Rozdział 4
Madison
Przenikliwy dźwięk telefonu przeciął naszą rozmowę jak boska interwencja. Omal nie rozpłakałam się z ulgi.
Alexander uniósł brew.
— To twój telefon.
Ach. No tak. Mój telefon. Ten, który właśnie darł się z mojej kieszeni jak banshee, której struny głosowe wpadły do blendera.
— Bardzo przepraszam, panie Knight. — Wyciągnęłam telefon, omal go nie upuszczając, zanim odebrałam. — Halo?
— Czy rozmawiam z Madison Harper? — odezwał się chłodny, rzeczowy głos.
— Przy telefonie.
— Tu Metro General Hospital. Pańska matka, Sarah Harper, została przywieziona na nasz oddział ratunkowy...
Świat przechylił się na bok. Nieskazitelne biuro, drogie biurko Alexandra, panorama Manhattanu — wszystko rozmyło się w bezsensowne kształty.
— Co się stało? Czy ona...
— Jej stan jest teraz stabilny, ale potrzebujemy, żeby przyjechała pani natychmiast.
Zerwałam się z krzesła.
— Zaraz będę.
— Madison? — Głos Alexandra przywołał mnie do rzeczywistości. — Co się stało?
— Moja mama... jest na SOR-ze. Muszę jechać... — wykonałam nieokreślony gest w stronę drzwi.
— John cię zawiezie.
— Co? Nie, nie mogę...
— John — powiedział Alexander do telefonu. — Spotkaj się z panną Harper na dole. Zawieź ją do Metro General.
— Panie Knight, naprawdę, ja mogę...
— Jedź. — Ton jego głosu nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.
Jazda windą dłużyła się w nieskończoność. John, kierowca Alexandra, czekał przy lśniącym czarnym samochodzie. Otworzył przede mną drzwi bez słowa, a jego zwykle surowy wyraz twarzy złagodniał od troski.
Ruch uliczny pełzł jak melasa. Trzęsłam kolanem, sprawdzając telefon co trzydzieści sekund. John złapał moje spojrzenie w lusterku wstecznym.
— Będziemy za pięć minut, panno Harper.
Najpierw uderzył mnie szpitalny zapach — ta charakterystyczna mieszanka środków odkażających i rozpaczy. Popędziłam do recepcji.
— Sarah Harper? Została przywieziona...
— Sala 304. — Pielęgniarka wskazała windę. — Doktor Matthews czeka, żeby z panią porozmawiać.
Mama wyglądała drobno na szpitalnym łóżku, z rurkami wijącymi się od jej ramion. Ale żyła. Oddychała. Równe piknięcia monitora stały się moim ulubionym dźwiękiem na świecie.
— Pani Harper? — Obok mnie zmaterializował się lekarz z clipboardem w ręku. — U pani matki wystąpiły poważne komplikacje związane z jej schorzeniem. Udało nam się ustabilizować jej stan, ale od tej pory będzie potrzebować specjalistycznych leków.
Skinęłam głową, a ulga sprawiła, że nogi zrobiły mi się miękkie.
— Czegokolwiek będzie potrzebować.
— Plan leczenia... — zawahał się. — Jest dość rozbudowany. Same leki...
Żołądek mi się ścisnął, kiedy podał kwotę. Ta liczba miała więcej zer, niż moje konto bankowe widziało przez całe swoje istnienie.
— Rozumiem. — Mój głos zabrzmiał pewniej, niż się czułam. — Zajmę się tym.
Lekarz skinął głową i zostawił mnie samą z mamą i wirującymi myślami. Kwota, którą podał, wystarczyłaby na luksusowy samochód albo torebkę od projektanta, jeśli robiło się zakupy tam, gdzie Alexander.
Szpitalny rachunek zawisł nade mną jak kreskówkowe kowadło, gotowe spaść. Moje oszczędności nie pokryłyby nawet połowy. Karty kredytowe miałam już wyczerpane po ostatnim pobycie mamy w szpitalu.
Opadłam na plastikowe krzesło obok jej łóżka, najwyraźniej zaprojektowane tak, żeby odwiedzającym było niewygodnie. Może myśleli, że dyskomfort sprawi, iż ludzie szybciej wyjdą. Żart na ich koszt — nigdzie się nie wybierałam.
— Oczywiście możemy ustalić plan spłat — zaćwierkała specjalistka od rozliczeń, zdecydowanie zbyt pogodna jak na kogoś, kto właśnie zrzucał na mnie finansową bombę atomową. Na identyfikatorze miała napisane „Janet”.
— Świetnie. — Wymusiłam uśmiech. — Na pewno się tym zajmę. Jak? Napadając na bank? Zakładając OnlyFans? Sprzedając organy na czarnym rynku?
Janet przesunęła papiery przez stół, stukając francuskim manicurem o formularze.
— Proszę tylko podpisać tutaj, tutaj i... tutaj. — Wskazywała kolejne linie do podpisu, jakby udzielała wskazówek dojazdu do Disneylandu, a nie do finansowej ruiny.
Nabazgrałam swój podpis, starając się nie myśleć o tym, że każdy ruch długopisu był w zasadzie oddawaniem w zastaw mojego pierworodnego dziecka — a może i drugiego, i trzeciego — tylko po to, żeby pokryć udział własny.
— Doskonale! — Janet rozpromieniła się. — Dział finansowy skontaktuje się z panią, żeby ustalić harmonogram spłat.
— Już nie mogę się doczekać — mruknęłam, patrząc, jak oddala się sprężystym krokiem w swoich rozsądnych butach. Założę się, że miała świetne ubezpieczenie zdrowotne.
Mama poruszyła się przez sen, a ja sięgnęłam po jej dłoń. Monitor pikał miarowo, a każdy dźwięk oznaczał kolejnego dolara, którego nie miałam. W tym tempie musiałabym wygrać na loterii. Szkoda tylko, że nie było mnie już stać na losy.
Kiedy w końcu wróciłam do domu, moje mieszkanie wydawało się puste i zimne. Zostałam w szpitalu do końca godzin odwiedzin, patrząc, jak mama śpi, i próbując nie dostać hiperwentylacji na myśl o rosnących rachunkach.
Telefon zawibrował. Na ekranie pojawiła się twarz Hazel, uchwycona w pół śmiechu na jakiejś imprezie, na której byłyśmy kilka miesięcy temu.
Przesunęłam palcem, odbierając, i opadłam na kanapę.
— Hej.
— Gdzie ty byłaś? Próbowałam się z tobą skontaktować przez cały wieczór! — głos Hazel zatrzeszczał w głośniku.
— W szpitalu. Mama miała kolejny atak.
— O Boże, Mads. Nic jej nie jest?
— Teraz jej stan jest stabilny. Ale... — przycisnęłam dłoń do czoła. — Te rachunki, Haze. Są astronomiczne. Tak astronomiczne, że chyba musiałabym sprzedać obie nerki i może jeszcze dorzucić płuco.
— Ile?
Podałam kwotę.
— To...
— Właśnie. — Wpatrywałam się w sufit. — Myślę o wzięciu pożyczek, może o dorobieniu dodatkowych godzin w pracy. — Mój głos przycichł. Nawet z nadgodzinami to się nie spinało. Musiałabym pracować mniej więcej trzysta godzin dziennie, a jeśli dobrze pamiętałam, doba wciąż miała tylko dwadzieścia cztery.
Głos Hazel złagodniał.
— Mogę pomóc. Mam trochę oszczędności...
— Nie. — Wyprostowałam się na kanapie. — Absolutnie nie. Odkładasz na swoje studio fotograficzne.
— To może poczekać. Twoja mama nie.
— Przysięgam, jeśli spróbujesz dać mi pieniądze, wymienię ci wszystkie obiektywy na plastikowe zabawki.
— Dobra. — Prychnęła. — To pozwól mi pomóc inaczej. Znam kilka osób, które szukają kogoś do pracy na część etatu.
— Jakiej pracy?
— Moja przyjaciółka Emily potrzebuje wirtualnej asystentki. Tylko kilka godzin wieczorami, wszystko zdalnie. I jeszcze jest taka agencja marketingowa, która potrzebuje kogoś do drobnych projektów. Też zdalnie.
— Wiesz, że Knight Industries ma zakaz dorabiania po godzinach.
— Połowa działu księgowości po pracy udziela korepetycji dzieciakom. Poza tym to nie tak, że pracowałabyś dla konkurencji. Emily prowadzi butikową firmę organizującą śluby, a ta agencja obsługuje lokalne restauracje.
Przygryzłam wargę.
— O jakich pieniądzach mówimy?
— Stanowisko wirtualnej asystentki to trzydzieści za godzinę, a projekty dla agencji są różne, ale zwykle dobrze płatne.
Mój wewnętrzny kalkulator zaczął pracować na pełnych obrotach. To naprawdę mogłoby uszczknąć coś z tych szpitalnych rachunków.
— Ale — głos Hazel nagle spoważniał — jeśli cię złapią...
— Wiem, wiem. Natychmiastowe zwolnienie, możliwe wpisanie na czarną listę, wieczna hańba, psy i koty żyjące razem, masowa histeria.
— Mówię tylko, żebyś uważała.
— A kiedy ja niby nie uważam?
— Chcesz tę listę alfabetycznie czy chronologicznie?
— Nienawidzę cię.
— Ja ciebie też kocham. Wyślę ci namiary na Emily.
Następnego dnia godziłam swoją zwykłą pracę z ukradkowymi zerknęciami na materiały szkoleniowe od Sarah. Wielozadaniowość weszła na nowy poziom, kiedy koordynowałam spotkania Alexandra, a jednocześnie uczyłam się zarządzać arkuszami z danymi dostawców ślubnych.
— Panno Harper? — głos Alexandra zatrzeszczał w interkomie.
Zamknęłam laptop, chociaż i tak nie mógł zobaczyć poradników dotyczących organizacji ślubów na moim ekranie.
— Tak, panie Knight?
— Umowa Bennettów?
Racja. Umowa, którą miałam przejrzeć dla niego godzinę temu, zanim wpadłam w króliczą norę logistyki kompozycji kwiatowych.
— Będzie na pańskim biurku za pięć minut.
Przebiegłam wzrokiem przez czterdzieści stron prawniczego żargonu, a mój mózg przeskakiwał między korpomową a terminologią ślubną. Gdybym przypadkiem wpisała „dopóki śmierć nas nie rozłączy” do umowy o fuzji, zrzuciłabym to na brak snu.
Do lunchu mój mózg przypominał jajecznicę. Wciągnęłam kanapkę, oglądając po cichu filmy instruktażowe i modląc się, żeby nikt nie zaczął pytać, skąd u mnie takie zainteresowanie oprogramowaniem do planowania ślubów.
Po powrocie do biurka przetarłam oczy, próbując zmusić arkusz kalkulacyjny, żeby zaczął mieć sens. Liczby tańczyły po ekranie, jakby startowały w castingu na Broadway — i wypadały w nim żałośnie.
— Panno Harper.
Prawie wyskoczyłam ze skóry. Głos Alexandra w interkomie nie powinien mnie był przestraszyć — to nie tak, że zainstalował dźwięk przestrzenny tylko po to, żeby przyprawiać mnie o zawał — ale moje nerwy i tak były już na wyczerpaniu od żonglowania dwiema pracami i mniej więcej siedemnastoma różnymi rodzajami poczucia winy.
— Tak, panie Knight? — Mój głos zabrzmiał wyżej niż balon z helem na dziecięcym przyjęciu.
— Proszę przyjść do mojego gabinetu.
