Rozdział 7

Harper

Poniedziałek nadszedł zdecydowanie za szybko, jak na mój gust. Większość weekendu spędziłam, bujając w obłokach na myśl o Levym i życząc sobie, żebym mieszkała z nim, zamiast siedzieć w domu i próbować ogarniać moją mamę i siostrę, Taylor.

Zajęcia na uczelni zaczynają się za trzydzieści minut, stoję z przodu z Dylanem.

— Zrobiłaś zadanie? — pyta, marszcząc brwi.

— Tak, ogarnęłam. Chyba dostanę dobrą ocenę. A ty?

— Ja też. Tylko łatwo nie było. Ej, poczekaj, dogonię cię później — widzę Lacey, chcę z nią pogadać. Czy uważam za dziwne, że mój były leci na moją najlepszą? Nie, wcale. No bo ja lecę na jego ojca, i to ostro. Przysięgam jednak, że gdyby Dylan się dowiedział, pewnie przestałby się ze mną przyjaźnić.

Dostrzegam Tillie i Mylee, dwie inne moje bliskie koleżanki, idą w moją stronę. Dzisiaj mają na sobie obcisłe dżinsy i pasujące do siebie swetry — uroczo. Często ubierają się podobnie; nie pytajcie mnie, dlaczego, ale to ich „coś”, a ich ciuchy naprawdę są śliczne. Ich rodzice mają pieniądze — nie jakieś miliarderskie czy milionerskie, ale wiecie, oboje pracują i mają prawdziwe zawody, nie tak jak moja matka.

— Cześć — mówi Mylee, zarzucając wysoko związanym blond kucykiem.

— Robiłaś sobie kolor na włosach? — pytam, zauważając pasma w odcieniach karmelu i miodu. — Ładnie wygląda.

— Tak, zrobiłam w sobotę. Myślę, że wyglądają cieplej, prawda?

— O, zdecydowanie. A ty, Tillie, zrobisz to samo?

Tillie nie jest naturalną blondynką jak Mylee, tylko farbuje swoje kasztanowe włosy, żeby miały ten sam odcień.

— Mama mówi, że wolałaby, żebym tego nie robiła, ale dziś wieczorem, kiedy mama i tata pójdą do teatru, przyjdzie do nas dziewczyna. Zrobi mi wtedy.

— Super. Gotowe na panią Brewster? — pytam.

Wszystkie wiemy, że nasza wykładowczyni od biznesu jest bezlitosna — rzuca pytaniami znienacka, zadaje trudne rzeczy i zawsze dorzuca nam stertę lektur i zadań do przerobienia. Wiedziałam, że studia nie będą łatwe, ale ten rok, nasz trzeci, jest naprawdę ciężki. Został jednak tylko jeden i będę wolna.

Dylan wraca do nas z Lacey; ich dłonie prawie się dotykają, a ona wygląda na trochę speszoną. Chyba nadal czuje się niezręcznie, będąc moją najlepszą przyjaciółką na całym świecie, mimo że zapewniałam ją już wiele razy, żeby się tym nie przejmowała.

Jasne, Dylan i ja byliśmy razem przez kilka lat, ale po prostu zrozumieliśmy, że to nie było nam pisane. Nie było prawdziwych iskier ani więzi — nie tak jak w filmach czy książkach. Według mojej młodszej siostry, która uważa, że wie wszystko, to dlatego, że w prawdziwym życiu tak się nie dzieje. Oczywiście fakt, że moi rodzice są w separacji, sprawia, że ma kiepskie zdanie o jakichkolwiek związkach. Ja natomiast nie. Chcę kiedyś być w związku z jakimś facetem i, rzecz jasna, chcę, żeby to był Levy — tylko że on jest ode mnie starszy i widzi we mnie jedynie byłą dziewczynę Dylana.

Uwierzcie mi, pracuję nad tym, żeby zmienił zdanie. Wiem, że we wtorkowe wieczory bywa w barze Micka, i mam pełny zamiar być tam jutro. Sama, bez Dylana, żeby mnie nie przyłapał na tym, że próbuję użyć moich kobiecych sposobów na jego tatusiu.

— Hej, mówię do ciebie. — szturcha mnie.

— Co? Co mówiłeś?

— Musimy wejść, bo Brewster dostanie szału. Wiesz, jaka jest, kiedy ktoś się spóźnia.

Jeszcze jak. Raz próbowała wyrzucić jakiegoś chłopaka z jej zajęć, bo się spóźnił. Znaczy, jak bardzo trzeba być zadufaną i arogancką? To jedna z tych kobiet po czterdziestce: bez dzieci, bez męża i założę się, że bez chłopaka. Nosi płaskie, sznurowane buty, spódnice do połowy łydki i wygląda jak kobieta o trzydzieści lat starsza, niż jest w rzeczywistości.

Słyszę jego głęboki głos, zanim w ogóle się odwrócę, i całe moje ciało przeszywa dreszcz, a ciepło podpełza od środka, z samego centrum.

— Dylan, synu, zapomniałeś teczki.

Dylan odwraca się i widzi swojego ojca, który przechodzi przez żelazną bramę uczelni.

– Cholera, dzięki, tato. Mam nadzieję, że nie narobiłam ci kłopotu. Potrzebuję tego na pierwsze zajęcia, mam tam swoje zadanie.

– Och, hej, Levy – mówię, kompletnie bez stylu; brzmię jak jakaś rozżalona fanka czy coś. Uśmiecha się do mnie, odsłaniając olśniewająco białe, idealne zęby.

– Cześć, Harper – a potem, odwracając się do Dylana, podaje mu zieloną teczkę. – Zobaczyłem ją na wyspie, jak podnosiłem klucze. Musisz się bardziej skupiać, synu. – Kiedy jego spojrzenie przeskakuje z Dylana na Lacey… no tak, zgaduję, że Dylan też miał głowę zajętą czymś innym.

Lacey rumieni się, puszcza dłoń Dylana i niepewnie uśmiecha się do Levy’ego. Mogłabym patrzeć na Levy’ego bez końca: na to, jak w kurtce motocyklowej jego ramiona wyglądają jeszcze szerzej, i na te jego uda w obcisłych jak diabli dżinsach. Robi mi się od niego słabo; jego oczy na moment muskają mnie spojrzeniem i jestem, kurwa, prawie pewna, że coś przez nie przemknęło. Odchrząkuje. – Dobra, muszę lecieć, mam coś do zrobienia. Zapowiada się pracowity dzień. Miłego dnia, dzieciaki. – I już go nie ma, w sekundę znika z powrotem za bramą.

Dzieciaki? Czy on właśnie nazwał nas dzieciakami? Kurwa. Czyli tylko tyle dla niego znaczę – jakieś dziecko. Muszę to zmienić. Jutro wieczorem pokażę mu, jak bardzo jestem kobietą.

Wchodzimy przez wielkie drzwi prowadzące do głównej recepcji i skręcamy w prawo, w pierwszy korytarz, który prowadzi na zajęcia Brewster. Lacey podsuwa się bliżej.

– Na pewno ci nie przeszkadza, że Dylan i ja się spotykamy? Bo ja wciąż czuję się z tym dziwnie.

– Hej, nie bądź głupia. Daj już spokój. Cieszę się, że z tobą chodzi; gdyby miał się z kimś spotykać, to właśnie ciebie bym dla niego wybrała. Oboje kochacie tę samą muzykę, zespoły, filmy, i oboje jesteście tacy… tępi i dziwni.

– Nie jestem dziwna – uśmiecha się głupkowato i poprawia okulary w szylkretowych oprawkach na swoim uroczym, zadartym nosku.

– Jasne, że jesteś. Jesteś książkową kujonką i mieszkasz w bibliotece przez większość czasu.

– Ty też. To znaczy, że ty też jesteś dziwna.

– No, może. Ale kogo to, kurwa, obchodzi. Skończyłaś zadanie?

– Prawie. Trochę mnie Dylan rozproszył przez weekend, ale wy przecież uczyliście się razem tamtego wieczoru, prawda?

– Tak. Musiałam wyjść z domu, mama znowu była nieprzytomna, a Taylor miała swoje sprawy. Czasem po prostu muszę stamtąd wyjść, wiesz, o co mi chodzi? – Kłamię na biało; wszyscy wiemy, czemu byłam u Dylana. Zrobiłabym dosłownie wszystko, jeśli miałoby to znaczyć, że zobaczę jego tatusia.

Lacey obejmuje mnie pod ramię.

– Nie wiem, ale rozumiem. Naprawdę nie wiem, jak dajesz radę opiekować się mamą i młodszą siostrą… serio, Harper, jesteś niesamowita. Zdążysz zaliczyć te kursy z wysokimi ocenami, potem dostaniesz tę pracę, o której zawsze marzyłaś, wyrwiesz się z tego miasta i zamieszkasz w wielkim mieście. Twoje marzenia się spełnią.

– Może. Kto wie. – Tylko że jedyne marzenie, jakie mam teraz, to być pod tatusiem Dylana. Kurwa, chcę Levy’ego tak bardzo, że aż mnie boli; to jak swędzenie, które chcesz podrapać, ale nie możesz do niego dosięgnąć. I strasznie chcę powiedzieć o tym Lacey, ale wiem, że nie mogę. To musi zostać moją tajemnicą.

– Cisza wszyscy, proszę zająć miejsca i otworzyć podręczniki na stronie sto jedenaście. Dzisiaj porozmawiamy o elastyczności popytu – na wyższym poziomie – i zagłębimy się w dane. Zostawicie swoje zadania na moim biurku, wychodząc. Będę oceniać dziś wieczorem, więc kiedy wrócicie w środę, będziecie wiedzieć, czy musicie zrobić kolejne zadanie. – Boże, nie znoszę tej baby; to moja najmniej lubiana prowadząca. Ktoś powinien jej kupić pieprzone dildo i pokazać, jak się go używa.

Trajkocze i trajkocze, a ja słucham tylko na pół ucha. Mogłabym to zaliczyć z zamkniętymi oczami. Dylan szturcha mnie z boku; uśmiecham się do niego i przewracam oczami. On chichocze. A potem pozwalam sobie odpłynąć w krainę marzeń, fantazjując o Levy’m i jego języku w moich ustach. Zastanawiam się, jak by smakował – może piwem, kawą albo czymś słodkim. Założę się, że jego język doskonale wiedziałby, jak zająć się moją łechtaczką i sprawić, żebym czuła się taaak dobrze.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział