Rozdział 1
—Przykro mi, pani Riley… ale pański synek nie przeżył.
Słowa chirurga wciąż dudniły mi w głowie, kiedy mocniej zacisnęłam palce na kierownicy i jechałam szybciej, a skóra z obszycia aż wżynała mi się w dłonie. Nadal widziałam jego twarz — ten smutek w oczach, ten cichy, ostrożny ton, jakby nawet on nie potrafił znaleźć słów, które złagodziłyby cios, jaki mi właśnie zadał.
Ale nie ma delikatnego sposobu, żeby powiedzieć matce, że jej dziecka już nie ma.
Miał osiem miesięcy.
Osiem miesięcy walki.
Osiem miesięcy nadziei.
Mój synek.
Mój mały wojownik, który przyszedł na świat ze słabymi płucami i drobnymi rączkami, ale z sercem, które ukradło moje w tej samej sekundzie, kiedy wzięłam go pierwszy raz na ręce. Był chory od pierwszego dnia. Jedna infekcja za drugą. Wizyty w szpitalu. Leki. Noce bez snu. Żyłam między firmą a oddziałem intensywnej terapii noworodków, jakbym miała w kieszeni wieczny bilet miesięczny na tę trasę.
A wczoraj w nocy było najgorzej. Znowu nie mógł złapać oddechu, a poziom tlenu spadł niebezpiecznie nisko. Pobiegłam z nim do szpitala w piżamie, tuląc jego rozpalone, maleńkie ciałko do siebie i szeptając mu do ucha, że wszystko będzie dobrze.
Nie było.
Lekarze powiedzieli, że potrzebuje pilnej operacji. Siedziałam sama całą noc na szpitalnym korytarzu, modląc się. Błagając. Trzymając się nadziei tak kurczowo, jakby to była jedyna rzecz, która powstrzymywała mnie przed rozsypaniem się na kawałki.
Zadzwoniłam do Ethana, mojego męża. Powiedziałam mu, co się dzieje. Powiedziałam, że jest poważnie — że tym razem czuję, że to inne. Powiedziałam, że się boję.
Potrzebowałam go. Nasz syn go potrzebował.
Ale nie przyjechał.
Nie odebrał za drugim razem. Ani za trzecim.
A kilka godzin później w końcu odebrał… Jego odpowiedź?
—Jestem zajęty. Ogarnij to i dopilnuj, żeby nic mu się nie stało. — A teraz naprawdę coś mu się stało.
I teraz… oto jestem. Ubrana na czarno. Nie tylko dlatego, że dziś rano pochowałam syna, ale dlatego, że coś we mnie umarło razem z nim.
Powinnam była zostać w domu. Powinnam leżeć w łóżku albo skulić się gdzieś z ostatnim body, które miał na sobie, przyciśniętym do piersi, i płakać tak długo, aż zabrakłoby mi tchu. Ale nie było mi wolno na taki spokój. Nie w tym życiu. Nie wtedy, kiedy miałam firmę do prowadzenia i reputację do utrzymania w całości.
Więc się pojawiłam.
Bo dzisiaj nie był tylko dzień, w którym pochowałam własne dziecko. Dzisiaj był też dzień, w którym jacyś rzekomo „ważni” inwestorzy — według Ethana — mieli się z nami spotkać: jego znajomi, faceci, z którymi gadał od lat, próbując wciągnąć ich do inwestowania w firmę. Mówił, że to kluczowe, żebym tam była. Że nie możemy sobie pozwolić, żeby to spieprzyć.
I nawet żałoba nie była wystarczająco dobrą wymówką.
Nasza firma stoi na skraju Crescent Hollow, miasta, w którym ludzie żyją obok watah — najczęściej w niepewnym rozejmie. To miejsce, gdzie dominację czuje się w powietrzu, a hierarchia znaczy więcej niż przepisy. Widać to w sposobie, w jaki ludzie się poruszają. W ledwie dostrzegalnych skinieniach głów, które sobie posyłamy. W cichych zasadach oddzielających ludzi od wilków.
Samochód zatrzymał się powoli przed budynkiem naprzeciwko naszej firmy — tej, którą zbudowaliśmy razem, choć tylko jedno z nas naprawdę trzymało ją w pionie. To ja prowadzę ją dzień w dzień, a on… robi, co mu się żywnie podoba.
Wciągnęłam głęboko powietrze, otarłam kąciki oczu i wysiadłam. Miasto nie miało zamiaru zatrzymać się z powodu mojego bólu. Słońce i tak wstało. Ulica wciąż wrzała hałasem, pełna mieszaniny ludzi i zmiennokształtnych, którzy biegli za swoimi sprawami. Obok przejechała para wilków w ludzkiej postaci na motocyklach, zostawiając za sobą smugi zapachu — ostre, dzikie, nie do pomylenia.
A ja? Udawałam, że żyję.
Weszłam głównym wejściem. Czułam na sobie spojrzenia. W środku rozmowy urywały się w pół zdania, gdy mnie zauważali. Recepcjonistce zastygła dłoń nad klawiaturą. Oczy jej zaszkliły się, usta lekko się rozchyliły, jakby chciała złożyć kondolencje, tylko nie była pewna, czy jej wolno. Nikt się nie odezwał. Może ze strachu. Może z szacunku. A może dlatego, że nikt nie wie, co powiedzieć kobiecie, która właśnie pochowała swoje dziecko, a mimo to wchodzi do pracy.
Wszyscy już wiedzieli. W Crescent Hollow wieści rozchodzą się szybciej niż ploty na osiedlowej ławce. Pewnie już dawno poszło w miasto, że Riley Grayson — prezeska, człowiek, związana z wysokim rangą wilkiem — straciła dziecko i i tak pojawiła się w pracy kilka godzin po jego pogrzebie.
Nie obchodziło mnie to.
Obcasy stukały o kafelki, kiedy szłam w stronę wind, a każdy krok był cięższy od poprzedniego. Żałoba siedziała mi w klatce piersiowej jak głaz, napierała na żebra, ale trzymałam podniesioną brodę. Plecy proste. Nikt nie zobaczy, jak się rozsypuję.
Nigdy! Jeszcze nie.
Powinnam była iść od razu do sali zarządu. Wiedziałam, że będą czekać. Wiedziałam też, że pewnie szeptali już za zamkniętymi drzwiami, zastanawiając się, jaka wersja Riley pokaże się dziś w pracy.
A jednak skręciłam w stronę skrzydła zarządu, bo musiałam zobaczyć Ethana — choćby na moment.
Sama nie wiedziałam po co. Może szukałam czegoś w jego twarzy. Jakiegoś znaku, że mu zależy. Jakiegoś błysku poczucia winy. A może po prostu chciałam usłyszeć, jak mówi cokolwiek — cokolwiek, co udowodni, że nie tylko ja tonę w tym wszystkim, i co doda mi odwagi, żeby stanąć przed zarządem mimo smutku, który ścisnął całe moje ciało.
Korytarz był cichy, gdy mijałam biura i zatrzymałam się przed jego drzwiami. Dłoń zawisła mi nad klamką, zawahałam się. Serce dudniło w piersi, szybko i głośno, jakby chciało uciec — ale ja nie zamierzałam. Riley Grayson nie ucieka, Riley Grayson walczy.
Wzięłam głęboki oddech, popchnęłam drzwi i weszłam do środka.
Ale nie byłam gotowa na to, co miałam zobaczyć.
