Rozdział 6

Levy

– Co cię tak wzięło od rana? – pyta mnie Daryl, leżąc na podłodze obok Harleya i oceniając, co trzeba zrobić. Jest wysoki i chudy, ma marchewkoworude włosy; wychowaliśmy się razem, a kiedy potrzebował pracy, bo zwolnili go z dużego dealera motocykli w mieście, dałem mu robotę. Przez ostatnie kilka lat był dla mnie dobrym pracownikiem.

– Nic, po prostu mam coś na głowie – mówię, idąc do czajnika stojącego na stole warsztatowym z tyłu tego boksu. Mam tu w mieście kilka takich boksów, a także w następnym miasteczku. Interes idzie dobrze jako warsztat naprawy motocykli wszelkiego rodzaju – co tylko wymyślisz, to naprawimy. Najbardziej lubię, kiedy przez drzwi wjeżdża jakiś stary, klasyczny rarytas. Dłubiemy też przy odnawianiu starych rzęchów, a potem je sprzedajemy. Tam są prawdziwe pieniądze.

– Mógłbyś mnie oszukać, szefie. Tłuczesz się tu jak niedźwiedź z bolącą głową. Nie mów mi, że chodzi o kobietę – chichocze. Pryskam.

– Kobietę? Daryl, ogarnij się. Od kiedy ja umawiam się z kobietami? Wiesz, że nie umawiałem się z żadną kobietą od… – potykam się; samo wypowiedzenie imienia mojej zmarłej żony jakoś ściska mi gardło.

– Wiem – ratuje mnie. – Ale tak naprawdę… wiesz, może to już czas. Musisz kiedyś wyjść do ludzi. Lilly nie chciałaby, żebyś się wiecznie tak zadręczał, a minęło już trochę czasu.

Do diabła, minęło. Dwa lata, pięć miesięcy i cztery dni. Każdy dzień zabija. Widzę ją wszędzie, wciąż jest w całym domu. Nigdy niczego nie przemeblowałem; jej ubrania w większości nadal wiszą w szafie, nie mam serca zanieść ich do lumpeksu ani niczego oddać. Jej playlisty wciąż są w moim telefonie, jej kiczowate romanse nadal siedzą na liście „Do obejrzenia” na Netflixie – do cholery, nie zrobiłem nic. Nie umiem znieść myśli, że stracę z Lilly jeszcze więcej. Serce zaciska mi się tak, jakby ktoś je ścisnął w garści.

– Wezmę kawę, jeśli robisz, szefie.

– Jasne, nie ma sprawy. A co do randkowania… wiesz, po prostu to mi się wydaje… niewłaściwe, tyle.

– Rozumiem.

Tyle że nie rozumie, bo jego żona, Billie, żyje i ma się świetnie, a do tego ma w brzuchu dziecko – ich drugie jest już w drodze. Odsuwam stopą kawałek gumy od rury i zajmuję się zrobieniem nam porządnej, mocnej kawy.

Prawdziwy powód mojego podłego nastroju to Harper. Nie potrafię wyrzucić z głowy tej długonogiej dziewczyny, a wiem, że powinienem. Jest dla mnie zdecydowanie za młoda, do cholery, to była dziewczyna Dylana. Nie mam żadnego prawa myśleć o Harper tak, jak myślałem wczoraj w nocy, kiedy złapałem w dłoń swoją twardą jak kamień erekcję i zrobiłem sobie dobrze, wyobrażając ją sobie. To nie tylko złe, ale jeszcze sprawiło, że poczułem się winny jak diabli. Winny wobec mojej zmarłej żony, winny, że mam trzydzieści osiem lat i fantazjuję o dwudziestoletniej dziewczynie i jej fantastycznym, seksownym ciele. Wyobrażam sobie, jaka byłaby pode mną, z nogami oplecionymi wokół mojego tułowia, kiedy poruszam się, wsuwając i wysuwając w nią kutasa – w jej bez wątpienia ciasną, mokrą cipkę. Jęczę.

– Co to było, szefie? – pyta Daryl, podnosząc wzrok znad motocykla.

– Eee, nic, nie zwracaj na mnie uwagi. Wypiję to i przejadę się motocyklem. Zwykle pomaga. Może spałem na złej stronie łóżka czy coś.

Nie ma mowy, żebym mu powiedział mój brudny sekret o tym, że leci mi młoda Harper, i Boże, co ona by w ogóle pomyślała, gdyby wiedziała, że jakiś napalony facet pożąda jej niesamowitego ciała? Pewnie nazwałaby mnie starym zboczeńcem. A dziś czuję się naprawdę stary – po tym, jak wczoraj w nocy zrobiłem sobie dobrze, wziąłem prysznic i położyłem się z powrotem do łóżka, sen nie chciał przyjść. Przez większość nocy tylko przewracałem się z boku na bok, a myśli krążyły między Harper, poczuciem winy po tym, jak zaspokoiłem się ręką, i wspomnieniami mojej pięknej Lilly: jak słońce padało na nią i sprawiało, że jej złote włosy wyglądały jak przędzione złoto; piegi na grzbiecie nosa; to, jak nazywała mnie Poppa Bear, i jak kochała naszego syna, Dylana. To wystarczy, żeby dorosły facet się rozpłakał – co, oczywiście, zrobiłem.

Tak, nie jestem zbyt „macho” ani zbyt męski, żeby przyznać, że płaczę po stracie Lilly. Boli każdego dnia; mówią mi, że kiedyś będzie łatwiej i że czas leczy rany. No to powiem wam coś: wciąż czekam, aż to się stanie. Jak ja to widzę, to się nigdy nie stanie – przynajmniej nieprędko.

Podaję Darylowi kawę, on mi dziękuje, a ja idę wypić swoją w biurze. Mam całą stertę paragonów z wydatkami do wklepania w system i wysłania do księgowego. Zwykle pomaga mi moja asystentka, Lou-Rae, ale wzięła kilka dni wolnego na rodzinne wesele. I, cholera, jak ja za nią tęsknię — potrafi zagadać nawet osła na śmierć, to fakt, ale serce ma na właściwym miejscu i piecze obłędną cytrynową tartę. Lou-Rae pracuje u mnie od pięciu lat, jest po czterdziestce, ma trójkę dzieci — wszystkie już na studiach — i uwielbia pracę tutaj, w warsztacie, jako moja asystentka. Mądra z niej sztuka, naprawdę; wciąż mi powtarza, że powinienem częściej wychodzić do ludzi, a wtrącanie nosa to jej drugie imię. Te randki, na które próbowała mnie umówić, i ta ogromna rodzina, którą ma… cóż, powiedzmy tylko, że chyba nie jest możliwe, żeby połowa młodych kobiet, które mi przedstawia, naprawdę była jej kuzynkami.

Kończę z wydatkami, chwytam kurtkę motocyklową z vintage’owego wieszaka w rogu mojego małego biura. Mam szklane okno wychodzące na halę warsztatu, pod którym stoi moje biurko; za mną są podwójne drzwi prowadzące na mały taras z widokiem na las i góry. W biurze nie mam wiele — kiedyś stały tu szafy na dokumenty, teczki, cały ten bajzel, dopóki Lou-Rae nie przyszła i nie położyła na wszystkim łap. Teraz wszystko jest na komputerze i zrobione kopie zapasowe; ona jest w tym czarodziejką. Nie jestem głupi, nic z tych rzeczy, ale ja… ja wolę mieć smar na rękach.

Mój Harley-Davidson CVO Road Glide stoi z przodu i, cholera, to jest maszyna. Kosztował mnie niezłą sumkę, ale jest tego warta — nazywam ją Gilda. Uwielbiam jej „sharknose” owiewkę, nie mówiąc już o tym, że ma silnik Milwaukee-Eight 114, który ryczy; kiedy ją odpalam, mruczy pode mną. „Do zobaczenia później!” — krzyczy Daryl. Nigdy nie znikam na długo, ale zna mnie od lat i wie, że najlepsze, co mogę zrobić, kiedy mam doła albo jestem wkurzony, to wsiąść na Gildę, przejechać się i przewietrzyć łeb. Jedni idą pograć w bilard, inni czytają, jeszcze inni słuchają muzyki — dla mnie liczy się wolność na Gildzie, powietrze wokół, ten zastrzyk adrenaliny, kiedy wspinam się górską drogą. Nic się z tym nie równa.

Właśnie gdy wyprowadzam motocykl z parkingu i skręcam w prawo, widzę Harper idącą w moją stronę. Jej długie, szczupłe nogi wystają spod dżinsowych szortów, którym przydałoby się doszyć dobrych kilka cali materiału — co jej matka sobie myśli, pozwalając jej wychodzić tak ubranej? Do diabła, gdyby była moją córką, zamknąłbym ją w pokoju i wyrzucił klucz. I chwila… czy ona nie powinna być na zajęciach albo coś? Ona i Dylan chodzą do lokalnego college’u; on nie chciał wyjeżdżać z miasta, mimo że miał fenomenalne oceny.

Czekam, aż mnie minie, żebym mógł ruszyć, nie potrącając jej, tylko że ona nie przechodzi obok. Nie — Harper zatrzymuje się, posyła mi promienny uśmiech, zauważam, jakie ma białe, idealne zęby, i kładzie dłoń na szybie Gildy.

— Dokąd jedziesz, Levy?

— Nigdzie. Nie powinnaś się uczyć albo być w college’u czy coś?

— Och, daj spokój. Poza tym mam dwie godziny okienka. Miałam skoczyć po coś do jedzenia do knajpki Izzy-McDizzies. Chcesz iść ze mną?

Prawie krztuszę się własną śliną. Ona mnie właśnie zaprasza, żebym poszedł z nią do knajpki? O ja pierdolę.

— Nie, dziś rano nie mogę. Pojadę się tu Gildą przejechać, zanim wrócę do roboty.

— To ja bym chciała poczuć ją między nogami — mówi, udając taką nieśmiałą i niewinną, ale, cholera, jeśli to nie wysyła czerwonego jak ogień sygnału do mojego kutasa, który zaczyna mrowić i twardnieć. Kurwa. Bawi się pasmem blond włosów; przysięgam, ona doskonale wie, co robi.

— Jestem pewien, że byś chciała, Słoneczniku.

— Nie mogę się na tobie przejechać, to znaczy, eee… z tobą? — Czy to było celowe przejęzyczenie, czy nie? Z Harper nigdy nie jestem pewien.

Czy ona ze mną flirtuje?

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział