Rozdział 5
Harper
Cholera, Levy jest naprawdę gorący. Czuję wilgoć w majtkach. Bycie tak blisko niego było niesamowicie ekscytujące. Fantazjuję o tym facecie od lat; wiem, że to złe, bo spotykałam się z Dylanem, ale niech mi ktoś powie, jaka dziewczyna choć raz w życiu nie fantazjowała o tatusiu swojego chłopaka.
Poza tym to moja sprawa, kogo lubię, a kogo nie. Jestem już w domu, w domu panuje cisza. Moja matka jest tam, gdzie ją zostawiłam — na kanapie. Potrzebuje pomocy, tylko ja nie mam pojęcia, jak jej pomóc. Moja siostra, Taylor — tak, mamusia nazwała ją na cześć Taylor Swift — sprząta w salonie, kiedy przechodzę przez drewniane drzwi, które trzeba naprawić. Mojej mamie potrzeba porządnego faceta, który by się nią zaopiekował, ale najpierw musimy sprawić, żeby sama się ogarnęła.
Taylor i ja próbowałyśmy namówić ją, żeby poszła do lekarza, do ośrodka odwykowego i na mityngi AA, ale moja matka po prostu odpuszcza. Uważa, że o wiele łatwiej utonąć w butelce, niż włożyć w coś wysiłek, zmierzyć się ze swoim życiem i zacząć je porządkować. A jednak Taylor i ja… no wiesz, nasza matka to nasza matka i nie zamierzamy się poddać. Przynajmniej jeszcze nie.
— Hej, siostra. Dużo się pouczyłaś u Dylana, czy znowu do siebie wróciliście? — Taylor jest młodsza ode mnie; ma piętnaście lat, więc dzieli nas pięć lat, ale to piętnastolatka, która w mojej opinii idzie na trzydziestkę. Musiała znieść wiele, tak jak ja; ciężko, kiedy twoja matka jest alkoholiczką.
— Nie, nie wróciliśmy do siebie. Już ci mówiłam, to koniec. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, tylko tyle. Po prostu było dziwnie, wiesz? To jakby był moim najlepszym kumplem i szczerze mówiąc, sama jestem zaskoczona, że byliśmy razem tak długo. Poza tym chyba podoba mu się Lacey. — Odkładam torbę z książkami, zahaczając ją o koniec jednego z czterech krzeseł w jadalni, które też proszą się o odrobinę troski. Materiał jest stary i wytarty; widziałam w sklepie przy Main Street ładną, świeżą tkaninę, którą kupię, jak tylko uzbieram trochę kasy, a Taylor powiedziała, że pomoże mi je na nowo obić. Całkiem nieźle nam idzie odnawianie starych rzeczy — musimy, bo nie mamy dużo pieniędzy.
Mam pracę w piekarni, wcześnie rano, zanim pójdę do college’u, i to jest mordercze — zmiana od szóstej do ósmej, a potem prosto na zajęcia. Dylan proponował mi ostatnio, że pożyczy mi trochę kasy, ale czuję, że to nie w porządku brać od niego pieniądze, zwłaszcza teraz, kiedy nie jesteśmy już, no wiesz, chłopakiem i dziewczyną.
Taylor szczerzy się w głupawym uśmiechu.
— No jasne. Jesteście dla siebie stworzeni.
— Co ty możesz wiedzieć, przecież jesteś jeszcze dzieciakiem?
— Nie jestem — odgarnia kasztanowy kosmyk włosów z twarzy i zatyka go za ucho. Skąd ona wzięła taki kolor, nie mam pojęcia, bo moja matka jest lodowatą blondynką, tak jak ja, i mamy te same chabrowoniebieskie oczy. Oczy Taylor mają kolor karmelu z maleńkimi zielonymi drobinkami.
— Jesteś. — Odwracam się i podnoszę kilka magazynów z podłogi przy kanapie, na której śpi moja matka. — Myślisz, że coś jadła?
— Nie. — Wyraźnie akcentuje „p”. — Jej lunch nadal stoi na blacie; nie ruszyła się, odkąd wyszłaś.
— Zajebiście. Musimy ją obudzić i chociaż spróbować wcisnąć w nią trochę jedzenia. Co na kolację? Coś już ugotowałaś? — Taylor i ja gotujemy na zmianę; nie ma sensu czekać na moją matkę, to się nigdy nie wydarzy. Pamiętam jednak czasy, kiedy moja matka gotowała, sprzątała dom, piekła ze mną, ale to było zanim urodziła się Taylor. Mój tatuś odszedł, kiedy miałam pięć lat, i wtedy wszystko poszło w totalne, kompletne gówno. GÓWNO. Nie da się tego inaczej ująć.
— Zrobiłam puree, fasolkę i te wołowe kiełbaski, które lubisz. — Unoszę brwi; wołowe kiełbaski nie są tanie.
— Skąd wzięłaś na to kasę?
— Wzięłam z portfela mamy, dostała ostatnio zasiłek.
— Dobra, okej, to w porządku. Jestem głodna, obudźmy ją. — Podchodzę do matki; Taylor wyciąga z jej uścisku butelkę, która leży jej na piersi. — Mamo. Mamo. — Potrząsam nią lekko, nie rusza się. Sprawdzam puls na szyi, no wiesz, tak na wszelki wypadek. Boję się dnia, kiedy może się nie obudzić i po prostu zapije się na śmierć. Taylor i ja musimy z tym żyć — to nasze życie. Jest do dupy, ale nie mamy wyboru. — MAMO! — krzyczę. Przynajmniej wtedy jej powieki lekko drgają i otwiera oczy, odrobinę.
— Co jest, kochanie?
— Musisz wstać, mamusiu, musisz coś zjeść.
— Nie jeść.
— Tak, no już, proszę. — Próbuje mnie odepchnąć, ale jest zbyt słaba. Moja matka musi ważyć tyle co piórko. To aż szokujące, jak kości biodrowe sterczą spod dżinsów i jak żebra odznaczają się pod jej topem wiązanym na szyi. Cholera, musi jej być zimno; w końcu jest teraz jesień, a my nie mamy kasy, żeby grzać w domu przez całą dobę.
—Taylor, podaj mi rękę i pomóż posadzić ją prosto.
—Jasne. —Podchodzi do mnie i razem obejmujemy ramionami naszą mamę; Taylor odgarnia jej włosy z twarzy. —Ona potrzebuje prysznica, Harp.
—Wiem. Po kolei, siostrzyczko. Najpierw chociaż ją nakarmmy. Chcesz ją karmić łyżką czy ja mam?
—Ja to zrobię, żebyś mogła zjeść i pouczyć się, jeśli musisz.
—Jestem wolna do końca wieczoru. Nie martw się, wiem, że masz masę zadań. Tak: ja ją nakarmię łyżką, potem zjem, a ty w tym czasie zjesz i ogarniesz lekcje.
—Umowa.
Mama siedzi już wyprostowana, głowa opada jej do tyłu na oparcie kanapy — to jakiś początek. Nie stawia nam wielkiego oporu; nie tak jak czasem. Trudno być córką alkoholiczki, kurewsko trudno. Ale kocham moją mamę, mam ją w sercu i nigdy jej nie zawiodę. Jutro mam spotkanie z doradczynią w college’u, do którego chodzę; mam nadzieję, że podpowie mi, co możemy zrobić dla mamy.
Taylor nakłada nam jedzenie, porcję mamy kładzie na plastikowym talerzu i podaje mi plastikowe sztućce. Musimy uważać, bo moja mama czasem wpada w alkoholowy szał i lepiej nie mieć w pobliżu niczego niebezpiecznego. Mama otwiera usta i pozwala mi się karmić. To długi, powolny proces, ale w końcu kończy, co oznacza, że mogę zostawić ją na chwilę, dopóki nie zjem własnej kolacji.
—Podgrzałam ci, Harp.
—Dzięki, Taylor. Idź odrabiać lekcje, a ja zajmę się mamusią, wykąpię ją i położę do łóżka.
Moja młodsza siostra to skarb, prawdziwy brylant. Serce ma pełne miłości i świeci jak promień słońca. Mimo trudów, jakie mamy w domu, zawsze ma na twarzy uśmiech, zawsze chce pomóc. Jęczę, próbując podnieść mamę i zanieść ją po schodach do sypialni. Kiedy już leży na łóżku, zabieram się za rozbieranie jej, starając się nie okazywać szoku na widok jej chudości — to przerażające. Dylan dał mi odżywkę białkową, powiedział, że już jej nie chce; sądzę, że po prostu był dla mnie wyjątkowo miły. Kazał mi dopilnować, żeby mama piła ją parę razy dziennie; mogę dodać wodę albo mleko. Później, po prysznicu, na pewno zrobię jej koktajl i dorzucę banana.
Woda pod prysznicem jest ciepła. Rozbieram się do stanika i majtek; wszystkie myśli o Levym i jego boskim ciele idą w niepamięć, kiedy pomagam mamie stanąć pod ciepłym strumieniem i ją umyć. Na szczęście jest całkowicie uległa. Dwadzieścia minut później mama ma na sobie koszulę nocną i jest otulona w łóżku, pod kołdrą uszytą przez babcię dla mamy na dzień jej ślubu z tatusiem. Ma piękny, jasnobłękitny spód i wzór z obrączkami — nazywają to ślubną kołdrą. Serce mi się ściska, że mamusia i tatuś musieli się rozwieść; w gardle rośnie mi gula. Nieważne, że to było piętnaście lat temu — nadal boli jak skurwysyn.
W swoim pokoju rzucam się na łóżko. Po tym jak zmieniam bieliznę i zakładam różowe, kraciaste piżamowe szorty oraz stary różowy T-shirt — moje wygodne ciuchy — zamykam oczy i pozwalam, by myśli o Levym wpełzły mi do głowy. Wyobrażam sobie, jak mnie całuje: jego pełne, miękkie usta, ten sposób, w jaki jego oczy robią się ciemne i ponure, kiedy mnie lustruje. Tak, zauważyłam, jak ten facet na mnie patrzy, i kurewsko to uwielbiam. Podniecenie rodzi się w dole brzucha, w żołądku trzepoczą motyle, a znajome ciepło pełznie między moimi nogami i rozlewa się po całym ciele. Z szafki nocnej obok łóżka po omacku szukam, aż znajduję swój wibrujący pocisk, włączam go i przykładam do łechtaczki. Kurwa mać… kurwa, to erotyczne uczucie, gdy pocisk naciska na moją łechtaczkę; wibracje sprawiają, że przygryzam wargę. Tak bardzo chcę, żeby Levy mnie pieprzył, żeby jego usta ssały i drażniły moje sutki. Bolą, żeby je ssał; wolną ręką sięgam do piersi i bawię się nimi, mocno ściskając nabrzmiałe brodawki, podczas gdy bezlitośnie doprowadzam się do szału wibratorem. Wystarcza jakieś dziesięć minut, żeby moje ciało zaczęło drżeć jak w konwulsjach, gdy doprowadzam się do orgazmu tym pociskiem; uda mam lepkie od własnej cipki, jestem cała śliska, kiedy fala przechodzi przeze mnie. Wzdycham gwałtownie i zasłaniam usta dłonią — nie chcę, żeby Taylor wiedziała, że właśnie robię sobie dobrze.
Nogi trzęsą mi się od ogromu orgazmu. Wsuwam dwa palce w swoją wilgoć, a potem unoszę je do ust i ssę, wyobrażając sobie, że mam w nich grubego, pulsującego kutasa Levy’ego.
