Rozdział 1

Harper

Patrzę, jak moja matka znowu leży rozciągnięta na kanapie w patchworkowe wzory, pijana w sztok. Historia mojego życia. Jedną rękę ma zwieszoną aż do podłogi, a do klatki piersiowej przyciska prawie pustą butelkę alkoholu — chyba wódki, nie widzę etykiety. Zabawne, jak potrafi kurczowo trzymać się butelki i niczego więcej. Oddycha płytko; zastanawiam się, czy to będzie jej ostatni oddech. Czy w ogóle by mnie to obeszło? Powinno, ale moja matka pije, odkąd pamiętam, i ćpa — nie, nie heroinę, ona woli kokainę, a jej chłopacy, którzy przewijają się jeden po drugim, są jej dostawcami. Przysięgam, że zadaje się wyłącznie z obdartusami i nierobami, żeby mieć kolejną działkę. Ale tak, obchodziłoby mnie. Bo wiecie co? To moja matka i to jedyna matka, jaką mam.

Mam ochotę nią potrząsnąć i ją dobudzić. Może gdyby potrafiła utrzymać trzeźwość, mój ojciec nie odszedłby, kiedy byłam jeszcze dzieckiem — pięcioletnim, dokładnie rzecz biorąc. Nadal boli. Pamiętam, jak mocno mnie przytulał i całował, mówił, jak bardzo mnie kocha, jaka jestem dla niego cenna i jak często będzie mnie odwiedzał. I odwiedzał — znaczy, jasne, dużo pracuje poza domem, jest w finansach i jeździ służbowo, więc teraz nie widuję go aż tak często, ale zawsze był i nadal jest dobrym tatą.

Telefon wibruje w kieszeni moich dżinsowych, obciętych szortów. Wyciągam go z tylnej kieszeni. Gdzie jesteś? Myślałem, że już się spotykamy. Mamy jutro oddać zaliczenie.

Przygryzam wargę. Cholera, kompletnie straciłam poczucie czasu. Zamiast go pilnować, czytałam w sypialni i czasem pisałam w dzienniku. Wylewałam na papier cały ból, złość i cierpienie związane z moją sytuacją. Odpisuję Dylanowi — mojemu byłemu chłopakowi. Byliśmy razem pięć lat, w liceum i na studiach. Udało nam się zostać przyjaciółmi, co jest dobre, bo teraz nie mam nikogo innego. Mam parę koleżanek, ale nie powiedziałabym, że jesteśmy aż tak blisko — nie tak jak ja i Dylan. Został moim najlepszym przyjacielem; podobał mi się odkąd mama przeprowadziła nas tutaj, do Lincoln, do małego przedmieścia, które jest teraz moim domem. Jego rodzice mieszkali po drugiej stronie ulicy, ale teraz został już tylko jego ojciec. Jego gorący, seksowny ojciec, muszę przyznać. Ten facet potrafiłby stopić majtki samym spojrzeniem.

Nie będę kłamać — miewałam naprawdę konkretne sny o jego tatusiu. Nie śmiem nikomu o tym powiedzieć, bo wiecie, to przecież tata mojego eks i w ogóle, a do tego jest dużo starszy. No jasne, że jest. Dylan mówił mi, że jego ojciec miał siedemnaście lat, kiedy Dylan się urodził, więc to by znaczyło, że ma trzydzieści siedem lat, a ja dwadzieścia. W każdym razie muszę odpisać Dylanowi i ogarnąć się. Mamy randkę naukową. Nie chcę utknąć w takiej norze na zawsze.

On studiuje politologię, a ja biznes i finanse. Chcę pójść w ślady własnego ojca, pracować w dużej korporacji, podróżować po świecie i wynieść się stąd jak najdalej. Chcę wielki dom, wypasiony samochód, chcę kupować tyle makijażu, butów i ciuchów, ile tylko zechcę, a nie chodzić wiecznie w rzeczach po kimś. Dzieciaki w szkole potrafiły się ze mnie nabijać — serio, nienawidziłam szkoły.

Gdyby Dylan nie był zawsze przy mnie, pewnie opuszczałabym zajęcia non stop. Ale był. I jestem mu za to wdzięczna.

Jasne, już jadę. Przepraszam, coś mnie zatrzymało.

Znowu twoja matka?

Tak, coś w tym stylu. Leży na kanapie jak kłoda, kompletnie nieprzytomna, totalna, pieprzona strata miejsca.

Hej, to twoja mama, czy tego chcesz, czy nie. Nie mów o niej tak. Ona potrzebuje pomocy, Harper.

Jak mam pomóc kobiecie, która nie chce pomóc samej sobie?

Coś wymyślimy.

Tak, próbujemy od — Bóg jeden wie — ilu lat. To wykańcza, drenuje psychicznie, i wiesz co? Po prostu nie sądzę, żebym dawała radę dłużej.

Wpadnij do nas, tata jest w domu, robi swoją słynną lasagne.

To trochę podnosi mnie na duchu; sama myśl o tym, że będę patrzeć, jak Levy gotuje, i że będę się na niego gapić jak zboczeniec, sprawia, że robi mi się gorąco tam na dole i fala ciepła przechodzi przez całe ciało. Cholera, muszę nad tym zapanować — jeśli Dylan choćby podejrzewa, że lecę na jego tatusia, rzuci mnie szybciej niż rozżarzone węgle.

Jadę. Do zobaczenia zaraz.

Mama woła mnie po imieniu. Ignoruję ją, a potem czuję się jak kompletna przegrana, więc biorę koc z krzesła stojącego obok kanapy, na której leży, i przykrywam ją nim.

– Muszę już iść, mamusiu, mam naukę z Dylanem.

– Dobrze, kochanie. Do zobaczenia później. – Znów odpływa, a ja wpatruję się w jej drobne, kruche ciało, nawet nie będąc pewna, kiedy ostatnio cokolwiek jadła.

– Spróbuj coś zjeść, mamusiu. – Pochylam się i całuję ją w czubek głowy. Wiem, że mnie nie słyszy; znowu jest kompletnie nieprzytomna. Zdejmuję butelkę z jej ramienia i odkładam na stolik kawowy obok sofy, zasłanej papierosami, przepełnioną popielniczką, pustą butelką brandy i starym banknotem wciąż zwiniętym po wczorajszym wciąganiu kresek. Kręcę głową. Pomoc… jak ja mam jej, do cholery, załatwić pomoc? Nie mamy pieniędzy, ojciec już nie chce jej pomagać, była na odwyku kilka razy przez te lata, kosztowało go to majątek i na nic. Ledwie wraca, od razu znowu bierze wszystko.

Moja torba leży na podłodze przy drzwiach wejściowych, które aż proszą się o malowanie. Zarzucam ją na ramię i cicho zamykam za sobą drzwi. Przynajmniej mogę popatrzeć na Levy’ego – to zawsze coś, co poprawi mi humor. Umieram, żeby opowiedzieć o nim mojej ulubionej przyjaciółce, Summer, ale wiem, że powie, że jestem obrzydliwa, bo podoba mi się starszy facet. Wzruszam ramionami – kogo obchodzi, co myślą. Mam to w dupie.

Na zewnątrz jest już chłodno, bo mamy jesień; drzewa zmieniły barwy i aż biją od czerwieni, pomarańczy, żółci i rdzawych odcieni. Jesień to moja absolutnie ulubiona pora roku – powietrze jest rześkie i to taka miła przerwa od tego pieprzonego letniego upału i wilgoci.

Dylan mieszka tylko po drugiej stronie ulicy, więc przejść tam to żaden problem – jestem na miejscu w parę minut. Drzwi są otwarte; nigdy nie muszę pukać. Jego ojciec zawsze sprawiał, że czułam się mile widziana, i jego mama też. Tylko że jego mamy już nie ma. Zmarła dwa lata temu na raka – zaczęło się w piersi, ale kiedy to wykryli… cóż, zdążyło już rozsiać się po całym ciele, pożerając ją od środka. To był dla nich tragiczny czas i szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy Dylan i jego tata, Levy, w ogóle się po tym podnieśli. Jak można się podnieść po czymś takim?

Z małej kuchni z tyłu domu dochodzi zapach czegoś pysznego. Wiem, że powinnam od razu iść na górę do pokoju Dylana, gdzie zawsze się uczymy, ale nie potrafię się oprzeć, żeby zajrzeć do kuchni, gdzie wiem, że będzie Levy.

Stoi przy kuchence i dosłownie zapiera mi dech. Kręcone, ciemne włosy ma związane w męski koczek, obcisły czarny T-shirt leży na nim idealnie i podkreśla jego twarde ciało, bicepsy ma na widoku i… kurwa, jest seksowny jak grzech. Mam ochotę przesunąć palcami po jego ramionach, dotknąć tuszu na przedramionach, który ciągnie się wyżej i znika pod rękawami koszulki. Między nogami czuję znajomą wilgoć, oddech mi się urywa. Zerka w górę, patrzy na mnie i puszcza oko. Nogi prawie robią mi się z waty i uginają – cholera, pragnę tego mężczyzny jak żadnego innego. Nawet Dylana. Jasne, seks z Dylanem był dobry, ale założę się, że Levy wie dokładnie, jak zadowolić dziewczynę.

– Jak się masz, Słoneczniku? – pyta, a ja mięknę dla niego. Uwielbiam, kiedy mówi do mnie „Słoneczniku”. Powiedział kiedyś, że jestem jak jasność tego kwiatu – jak lato i wszystko, co pogodne – w ciemny, szary, ponury dzień.

– Eee… tak, w porządku, panie Hudson.

Unosi brew, a ja… kurwa, moje majtki robią się jeszcze bardziej mokre. Prawie się ślinię na widok tego, jak jego obcisłe czarne dżinsy opinają mu tyłek; chcę przesunąć po nim dłońmi, a potem sprawdzić, co ma schowane z przodu.

– Levy. Mów mi Levy, Słoneczniku. Nie „pan Hudson”.

Wchodzę do kuchni – chwila, co ja robię? Chcę stanąć blisko niego, chcę go wdychać; działa jak hipnotyczny narkotyk i nie potrafię się powstrzymać. Odwraca się, odkładając drewnianą łyżkę na talerzyk stojący obok płyty. Czuję na sobie jego wzrok, kiedy przesuwa spojrzeniem od moich oczu do ust, niżej na klatkę piersiową; jego zielone, zmysłowe oczy chłoną mnie jak długi, zimny łyk lemoniady. Szybko, jakby zorientował się, co robi, odwraca się i odchrząkuje.

– Dylan jest na górze – mówi ochrypłym głosem. Jest tylko jeden powód, dla którego brzmi w ten sposób: bo założę się, że widok mnie w tych króciutkich szortach – mimo że na zewnątrz jest chłodniej – i w obcisłej białej koszuli zapinanej na guziki wywołuje w nim reakcję, której wolałby nie mieć.

Następny Rozdział