Rozdział 3

Zamknęłam się w łazience. Nawet nie usiadłam na sedesie. Po prostu odkręciłam kran, oparłam ręce o umywalkę i puściłam wszystko.

Najpierw płakałam bezgłośnie. Tak, że trzęsą ci się ramiona, ale nie wydobywa się z ciebie żaden dźwięk. Potem przycisnęłam dłonie do twarzy i się rozpłakałam – nadal cicho, nadal pod kontrolą, bo Amy spała w pokoju obok, a Chloe nie musiała słuchać, jak rozpadam się drugi raz tej samej nocy.

Łzy i glut lały mi się z twarzy. Chwytałam chusteczkę za chusteczką, wycierając się jak najciszej.

Po tym, jak Adam patrzył na mnie dziś wieczorem, na bank mnie nienawidzi. A nawet jeśli nie – nawet jeśli gdzieś tam w nim została jakaś malutka część, która pamięta, co było między nami – to i tak nic nie zmienia. On jest z tej warszawskiej wyższej sfery, stare pieniądze, salony i bale. A ja jestem nikim. Nie miałam najmniejszych szans.

Pukanie do drzwi sprawiło, że zesztywniałam.

– Będziesz tam ryczeć całą noc? – Głos Chloe był miększy niż zwykle. – Czy chowasz się, bo myślisz, że będę się z ciebie nabijać, że jest z ciebie kompletna rozsypka?

Przetarłam oczy jeszcze raz i otworzyłam drzwi. Twarz miałam jak napuchnięta.

Chloe się uśmiechnęła. – No chodź. Zabieram cię w dobre miejsce.

Zmarszczyłam brwi. – Gdzie?

– Rzuty siekierą.

Pokręciłam głową. – Nie. To niczego nie rozwiązuje. Wyładowanie emocji jest chwilowe.

Chloe zarzuciła mi rękę na szyję. – Żartuję. Prawdziwe miejsce jest o niebo lepsze. Zaufaj mi.

– Ale Amy…

– Wrócimy, zanim się obudzi. Obiecuję.


Posprawdzałyśmy okna i zamknęłyśmy drzwi na klucz za sobą.

Dwadzieścia minut później Chloe zatrzymała się przed kamienicą, której nie kojarzyłam. Zadarłam głowę. – Czyje to mieszkanie?

Zadzwoniła kluczem przed moją twarzą. – Zaraz się przekonamy.

– Czekaj. Ty się wyprowadzasz?

Chloe otworzyła drzwi i pchnęła je, nie odpowiadając. – I jak ci się podoba?

Weszłam do środka. Dwa pokoje, łazienka, mały salon. Mieszkanie było świeże, pełne powietrza – białe ściany, jasne drewniane podłogi, duże okna, które w dzień zalewałyby wszystko światłem. Meble już stały: szara kanapa z materiału, stolik kawowy, mały stół z krzesłami, nawet parę doniczek z kwiatami na parapecie. Wszystko czyste, gotowe do wprowadzenia.

– Fajne – powiedziałam powoli. – Ile?

– Tysiąc miesięcznie.

Oczy mi się rozszerzyły. – To naprawdę dobra cena jak na tę okolicę.

– No. – Chloe oparła się o framugę drzwi i przyglądała mi się. – Wiem, że masz wyrzuty, że się u mnie kisiłaś tyle czasu. I byłaś tak zawalona robotą, że nawet nie miałaś kiedy szukać mieszkania. Więc Amy i ja zrobiłyśmy to za ciebie. Stąd masz pięć minut spacerem do Sunny Days.

Zorientowałam się, że się ruszam, dopiero gdy już rzuciłam jej się na szyję. Cmoknęłam ją trzy razy w policzek, jeden po drugim. – Chloe! Kocham cię!

Roześmiała się, ścierając policzek wierzchem dłoni. – Dobra, dobra. Umazałaś mnie szminką. Teraz będę musiała zmywać twarz jeszcze raz, jak wrócimy.

Złapałam ją za ręce i potrząsnęłam nimi, szczerząc się jak głupia. – Sama ci zmyję. Nie będziesz musiała się nawet ruszać.


Następnego ranka obudziłam się wcześnie i zaczęłam się pakować.

Chloe i Amy nadal spały. Poruszałam się cicho po mieszkaniu, składając ubrania i ustawiając kartony. Całe moje życie mieściło się w trzech torbach sportowych i dwóch kartonach. Żałosne, może. Ale też jakby… uwalniające.

W połowie roboty usłyszałam małe stópki tupiące po podłodze.

Amy zataczając się wyszła z sypialni, przecierając oczy. Kiedy mnie zobaczyła, cała się rozpromieniła. Wpadła prosto w moje ramiona.

– Mamusiu! Tak strasznie za tobą tęskniłam!

Przykucnęłam i przycisnęłam policzek do jej policzka.

– Jak ci się spało, kotku?

– Super. Nawet śniło mi się, że wróciłaś i dałaś mi buzi na dobranoc.

Uśmiechnęłam się.

– Głodna?

– Tak, poproszę.

– Idź umyć ząbki i buzię. Zrobię śniadanie.

– Dobrze! – Podskakując, pobiegła do łazienki.


Zanim Chloe zwlekła się z łóżka – z włosami sterczącymi we wszystkie strony – ja miałam już wszystko spakowane, a Amy wylizała talerz po jajecznicy do czysta.

Chloe mrugnęła na widok sterty toreb przy drzwiach.

– O ja pierniczę. Szybko się uwijasz.

– Zrobiłam ci śniadanie. Jest na blacie.

– Dzięki. – Chwyciła kromkę tostu i zadzwoniła kluczami od auta. – I jak niby planowałaś przewieźć to wszystko bez mojego samochodu?

Po prostu na nią popatrzyłam.

Pokręciła głową, przeżuwając.

– Dobra, chodź. Jedziemy.


Chloe pomogła mi wtaszczyć wszystko do nowego mieszkania. Kiedy ostatni karton wylądował w środku, podwiozła mnie do biura, a potem zabrała Amy do „Słonecznych Dni”.

Resztę dnia spędziłam zakopana w excelach i telekonferencjach, ale myśli ciągle odpływały.

Nowe mieszkanie. Nowy start. Może w końcu zaczyna się układać.


Kiedy wyszłam z pracy, niebo było już zupełnie czarne. Lało jak z cebra, strugi deszczu bębniły o chodnik i zamieniały ulice w rwące potoki.

Stałam pod daszkiem przed Garrison Industries, trzymając parasolkę pod kątem, żeby osłonić się przed wiatrem, który wciskał deszcz pod spód. Każde przejeżdżające auto chlapało falą wody na chodnik. Spodnie miałam już mokre do połowy łydki.

Spróbowałam złapać przejazd przez telefon. Uber: cena w szczycie, mnożnik 3,2. Bolt niewiele lepiej.

Pieprzyć to. Ruszyłam w stronę przystanku autobusowego, oddalonego o jakieś półtora kilometra.

Obok mnie zatrzymało się srebrne Audi A8.

Szyba opuściła się. W oknie pojawiła się twarz Juliana – ostre kości policzkowe, ten jego wrodzony urok, jakby nawet ta pogoda go nie dotyczyła.

– Wsiadaj.

Machnęłam ręką.

– Serio, Julian, dam radę. Pojadę autobusem.

– W taką ulewę? W godzinach szczytu? – Uniósł brew. – Zanim łaskawie przyjedzie autobus, zdążysz zjeść kolację i wrócić.

Zawahałam się. Musiałam jeszcze odebrać Amy od Chloe. Czas leciał.

– No dobra. – Wgramoliłam się na miejsce pasażera, strzepując wodę z płaszcza.

Julian włączył się do głównej ulicy. Ledwo zdążyliśmy wjechać w ruch, gdy obok przemknął Aston Martin, rycząc silnikiem tak głośno, że aż drgnęłam. Przeciął nam drogę tak blisko, że serce podskoczyło mi do gardła. Kierowca wcisnął klakson i pomknął dalej, wzbijając ścianę wody, która walnęła w maskę Juliana.

Julian wcisnął hamulec. Mocno.

– Chryste Panie – burknął, włączając wycieraczki na najwyższe obroty.

Spojrzałam w lusterko wsteczne, łapiąc jeszcze kawałek tablicy rejestracyjnej, zanim auto zniknęło w deszczu. W Bostonie ktoś, kto jeździ Astonem Martinem w taki sposób – bezczelnie, jak święta krowa, nie do ruszenia – musiał mieć naprawdę grube pieniądze.

Szczęka Juliana była zaciśnięta, ale nic już nie powiedział. Tylko pokręcił głową.

– Tak jeździć przy takiej ulewie – mruknął pod nosem. – Tym bananom się chyba wydaje, że mają życie za dobre, żeby je stracić. Normalnie proszą się o śmierć.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział