Rozdział pierwszy: Pętla

Ivy

W chwili, gdy Alfa Brian mnie wezwał, coś mi się od razu nie spodobało.

On mnie nigdy nie wzywał. Ba, on ledwo zauważał, że w ogóle istnieję, chyba że po to, żeby mi przypomnieć, że nigdy nie będę dość dobra.

Zdobycie tytułu żeńskiej Gammy było cudem – takim, za który trzeba krwią zapłacić.

Trenowałam mocniej, dłużej, ostrzej niż ktokolwiek, tylko po to, żeby ktoś wreszcie na mnie spojrzał.

Kłykcie miałam porozcinane od słupów treningowych, aż do żywej, palącej skóry.

Mięśnie wyły z bólu po porannych przebieżkach, gdy reszta watahy jeszcze smacznie spała.

Szarpnęłam się po każdy okruch uznania.

A na końcu został mi tylko tytuł.

Nie funkcja.

Nie zaufanie.

Tylko pusta korona, która ze mnie drwiła.

Brian zadbał o to osobiście.

Każda misja, która naprawdę się liczyła, trafiała do kogoś innego.

Każda narada strategiczna kończyła się, zanim zdążyłam dojść do drzwi.

Każde posiedzenie rady – mój głos urywał się, zanim w ogóle zdążył wybrzmieć.

– I tak byś zawaliła – rzucał, a każde słowo było jak kropla jadu, sącząca mi się w żyły.

Gamma z nazwy.

Widmo w praktyce.

Nixon, męska Gamma, nie pozwalał mi o tym zapomnieć.

Jego uśmieszek mówił wszystko, czego nie musiały wypowiadać jego usta: Nie pasujesz tu. Nie jesteś stąd.

Może miał rację. Może ta droga nigdy nie była dla mnie.

Ale co mi niby zostało?

Urodziłam się jako Mooncrest, a to nazwisko było przekleństwem od dnia, w którym mój ojciec zdradził swojego Alfę i przypłacił to życiem.

Gdyby na tym się skończyło, może by nas oszczędzono.

Ale hańba nie umiera z winny­m.

Spływa w dół, po całej linii krwi, brudząc każdego, kogo dotknie.

Moja matka, mój brat i ja żyliśmy w tym cieniu od tamtej pory, napiętnowani za grzechy, które nie były nasze.

Gdyby Brian miał wybór, wyrzuciłby mnie z watahy lata temu.

Więc kiedy bez uprzedzenia wezwał mnie do swojego gabinetu, bez słowa wyjaśnienia, od razu się spiąłem.

Serce waliło jak młot. Myśli pędziły na złamanie karku.

Czy ktoś wreszcie znalazł pretekst, żeby mnie dobić na dobre?

Weszłam, gotowa na wszystko.

Na wszystko.

Poza nadzieją.

Brian nie podniósł się zza biurka. Nawet nie spojrzał na mnie porządnie.

Tylko rzucił na mnie okiem – to jego chłodne, obojętne spojrzenie cięło ostrzej niż otwarta nienawiść.

– Dzień dobry, Alfo – powiedziałam, głos miałam napięty, a ciało wyprostowane jak włócznia.

Krótki skinieniem głowy. Nic więcej.

Kiedyś by się uśmiechnął.

Kiedyś pokonałby ten dystans między nami jednym krokiem, przyciągnął mnie do siebie, a jego szept musnąłby moją skórę, gdy pod księżycem obiecywał mi „na zawsze”.

Kiedyś marzyliśmy na głos – on jako przyszły Alfa, ja jako jego Luna.

Para związana nie tylko przeznaczeniem, ale i wyborem.

Te marzenia roztrzaskały się w noc, gdy zginął jego ojciec.

Roztrzaskane ręką mojego ojca.

Od tamtej chwili Brian mnie wymazał.

Przepisał historię tak, jakby nas nigdy nie było.

Miłość, która kiedyś należała do mnie, przelał w kogoś innego, jakbym była tylko tymczasowym zastępstwem przed „tą właściwą”.

Udawać, że nigdy nic nie znaczyłam, było mu po prostu łatwiej.

Ja nie miałam tego luksusu.

– Ivy – odezwał się w końcu, ton ostry, lodowaty. – Zostajesz przydzielona do ACSC. Tajna operacja, akcja pod przykrywką.

Po prostu tak. Bez przygotowania. Bez wyjaśnienia.

Komitet Bezpieczeństwa Rady Alfa?

Elita. Poziom nie do ruszenia dla takiego wilka jak ja.

Nawet doświadczeni oficerowie modlili się o choćby cień szansy na robotę dla KBRA. A ja? Mnie nie zaufano z ani jedną misją od lat.

Jeśli to był żart, to wyjątkowo okrutny.

Jeśli nie – to czyste szaleństwo.

To Beta powinna zostać wybrana. Emily, ze swoim nienagannym dossier i wzorowym rodowodem, powinna zostać wybrana. Ktokolwiek, byle nie ja.

– Będziesz pracować pod przykrywką w Obsidianie – ciągnął Brian, wjeżdżając ciężko przez moje milczenie. – Jako tancerka.

Te słowa uderzyły mocniej niż nóż w brzuch.

Obsidian.

Żołądek mi się skręcił, jakby spadł kilka pięter w dół.

To miejsce nie było zwykłym klubem; to było królestwo cieni. Nora, gdzie bogaci, wpływowi i zepsuci mieszali się w dymie, pożądaniu i niebezpiecznych sekretach. Nawet jego nazwa szeptana była jak przekleństwo.

Obsidian należał do Braci Thorn.

Puls mi zahuczał w uszach. Thornowie nie byli tylko alfami; byli drapieżnikami w jedwabiu, mężczyznami, którzy nie zabijali wrogów – oni ich wymazywali.

Wysłać mnie tam, to nie było zlecenie. To był wyrok śmierci.

– Masz zbadać Braci Thorn – powiedział Brian, tonem twardym jak wyrok sądu. – Zbierz wszystko, co się da. Raportuj tylko swojemu opiekunowi z KBRA.

Protest wyrwał mi się, zanim zdążyłam go przełknąć.

– Nie może pan mówić poważnie.

Jego oczy zwęziły się, ostre jak lodowe odłamki pod rzęsami.

– Z całym szacunkiem, Alfie – naciskałam, wpychając w głos resztki kontroli – ta operacja wymaga profesjonalisty. Nie miałam ani jednej misji od czasu, gdy zdobyłam rangę. Nie mam doświadczenia. Beta Emily…

Jego warkot przeciął powietrze jak grom, aż szyby zadźwięczały.

– Kto zrobił z ciebie Alfę?

Oddech mi stanął. Nie istniała odpowiedź, która mogłaby mnie uratować.

– Przysięgałaś służyć bez pytania – syknął, głosem ostrym jak brzytwa. – A teraz śmiesz mi dyktować?

Podniósł się z fotela, a jego cień pochłonął mój w całości.

Oczy mu płonęły. Już nie miłością. Nie teraz. Tylko latami tłumionej furii.

– Powiedziałem ci kiedyś, żebyś znalazła sobie coś pożytecznego w życiu – powiedział cicho, złowieszczo. – Ale ty uczepiłaś się swoich bajeczek o honorze, mamrotałaś o odkupieniu. Nazwisko ojca. Jego grzech. Jego zdrada.

Wyszczerzył się pogardliwie. – No to masz swoją szansę. A ty, jak bezużyteczny kundel, którym jesteś, błagasz, żebym wysłał kogoś innego.

Gardło mi się zacisnęło, jakby ktoś wsunął we mnie żelazną obręcz.

– Jeśli odmówisz – ciągnął dalej, powoli, dobitnie, jadowicie – tracisz rangę. I dopilnuję, żeby nazwisko Mooncrest zniknęło z tego stada na zawsze. Twoja rodzina zostanie wygnana. Twoja matka. Twój brat. Bez dachu nad głową. Bez ochrony. Zwierzyna na otwartym terenie.

Cisza, która po tym zapadła, była cięższa niż sama wściekłość.

Wtedy zrozumiałam.

To nie była szansa. To nie było odkupienie.

To była kara.

On nie dawał mi misji.

On wciskał mi pętlę

i patrzył, czy odważę się ją sama zacisnąć.

Następny Rozdział