Rozdział 4 Eliasz

ADRIANA

Rzucono mnie na ziemię, a powietrze wyleciało mi z płuc. Zanim zdążyłam się odczołgać, już byli na mnie. Trzech. Strażnicy, których rozpoznawałam.

– Głupia suko. – Jeden z nich chwycił mnie za włosy i szarpnął, odginając mi głowę do tyłu. – Naprawdę myślałaś, że uciekniesz? Zostawiłaś za sobą krwawy ślad, który wywęszyłby nawet ślepy wilk.

– Proszę…

– Zamknij się.

Wlekli mnie w stronę chaty. Jeden z nich kopniakiem wyważył drzwi i zaciągnęli mnie do środka.

Na środku izby stało stare drewniane krzesło.

– Zwiążcie ją.

– Nie! Nie, proszę…

Jeden z nich uderzył mnie z liścia w twarz. Przed oczami eksplodowały mi gwiazdy.

– Powiedziałem: zamknij się.

Wcisnęli mnie na krzesło. Szorstka lina wżynała mi się w nadgarstki, gdy wiązali mi ręce za oparciem. Kolejna owinęła kostki, przywiązując je do nóg krzesła. Szarpałam się i walczyłam, ale to nie miało sensu. Żadnej wilczej siły. Żadnej Yary. Tylko ja – słaba i bezbronna.

– To ją utrzyma. – Jeden z nich cofnął się, podziwiając swoją robotę. – Alfa kazał przyprowadzić ją z powrotem. Nie powiedział, że ma jej być wygodnie.

Roześmiali się.

Drzwi znów się otworzyły i wiedziałam, kto to jest, zanim jeszcze się odezwała.

– No proszę, proszę, proszę. – Lisa weszła do środka z tym okrutnym uśmiechem na twarzy. – Spójrz na siebie.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na nią beznamiętnie. Nie chciałam wierzyć, że naprawdę jestem z nią spokrewniona.

Podeszła bliżej, krążąc wokół mnie jak drapieżnik. – Naprawdę myślałaś, że uciekniesz? Zostawiając za sobą dosłowny krwawy ślad? Jesteś jeszcze głupsza, niż sądziłam.

– Puść mnie, Liso.

– Puścić cię? – Zaśmiała się. – Och, Adriano. Wciąż nie rozumiesz, prawda? Jesteś moja. Zawsze byłaś moja, żebym mogła zrobić z tobą, co tylko zechcę.

Zatrzymała się przede mną i pochyliła tak, że jej twarz była kilka centymetrów od mojej.

– Wiesz, co Ojciec zrobi, kiedy cię sprowadzimy? Odda cię Królowi Lykanów, dokładnie tak, jak planowaliśmy. A ten potwór będzie cię używał, aż nic z ciebie nie zostanie.

– Przynajmniej będę daleko od ciebie.

Słowa wyrwały mi się, zanim zdążyłam je powstrzymać.

Oczy Lisy błysnęły wściekłością. Poruszyła ręką tak szybko, że poczułam ją dopiero wtedy, gdy policzek przeszył trzask, a moja głowa odskoczyła w bok. Ból eksplodował mi na twarzy.

– Niewdzięczna suko! – Uderzyła mnie znowu, mocniej. – Po wszystkim, co zrobiłam…

– Co zrobiłaś? – Wyplułam krew z ust. – Poza torturowaniem mnie i zabieraniem mi wszystkiego?

Kolejny policzek. Ten rozciął mi wargę.

– Zamknij się! Zamknij się, zamknij się, zamknij się! – Teraz biła mnie przy każdym słowie, otwartą dłonią, a moja twarz paliła żywym ogniem. – To ty zabrałaś mi wszystko! Matka kochała ciebie bardziej! Wszyscy zawsze kochali ciebie bardziej! Biedna mała Adriana, taka słodka, taka idealna…

– To nieprawda…

– TAK, TO PRAWDA! – Złapała mnie za twarz, a jej paznokcie wbiły mi się w policzki. – A teraz masz wilka, co? Czuję to po tobie. Mogę to wywęszyć. W końcu dostałaś swojego cennego wilka, podczas gdy ja na wszystko musiałam zapracować!

Skąd ona wiedziała? Jak mogła to wyczuć?

– Ja… ja nie wiem, o czym mówisz.

Uderzyła mnie znowu, tym razem grzbietem dłoni. Poczułam, jak ząb rozcina mi wnętrze policzka.

– Nie okłamuj mnie! – uderzyła mnie znowu. I jeszcze raz. – Czuję tę zmianę! Wreszcie się przemieniłaś i myślałaś, że uciekniesz? Myślałaś, że teraz jesteś już dość silna?

Od bólu obraz mi się rozmazywał. Twarz miałam jak w ogniu. Ale nie zamierzałam płakać. Nie zamierzałam dać jej tej satysfakcji.

– Będę się rozkoszować tym, jak Król Likanów cię złamie – syknęła mi do ucha Lisa. – Będę się rozkoszować świadomością, że cierpisz. Może nawet wpadnę z wizytą, żeby zobaczyć, co z ciebie zostało.

Uniósła rękę, żeby uderzyć mnie ponownie.

Po domku poniósł się warkot.

Lisa znieruchomiała z ręką wciąż uniesioną.

Warkot rozległ się znowu, tym razem bliżej. Od jego siły zadrżały szyby w oknach.

– Co do cholery… – zaczął jeden ze strażników.

Drzwi eksplodowały do środka.

Dosłownie rozprysnęły się na zawiasach, kiedy wpadł przez nie ogromny czarny wilk.

Strażnicy nawet się nie zawahali. Przemienili się i uciekli, w panice wybijając okna, byle tylko się wydostać.

Lisa cofnęła się chwiejnym krokiem, blada jak ściana. – Nie, nie, nie…

Czarny wilk wbił w nią spojrzenie. Lisa rzuciła się do ucieczki.

Wilk pozwolił jej uciec, a jego uwaga przeniosła się na mnie.

Wcisnęłam się w oparcie krzesła, na ile pozwalały mi liny, serce waliło mi jak młot. Był olbrzymi. Większy niż jakikolwiek wilk, jakiego kiedykolwiek widziałam, łącznie z moim ojcem. Jego czarna sierść lśniła nawet w przyćmionym świetle, a oczy miał skupione i zabójcze.

Zaczął krążyć wokół mnie powoli, stawiając bardzo ostrożne kroki, przyglądając mi się uważnie.

– P-proszę, nie z-zabijaj mnie. Proszę. – Nie wiedziałam, kiedy te jąkające się słowa wydostały mi się z ust.

Nigdy wcześniej nie musiałam błagać o życie, ale byłam pewna, że idzie mi to fatalnie. Zamarłam, nawet przestałam oddychać, kiedy podszedł bliżej i mnie obwąchał.

Może jeśli będzie wiedział, że też jestem wilkiem, takim jak on, puści mnie wolno.

– Też jestem wilkiem. Jestem córką Alfy.

Cofnął się odrobinę, przechylając łeb, jakby to rozważał.

Potem się przemienił. A cokolwiek miałam powiedzieć dalej, ugrzęzło mi w gardle, bo widziałam wszystko.

Jego idealnie wyrzeźbione ciało, zarysowane mięśnie brzucha, każdy mięsień i każdą żyłę, i jeszcze jego… tam na dole.

Szybko odwróciłam głowę, policzki paliły mnie mimo wszystko. To było największe, jakie kiedykolwiek widziałam, choć nie żebym widziała ich tak wiele.

Musiał zauważyć moje zakłopotanie, bo wzruszył ramionami.

– Myślałem, że mówiłaś, że jesteś wilkiem? Żaden wilk nie ma problemu z nagością. Powinnaś już być do tego przyzwyczajona.

Walczyłam ze sobą, żeby oczy nie poleciały mi tam, kiedy przeszedł za moje plecy.

Poczułam jego dłonie na linach krępujących moje nadgarstki. Jedno mocne szarpnięcie i pękły.

– Kim ty właściwie jesteś? – zapytałam, gdy schylił się, żeby rozwiązać liny na moich kostkach.

– Kimś, kto usłyszał twój krzyk. – skończył z linami i cofnął się o krok. – Dasz radę stać?

Spróbowałam. Nogi mi drżały i po tym biegu, po tym biciu i po tym strachu ledwo zdążyłam się wyprostować, zanim ugięły się pode mną kolana.

Złapał mnie, zanim uderzyłam o ziemię.

– Spokojnie. – Jego głos był zaskakująco łagodny. – Jesteś bezpieczna. Już ich nie ma.

– Kim… kim jesteś?

Spojrzał na mnie z góry, a jego zielone oczy płonęły intensywnością.

– Mam na imię Elijah.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział