Rozdział 4
Levy
– Dobranoc, Levy – woła Harper z wąskiego korytarza. Jakim cudem dotrwałem do końca kolacji, nie mam, kurwa, pojęcia. Przeczesuję dłonią ciemne włosy, po czym sięgam po gumkę z nadgarstka i związuję je w mój zwyczajowy męski koczek. Jej głos jest słodki jak miód, a sposób, w jaki porusza tyłkiem, idąc do drzwi, nie zostawia wiele mojej wyobraźni – podobnie jak te szorty Daisy Duke, które ma na sobie. Gdyby się schyliła, zobaczyłbym kolor jej cholernych majtek. Boli mnie kutas.
– Dobranoc, Słoneczniku. Zajmij się mamą, jak wrócisz, i spróbuj jej zabrać butelkę. Może jak coś zje, to w końcu prześpi noc.
– Wątpię, ale spróbuję. Wiesz, jaka ona potrafi być. Nawet w najlepsze dni jest zadziorna.
A czy ja tego nie wiem. Matka Harper zatrzasnęła mi drzwi przed nosem o jeden raz za dużo, a Lilly, niech spoczywa w pokoju, też bardzo się starała z matką Harper.
– Jest super, co nie, tato? – słyszę głos Dylana, kiedy krzyczę do Harper „pa”, wręczywszy jej naczynie z zapiekanką, żeby zabrała je do domu dla matki.
– Super… tak, chyba – odwracam się od Dylana, bo on wie, kiedy kłamię: robię się czerwony jak burak, a nie chcę, żeby zobaczył, że mam coś do ukrycia. Ja pierdolę, wpakowałem się po uszy. I mam przejebane.
– Pomóc ci z naczyniami, tato? – pyta, przynosząc ostatnie talerze do zlewu.
– Nie, synu. Dam radę. Idź dokończyć naukę na dziś i spróbuj położyć się wcześniej.
– Jasne. A tak w ogóle, jutro wieczorem idziemy z Harper na domówkę do znajomych, więc pewnie wrócę wcześnie w sobotę rano, koło pierwszej czy coś.
– Wrócisz o północy, Dylan. Znasz godzinę policyjną w tym domu.
– Tato, bądź poważny. Nie mówisz serio. Mam dwadzieścia lat, Harper ma rację – nie jesteśmy już dziećmi. W pewnym momencie musisz odpuścić.
– To trudne, synu. Kocham cię jak wariat, jak totalny pojeb – jesteś moim dzieckiem. Dobra, ustępuję. Ale przed drugą. I tak musisz się wyspać, bo w sobotę jedziemy na motorze, pamiętasz. Obiecałem cioci Rose, że wpadnę do niej z tobą.
Ciocia Rose to jedyna siostra Lilly. Jest ode mnie o parę lat starsza i ma trójkę własnych dzieci. Kiedy Lilly odeszła, Rose była dla mnie i Dylana naprawdę dobra. Powiedziała mi, że bez względu na wszystko zawsze będzie uważać się za moją szwagierkę, nawet gdybym kiedyś miał się ożenić. Tylko że to się nigdy nie wydarzy. Strata Lilly była wystarczająco bolesna – była miłością mojego życia, uwielbiałem ją. Dorastaliśmy w tym samym miasteczku, w tym samym, w którym teraz mieszkamy z Dylanem. Byliśmy razem przez całą szkołę – liceum i studia. Lilly uczyła się na weterynarza, a ja mechaniki, zanim założyłem własny motocyklowy biznes, moją pasję.
– Jasne, chętnie – mówi i zostawia mnie z naczyniami, które ostatecznie układam w zmywarce, bo potrzeba, żeby pójść się zwalić i wyrzucić Słonecznik z głowy, zagłusza wszystko inne.
Zamykam drzwi sypialni na klucz, zsuwam buty i zaczynam się rozbierać. Kutas już wypycha mi spodnie i boli, jakby miał zaraz wybuchnąć – jak u jakiegoś pieprzonego nastolatka. Zsuwam czarne dżinsy i bokserki po nogach, wychodzę z nich, potem podciągam czarny T-shirt i kładę się na łóżku, obejmując jedną dłonią napięte jaja, a drugą pulsującego kutasa. Nie potrafię myśleć o niczym innym jak o pełnych, nabrzmiałych wargach Harper zaciśniętych na moim obolałym fiucie; o tym, jakie to by było uczucie, gdybym był w jej ciepłych ustach, kiedy mnie ssie i przesuwa językiem w górę i w dół po trzonie. Głaszczę się powoli, mocno zaciskając dłoń, myśląc o każdym sposobie, na jaki chciałbym ją przelecieć. Na kolanach, z tym jej uroczym, ciasnym tyłeczkiem wysoko w powietrzu, żebym miał dobrą pozycję do pchania; na plecach, z nogami ciasno oplecionymi wokół mojej talii, żebym mógł patrzeć, jak jej cycki podskakują w górę i w dół, i na to, co tylko sobie wyobrażam – jej różowe, sterczące sutki, które chcę ssać i podgryzać.
Moje ruchy przyspieszają, oddech mi się urywa, a w ustach robi się sucho, gdy czuję znajome mrowienie w jajach, ten tępy, kościany ból w dole kręgosłupa, bo wiem, że jestem cholernie blisko – że zaraz rozchlapie się sperma po moim płaskim brzuchu, pociętym od mięśni. Wyobrażam sobie Harper, jak zlizuje moją spermę z brzucha i drażni mnie tymi swoimi chabrowoniebieskimi oczami. Rucham własną dłoń coraz szybciej, czując, jak ulga podnosi się z jąder, myśląc o tym, jak wbijam się coraz głębiej i głębiej w jej ciasną, mokrą cipkę. Sperma ląduje na moim brzuchu, a ja wypuszczam powietrze i kładę dłoń na twarzy.
Ta pieprzona dziewczyna mnie wykańcza, a sama myśl, że fantazjuję o byłej dziewczynie mojego syna, wystarcza, żebym poleciał po samej krawędzi.
Co ja, do cholery, mam zrobić?
