Rozdział 3 Znajdź ją

ADRIANA

Upuściłam tacę w kuchni i popędziłam do swojego pokoju. Gdy tylko zamknęłam drzwi, puściły mi hamowane dotąd łzy; osunęłam się na podłogę, kompletnie pokonana.

— Yara! Yara! — zawołałam, ale nie doczekałam się odpowiedzi.

W tej chwili przyjęłabym jakiekolwiek pocieszenie, byle tylko je dostać, ale nie było nic. Ból był zbyt wielki, żeby go unieść. Ludzie, o których myślałam, że staną po mojej stronie, z zadowoleniem knuli przeciwko mnie za moimi plecami.

Lisa, moja własna siostra. Może nigdy się tak nie zachowywała, ale wciąż była moją siostrą.

Mój ojciec.

Mój chłopak. Ufałam mu bardziej niż komukolwiek.

A teraz Yara. Czy naprawdę sądziłam, że ktoś, kogo poznałam dopiero dzisiaj, będzie mi wierny, skoro ludzie, których znałam całe życie, mnie nienawidzili?

Wszyscy mnie zostawili, żebym sama mierzyła się z życiem.

Jedyna osoba, która mogła mi pomóc, już dawno odeszła.

Przed oczami mignęło mi wspomnienie ostatniej rozmowy z mamą, na chwilę przed jej śmiercią.

— Zawsze bądź sobą, Adriana. Nigdy nie wylewaj łez nad ludźmi, którzy na nie nie zasługują. Serce powie ci, dokąd iść, zaprowadzi cię we właściwe miejsce.

Czasem zastanawiam się, czy mama wiedziała, ile będę cierpieć i płakać, ale jej słowa wystarczyły, żebym się podniosła.

Skoro oni potrafili planować, ja też mogłam.

Miałam dość Lisy i jej podłości. To była kropla, która przelała czarę. Wstałam z podłogi, otrzepałam się z kurzu i spojrzałam na siebie w lustrze.

Lisa i reszta nie były warte moich łez.

Sięgnęłam pod łóżko i wyciągnęłam małą torbę z pieniędzmi. Ukrywałam ją od dawna, czekając na dzień, kiedy będę w nagłej potrzebie i wreszcie będę mogła z niej skorzystać.

Dzisiaj był ten dzień.

Szybko upychając do torby te nieliczne rzeczy, które miałam, skompletowałam najpotrzebniejsze drobiazgi, które pomogą mi w mojej misji. W końcu miałam zrobić odważny krok i uciec.

Nie pozwolę, żeby gorycz Lisy zrujnowała mi życie, tak jak ona sobie tego życzy. Tymczasem wytyczyłam drogę ucieczki, biorąc pod uwagę każdy czynnik, który mógłby zniweczyć plan.

Usłyszałam kroki na korytarzu.

— Adriana!

Głos Lisy — piskliwy i wściekły.

Musiała znaleźć porzuconą tacę po kawie w kuchni.

Serce waliło mi w piersi. Rozejrzałam się gorączkowo. Zatrzymałam wzrok na oknie. Mogłam uciec przez okno.

Kroki były coraz bliżej.

Chwyciłam torbę i podbiegłam do okna, otwierając je tak cicho, jak tylko potrafiłam. Drzewo rosło na tyle blisko, że dało się do niego dosięgnąć.

Klamka zagrzechotała.

— Adriana! Otwórz te drzwi natychmiast!

Nie zawahałam się. Wspięłam się na parapet i wysunęłam przez okno, z drżącymi rękami sięgając po najbliższą gałąź. Torba przeszkadzała, ale zdołałam się jej chwycić i huśtając się, przyciągnęłam do pnia.

Usłyszałam trzask otwieranych drzwi.

— Gdzie, do cholery—

Nie czekałam, aż dokończy. Zjechałam z drzewa, w połowie się wspinając, w połowie spadając, i twardo uderzyłam o ziemię. Ból przeszył mi kostkę, ale się nie zatrzymałam.

— ZNAJDŹCIE JĄ! — krzyk Lisy odbił się echem za mną. — NIE POZWÓLCIE JEJ UCIEC!

A potem, kiedy nadszedł odpowiedni moment, wykonałam swój ruch.

Był wieczór i wiedziałam, że o tej porze tylne drzwi domu zostają otwarte, bo właśnie wtedy strażnicy zmieniali warty.

Najpierw musiałam przejść przez salon tak, żeby nikt mnie nie zobaczył. Kiedy to się udało, obejrzałam się za siebie po raz ostatni, zanim wyszłam w chłodny, wieczorny podmuch wiatru.

To było to. Wreszcie to robiłam, ale nie potrafiłam się w pełni cieszyć, bo największą przeszkodą było przedostanie się przez granicę.

Zaczęłam biec, gdy tylko oddaliłam się trochę od domu. Mimo że brakowało mi tchu i dźwigałam ciężką torbę, nie zatrzymałam się.

Nie minie dużo czasu, zanim ktoś zauważy, że zniknęłam, bo Lisa bez przerwy wołała mnie do jednej rzeczy albo drugiej. A gdy tylko zorientuje się, że mnie nie ma, wyśle wszystkich strażników, żeby mnie szukali. Musiałam się wydostać — i to szybko.

Oddech rwie mi się w nierówne, szarpane hausty, kiedy stopy dudnią o ziemię, pchając mnie naprzód przez gęsty las, a liście szeleszczą przy każdym pośpiesznym kroku.

Serce waliło mi w piersi. Strach mieszał się z dreszczem na myśl, że mogę uciec — i to właśnie pchało mnie dalej.

Słyszę, jak wiatr świszcze mi w uszach, niosąc zapach wilgotnej ziemi i sosny. Mięśnie płoną, ale ignoruję ból, skupiając się na rytmie biegu, dudnieniu serca i dźwięku oddechu, który miesza się z szelestem liści i odległymi ptasimi nawoływaniami.

Czuję chropowatość podłoża pod butami; każdy korzeń i kamień to wyzwanie, ale napędza mnie siła, której nie umiem nazwać — coś, co każe mi cisnąć mocniej, biec szybciej i zostawić wszystko za sobą.

Zapadła noc, a księżyca nigdzie nie było, więc właściwie szłam w ciemności. Nie widziałam dobrze ziemi przed sobą, ale i tak parłam naprzód, muskając dłonią pnie drzew, żeby się prowadzić.

Wtedy się potknęłam.

Korzeń, kamień — nie wiedziałam, co to było. Ale runęłam ciężko, dłonie rozorując leśne poszycie. Dłoń znów rozcięła mi się na ostrym kamieniu.

Zerwałam się na nogi, przyciskając rękę do koszuli, próbując zatamować krwawienie, ale było już za późno. Krople krwi znaczyły ziemię za mną.

Nie. Nie, nie, nie.

Biegłam dalej, ale wiedziałam. Wiedziałam, że teraz będą mogli mnie wytropić. Krew zaprowadzi ich prosto do mnie jak latarnia.

„Yara!” zawołałam rozpaczliwie w myślach. „Yara, proszę! Potrzebuję cię!”

Cisza.

Przyspieszyłam, płuca paliły mnie żywym ogniem, ale skaleczona dłoń zostawiała krew na każdym drzewie, którego chwytałam się, żeby utrzymać równowagę. Boże, jaka ja byłam głupia.

Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Nie mogłam tak biec bez końca.

Zobaczyłam coś. Jakąś konstrukcję. Chatkę?

Nie miałam wyboru. Pobiegłam w tamtą stronę, modląc się, że zdołam się ukryć, że znajdę coś, czym owinę rękę, że—

Silne dłonie złapały mnie od tyłu.

Krzyknęłam.

— Mam ją!

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział