– A teraz… – dłoń Alexandra spoczęła na moim ramieniu i modliłam się, żeby nie wyczuł, jak przyspieszył mi puls. – Właśnie napadłaś na moją ulubioną pracownicę i prawdopodobnie zniszczyłaś sprzęt wart jakieś dziesięć tysięcy dolarów. Mam zadzwonić po ochronę czy po policję?
Poczułam, jak policzki oblewają mnie rumieńcem na słowa „moja ulubiona pracownica”. On zawsze taki był — czarujący, flirtujący i sprawiający, że każdy czuł się wyjątkowy. To nic nie znaczyło.
– Nie odważysz się. – Ale pewność Vanessy wyraźnie osłabła.
– Przekonaj się. Chronię swoich ludzi, zwłaszcza tych, którzy sprawiają, że moje życie działa bez zarzutu. Właściwie powinienem całkowicie zakazać ci wstępu do tego budynku. Co pani o tym sądzi, panno Harper?
– Myślę, że to brzmi rozsądnie, panie Knight. – Zachowałam profesjonalizm mimo jego dotyku, od którego robiło mi się cieplej.
Twarz Vanessy przybrała chyba ze pięćdziesiąt odcieni czerwieni.
– To absurd. Pożałujecie tego. Oboje.
– Jedyne, czego żałuję, to że nie miałem pod ręką telefonu, żeby nagrać ten atak histerii. Ochrona już jedzie na górę. Radzę ci wyjść, zanim tu dotrą.
– Mój ojciec się o tym dowie!
– Jestem pewien, że tak będzie. Pozdrów ode mnie Charlesa. Powiedz mu, że akcje jego firmy wyglądają ostatnio dość chwiejnie.
Gdy tylko drzwi windy zamknęły się na jej naburmuszonej twarzy, ręka Alexandra zsunęła się z mojego ramienia, a mnie natychmiast zabrakło jej ciepła — myśl, którą szybko wepchnęłam do szufladki w głowie z napisem „nie analizować”.
Wstałam z krzesła, a woda kapała na podłogę.
– Nic ci nie jest? – Alexander zmarszczył brwi, oceniając zniszczenia. – Nie zrobiła ci krzywdy?
– Tylko mojej dumie. I może mojej elektronice. – Szturchnęłam zalaną klawiaturę, która odpowiedziała niepokojącą iskierką.
– Zostaw to. Każę działowi IT przynieść ci nowe rzeczy. – Wyciągnął telefon. – John może zawieźć cię do galerii handlowej za piętnaście minut. Weź firmową kartę i kup sobie, czego potrzebujesz — ubrania, kosmetyki, produkty do włosów.
– Dziękuję, panie Knight, ale to nic wielkiego. Moja zmiana kończy się za godzinę, a po pracy mam już umówione spotkanie.
– Zamierzasz siedzieć w mokrych ubraniach jeszcze przez godzinę?
– Dam sobie radę – zapewniłam z uśmiechem. – Ale doceniam propozycję.
Spojrzał na mnie tak, jakby mi nie wierzył, ale mimo to skinął głową.
Pchnęłam drzwi restauracji, gotowa na relaksującą kolację z Hazel po tym katastrofalnym dniu. Hostessa poprowadziła mnie w stronę naszego zwyczajowego stolika w kącie, ale nagle się zatrzymałam. Obok mojej najlepszej przyjaciółki siedział mężczyzna.
– Mads! – Hazel zerwała się na nogi, machając tak, jakbym mogła jej nie zauważyć w na wpół pustej restauracji. – Jesteś! Chodź, poznaj Dereka!
Zmusiłam się do uśmiechu i usiadłam naprzeciwko nich. Oczywiście Hazel urządziłaby mi zasadzkę z randką w ciemno akurat po takim dniu.
– Mads, to Derek. Jest analitykiem finansowym, poznałam go w zeszłym miesiącu na tym wyjeździe z jogą. – Oczy Hazel błyszczały swatką w czystej postaci. – Derek, poznaj moją najlepszą przyjaciółkę, Madison.
– Miło mi. – Derek uśmiechnął się, odsłaniając idealnie wybielone zęby. – Hazel tyle mi o tobie opowiadała.
Powstrzymałam odruch, żeby kopnąć Hazel pod stołem. – Same dobre rzeczy, mam nadzieję?
Brnęliśmy w niezręczne pogaduszki o pogodzie i daniach dnia, aż Derek w końcu usprawiedliwił się i poszedł do toalety.
Gdy tylko znalazł się poza zasięgiem słuchu, Hazel rzuciła się na mnie. – No powiedz, nie jest boski? Te ramiona! I taki odnoszący sukcesy – powinnaś zobaczyć jego apartament w centrum.
– Haze…
– No weź, kiedy ostatni raz byłaś na prawdziwej randce? Za dużo pracujesz, kochanie. Każdy potrzebuje kogoś, na kim może się oprzeć.
– Na razie jest mi dobrze samej. Z terapią mamy i w ogóle…
– Jak ona się trzyma? – Mina Hazel złagodniała.
– Po staremu. Nowy lek jest drogi, ale… – Wzruszyłam ramionami.
– A ten twój brat dalej zaginiony w akcji? – Twarz Hazel pociemniała. – Co za egoistyczny dupek, zostawić cię z tym wszystkim samą.
– Nie chcę o nim rozmawiać. Mama pracowała na trzech etatach, żeby nas wychować. Najmniej, co mogę zrobić, to teraz jej pomóc.
Derek wsunął się z powrotem do loży, poprawiając designerski krawat. – Przepraszam. No to gdzie skończyliśmy?
– Madison właśnie opowiadała o swoim dniu w pracy – zapiszczała Hazel.
– A, tak… pracujesz jako sekretarka czy coś? – zapytał Derek.
– Jestem osobistą asystentką Alexandra Knighta w Knight Industries.
– Alexander Knight? Ten prezes? – Pochylił się, opierając łokcie na stole. – To musi być dość… wymagająca posada.
– Słucham?
– No daj spokój, wszyscy wiemy, jak to działa. – Puścił do mnie oczko. – Piękna młoda kobieta, wpływowy dyrektor… Jestem pewien, że znalazłaś sposoby, żeby stać się dla firmy niezastąpiona.
Szczęka Hazel opadła. – Derek!
– Co? Mówię tylko to, co wszyscy myślą, kiedy widzą takie układy. – Wykonał w moją stronę nieokreślony gest. – Bez oceniania. Dziewczyna musi korzystać ze swoich atutów.
– Ty absolutna świnio. – Twarz Hazel poczerwieniała. – Wynoś się.
– Ej, ja tylko jestem szczery. Nie ma co się tak oburzać…
– Wynoś się! – Hazel wstała, wskazując drzwi. – Natychmiast.
– Dobra, dobra. Widzę, że niektórzy nie potrafią znieść prawdy. – Wysunął się z loży, poprawiając marynarkę. – Zadzwoń, kiedy będziesz gotowa podejść do sprawy na serio.
Patrzyłyśmy, jak przeciska się między stolikami w stronę wyjścia. Hazel opadła z powrotem na siedzenie, spalona ze wstydu.
– O Boże, Mads. Tak mi, tak strasznie przykro. Nie mogę uwierzyć, że myślałam, że jest w porządku. Na jodze wydawał się taki miły!
– Hej, przynajmniej wyszło, że jest śmieciem, zanim przynieśli przystawki. – Chwyciłam menu, zdeterminowana, by uratować ten wieczór. – A teraz o tych nachosach z dodatkami, które zawsze bierzemy…
– Ale mimo wszystko! To, co powiedział o tobie i o panu Knighcie! – Pokręciła głową. – Okropnie się czuję.
– Zapomnij o nim. Serio. – Skinęłam na kelnera. – Nachosy i dwie margarity, proszę. Moja podwójna.
Hazel rozjaśniła się figlarnie. – Chociaż… może Derek w jednym miał rację. Nie w tym, że ty jesteś… no wiesz… ale w tym, że panu Knightowi się podobasz. Widziałam, jak na ciebie patrzy.
Zakrztusiłam się wodą i zaczęłam kaszleć. — Co? Nie! To… to niemożliwe. On jest moim szefem!
— A dlaczego nie? Jesteś bystra, olśniewająco piękna, a on wyraźnie jest tobą zainteresowany.
— Przestań! — Chwyciłam serwetkę i wytarłam brodę. — To wcale tak nie wygląda.
Hazel parsknęła śmiechem. — Wyluzuj, żartuję! Wszyscy wiedzą, że Alexander Knight to najsłynniejszy playboy na Manhattanie. Co tydzień inna supermodelka, imprezy na jachcie w Monako. — Pochyliła się do przodu. — Po prostu uważaj, dobrze? Nie daj się zwieść tej ładnej buzi i urokowi osobistemu. Tacy faceci nie wchodzą w związki — oni kolekcjonują trofea.
— Uwierz mi, doskonale wiem, kim on jest. — Mój telefon zawibrował.
Wyjęłam telefon, żeby sprawdzić wiadomość. Na ekranie mignęło imię Alexandra.
„325 Park Avenue, penthouse. Przyjedź teraz.”
Żadnego wyjaśnienia, żadnego kontekstu. Typowy Alexander.
— Wszystko w porządku? — Hazel spojrzała na mnie ponad stołem.
— Praca. — Złapałam torebkę, już wysuwając się z boksu. — Przełożymy te nachosy?
— Znowu? To zaczyna być absurdalne. Jest prawie ósma wieczorem!
— Wiem, wiem. Ale…
— Żadnego „ale”! Nie jesteś jego osobistą służącą. Też masz swoje życie. Co może być aż tak pilne?
— Pewnie znowu jakieś spotkanie networkingowe zorganizowane na ostatnią chwilę. Czasami tak robi — zaprasza potencjalnych inwestorów na drinki. Ktoś musi skoordynować catering i ogarnąć listę gości.
— I tym kimś zawsze musisz być ty?
— Taka jest moja praca.
— Twoja praca skończyła się trzy godziny temu. — Głos Hazel złagodniał. — Martwię się o ciebie, wiesz?
— Wiem, że się martwisz. Ale ta praca — benefity, pensja — pomaga mamie walczyć. Nie mogę ryzykować, że ją stracę.
— Po prostu uważaj, dobrze?
Skinęłam głową, już będąc w połowie drogi do drzwi. Chłodne nocne powietrze uderzyło mnie w twarz, kiedy zatrzymałam taksówkę.
Taksówka sunęła przez migoczące ulice Manhattanu. Rachunki za leczenie mamy nie dawały mi spokoju, z każdym miesiącem coraz wyższe. Nie mogłam tego zepsuć. Nie wtedy, kiedy mnie potrzebowała.
325 Park Avenue wyrastało przede mną, całe ze szkła i stali, lśniące w nocnym niebie. Portier skinął głową, gdy przeszłam przez marmurowe lobby do prywatnej windy. Mój palec zawisł nad przyciskiem penthouse’u. Coś było… nie tak.
Zwykle, kiedy Alexander urządzał spontaniczne spotkania, lobby tętniło życiem — dostawcy cateringu wnosili zaopatrzenie, goście przyjeżdżali w markowych garniturach i koktajlowych sukienkach. Dziś panowała cisza.
Moje obcasy stukały o marmurową podłogę, kiedy wyszłam z windy, a dźwięk niósł się echem po pustej przestrzeni. Ciepłe światło rozlewało się po nowoczesnych meblach i oknach od podłogi do sufitu, ukazujących migotliwy blask miasta w dole.
— Panie Knight?
Bez odpowiedzi. Tylko cichy szum klimatyzacji.
Włosy zjeżyły mi się na karku. Zdecydowanie coś było nie w porządku.
Za mną zaskrzypiała deska podłogowa.
Odwróciłam się gwałtownie, z sercem tłukącym jak oszalałe. Alexander stał tam, niedbale oparty o framugę drzwi.
Ruszył ku mnie, pokonując dzielącą nas odległość trzema długimi krokami. Zanim zdążyłam zareagować, zagrodził mi drogę przy ścianie, opierając jedną dłoń tuż obok mojej głowy.
