Rozdział 5
Madison
Droga do jego gabinetu była jak przechodzenie przez pole minowe w szpilkach. Każdy krok przybliżał mnie do potencjalnej katastrofy. A jeśli zauważył otwarte zakładki z planowaniem ślubu, które przypadkiem zostawiłam podczas naszego porannego spotkania? A jeśli pamiętał, że nazwał mnie Katherine?
Stojąc pod jego drzwiami, wzięłam głęboki oddech. Cokolwiek się wydarzy, zniosę to z klasą i profesjonalizmem. Albo przynajmniej postaram się nie rozpłakać na jego drogich meblach.
Pchnęłam drzwi, spodziewając się niemal, że zastanę Alexandra otoczonego wydrukami mojej tajnej działalności jako wirtualnej asystentki. Zamiast tego siedział za biurkiem, irytująco nienaganny, podczas gdy ja czułam się jak roślina doniczkowa, której od tygodni nikt nie podlewał.
— Panno Harper. — Wskazał krzesło naprzeciwko siebie. — Proszę usiąść.
Usiadłam na samym brzegu, jakby miało mnie ugryźć.
— Stało się coś?
— Właśnie o to chciałem zapytać. — Jego niebieskie oczy utkwiły we mnie spojrzenie ostre jak laser. — Ostatnio wydaje się pani rozkojarzona. Bardziej niż zwykle.
Czy on prowadził jakiś rejestr poziomu mojego rozkojarzenia?
— Zauważyłem, że dziś rano omal nie wysłała pani propozycji dla Singapuru do naszego biura w Tokio.
O Boże. Faktycznie to zrobiłam.
— Zorientowałam się, zanim...
— Wczoraj umówiła mi pani lunchowe spotkanie na trzecią nad ranem.
— To było... — Właściwie nie miałam żadnej linii obrony. Kiedy wpisywałam to do kalendarza, koordynowałam harmonogram ślubu docelowego dla Emily.
— Wszystko w porządku? — Jego głos złagodniał. — Pani matka... jak się czuje?
Jego szczera troska kompletnie mnie zaskoczyła.
— Jej stan jest stabilny. Dziękuję, że pan pyta, i za to, że wysłał pan wtedy Johna.
— Madison. — Pochylił się do przodu, a moje serce wykonało jakiś dziwny koziołek. — Jeśli potrzebuje pani pomocy, proszę po prostu to powiedzieć.
Zamrugałam. Czy Alexander Knight właśnie oferował mi wsparcie emocjonalne? Może zasnęłam przy biurku i to był jakiś dziwny sen wywołany nadmiarem kawy i poradników o planowaniu ślubu.
— Ja... — Słowa ugrzęzły mi w gardle. Pytał jako mój szef? Jako facet, który po pijaku całował się ze mną i nazwał mnie imieniem innej kobiety? Jako zatroskany przyjaciel?
Przyjaciel? Jasne. Zaraz jeszcze zacznę wierzyć w jednorożce i przystępne ceny czynszu na Manhattanie.
Jakby czytał mój wewnętrzny kryzys, dodał:
— Firma ma programy dla pracowników, którzy znaleźli się w nagłej sytuacji. Pomoc medyczną, tymczasowy urlop, wsparcie finansowe.
Ach. No tak. To był Profesjonalny Alexander. Znacznie bezpieczniejszy grunt niż to... cokolwiek innego.
— Dziękuję, panie Knight. Przyjrzę się tym programom, jeśli... kiedy będę ich potrzebować. — Zmusiłam się do uśmiechu, który bardziej przypominał skurcz twarzy.
— Nie musi pani czekać, aż sytuacja stanie się dramatyczna. — Uniósł brew. — To nie jest szczególnie dobra strategia biznesowa.
Powiedział to człowiek, który kiedyś kupił cały jacht tylko dlatego, że spodobała mu się jego bogata nazwa. Ale tę myśl zachowałam dla siebie.
— Naprawdę doceniam troskę. Ale mam wszystko pod kontrolą. — Mniej więcej tak, jak tornado ma pod kontrolą Kansas.
— Oczywiście. — Oparł się wygodniej, najwyraźniej nie wierząc ani w jedno moje słowo. — Proszę tylko pamiętać, że moje drzwi są zawsze otwarte.
— Dziękuję, sir. — Wstałam, gotowa do ucieczki, zanim wyczuje moją narastającą panikę albo zauważy arkusz z planowaniem ślubu zminimalizowany na moim pulpicie.
— A, i Madison?
Zastygłam w pół drogi do drzwi.
— Tak?
— Następnym razem, kiedy zaplanuje mi pani lunchowe spotkanie na trzecią nad ranem, proszę dopilnować, żeby było z kimś w innej strefie czasowej. Przynajmniej wtedy będziemy mogli udawać, że to było celowe.
Czy to był żart? Alexandera Knighta? Chyba naprawdę zasnęłam przy biurku.
— Zapamiętam. — Pośpiesznie wyszłam, zanim zauważy, że moja twarz przybrała kolor wozu strażackiego.
Kolejne kilka dni było istnym wirem chaosu i kofeiny. Moje życie zamieniło się w niekończącą się pętlę pracy biurowej, zadań wirtualnej asystentki i researchu dotyczącego planowania ślubu.
— Madison, wszystko okej? — Głos Hazel zatrzeszczał w moim telefonie pewnego wieczoru, gdy garbiłam się nad laptopem, a moje palce mknęły po klawiaturze.
— Zdefiniuj „okej” — mruknęłam, przełączając zakładki między harmonogramem Alexandra a listą kontaktów do usługodawców. — Jeśli przez „okej” rozumiesz tonięcie w pracy i rozważanie życia na zupkach ramen, żeby oszczędzać pieniądze, to tak, totalnie okej.
— Musisz zrobić sobie przerwę.
— Przerwę? — Zaśmiałam się bez cienia rozbawienia. — Co to takiego? Jakaś nowa aplikacja?
— Tylko się nie zajedź, dobrze? Potrzebujemy cię przy zdrowych zmysłach.
— Zdrowe zmysły są przereklamowane — wymamrotałam, zerkając na zegar. Było grubo po północy. Znowu.
Wpadłam w pewien rytm — a raczej, mówiąc trafniej, w kontrolowany korkociąg. Każda godzina mojego dnia była zagospodarowana, każda minuta rozplanowana z wojskową precyzją. Wszystko działało dobrze aż do czwartkowego popołudnia, kiedy wszystko poszło spektakularnie źle.
— Panno Harper! — Głos Alexandra ryknął przez interkom. — Gdzie jest pan Chen?
Serce mi stanęło. Pan Chen? Ten ważny klient, z którym mieliśmy umówione spotkanie na… o nie.
Rzuciłam się do kalendarza, a mój mózg był splątanym chaosem dat i godzin. — Eee… jego spotkanie jest jutro o…
— Nie. — Ton Alexandra mógłby zamrozić lawę. — Było dzisiaj o piętnastej.
Ogarnęła mnie panika, jakby ktoś oblał mnie lodowatą wodą. Spojrzałam na zegar: 15:15.
— B-bardzo przepraszam — wyjąkałam. — Musiałam pomylić daty w kalendarzu.
— Do mojego biura. Natychmiast. — Interkom wyłączył się z ostatecznością wieka trumny.
Chwyciłam tablet i niemal pobiegłam do jego biura, a obcasy stukały o podłogę jak odliczanie do mojej egzekucji. Kiedy wpadłam do środka, Alexander stał przy oknie, a jego ramiona były napięte pod idealnie skrojonym garniturem.
— Siadaj. — Nawet się nie odwrócił.
Opadłam na krzesło, ściskając tablet jak tarczę. — Panie Knight, mogę wyjaśnić…
— Możesz? — Odwrócił się gwałtownie, z twarzą nie do odczytania. — Bo Madison Harper, którą znam, nie myli terminów spotkań. Firma pana Chena odpowiada za czterdzieści procent naszego udziału w rynku azjatyckim. Czy masz jakiekolwiek pojęcie, jak wielkie szkody twój błąd może wyrządzić firmie?
Otworzyłam usta, ale nie wydobyło się z nich ani słowo. Miał rację. Zwykle byłam drobiazgowa, zorganizowana i wręcz obsesyjnie przywiązana do szczegółów.
— Madison Harper, którą znam, nie planuje spotkań na trzecią nad ranem ani nie wysyła umów do niewłaściwych biur. — Podszedł do biurka, każdy jego krok był rozmyślny. — Ta Madison gdzieś zniknęła w ciągu ostatnich kilku tygodni.
— Ja po prostu byłam…
— Zajęta? Czym dokładnie?
Coś w jego tonie sprawiło, że skóra mnie zapiekła.
— Chcesz mi sama powiedzieć, co się dzieje? — Pochylił się nad biurkiem. — Zanim to stanie się czymś poważniejszym niż opuszczone spotkanie?
— Proszę pana, obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Po prostu miałam trochę osobistych…
— Osobistych spraw? — Podniósł teczkę i rzucił ją na biurko między nami. — Na przykład dorabiania jako wirtualna asystentka?
Boże.
Otworzył teczkę, ukazując zrzuty ekranu maili, umów i dokumentów związanych z organizacją ślubu. — A może chciałabyś to wyjaśnić?
— Ja… skąd pan…
— Nasz dział IT wykrył nietypową aktywność na twoim służbowym komputerze. — Wyglądał bardziej na rozczarowanego niż wściekłego. — Strony do planowania ślubu. Moduły szkoleniowe dla wirtualnych asystentek. Umowy z zewnętrznymi klientami.
Przed oczami przeleciała mi cała moja kariera. Razem ze zdolnością płacenia czynszu, kupowania jedzenia i pokrywania rachunków za leczenie mamy.
— Panie Knight, proszę. — Głos mi się załamał. — Mogę wszystko wyjaśnić.
— Słucham.
— Mama znowu zachorowała. Rachunki za leczenie nas przygniatają. Ubezpieczenie pokrywa mniej niż połowę, a ja nie wiedziałam, co innego zrobić. Potrzebowałam dodatkowego dochodu, a te prace były zdalne, i pomyślałam, że jeśli będę ostrożna…
— Jeśli będziesz ostrożna, to cię nie złapią? — Dokończył za mnie. — Złamałaś warunki umowy. Firma mogłaby cię zwolnić i pozwać za naruszenie kontraktu.
Łzy zapiekły mnie pod powiekami. — Proszę. Natychmiast przestanę brać dodatkowe zlecenia. Potrzebuję tylko więcej czasu, żeby się wykazać. Żeby to naprawić.
Alexander wpatrywał się we mnie przez długą chwilę, a jego wyraz twarzy zmienił się z surowego na coś zupełnie innego. — Być może mam dla ciebie rozwiązanie. Ale najpierw musimy porozmawiać o tym, co wydarzyło się tamtej nocy.
Żołądek opadł mi aż do stóp. — Tamtej nocy?
— Kiedy znalazłaś mnie w moim penthousie.
— Ach, to. Źle się pan czuł, więc zadzwoniłam po lekarza. To wszystko.
— Lekarz znalazł w moim organizmie ślady dość niebezpiecznej substancji. Gdybyś do niego nie zadzwoniła… — Pochylił się do przodu. — Prawdopodobnie uratowałaś mi życie, Madison.
Zalała mnie ulga. Dziękował mi. To było dobre. To był bezpieczny grunt.
— Każdy zrobiłby to samo — wymamrotałam.
— Rzecz w tym… — Wstał i obszedł biurko. — Lekarz musi dokładnie wiedzieć, co się wydarzyło, zanim przyjechał. Dla postawienia diagnozy.
Odsunęłam krzesło odrobinę do tyłu. — Powiedziałam mu wszystko, co ważne.
— Naprawdę? — Usiadł na krawędzi biurka, zbyt blisko, bym mogła czuć się swobodnie. — Bo mam takie… urywki wspomnień. Całkiem interesujące.
Twarz mnie zapiekła. — Powinien pan więcej odpoczywać. Pić wodę. Brać witaminy.
Naprawdę się roześmiał. — To twoja porada medyczna?
— Nie jestem lekarzem. — Zacisnęłam dłonie na podłokietnikach krzesła. — Czy nie powinien pan zadawać tych pytań jemu?
— Pytam ciebie. Co się wydarzyło w tym penthousie?
— Nic! Pomogłam panu dojść do łóżka. Zadzwoniłam po lekarza. Koniec.
Sięgnął do kieszeni i wyciągnął coś, co sprawiło, że serce zamarło mi w piersi: moją gumkę do włosów — tę fioletową z małą zawieszką w kształcie motyla.
— To dlaczego to było w moim łóżku?
Wpatrywałam się w gumkę zwisającą z jego palców.
