Rozdział 10

Punkt widzenia Avii

Damon Lester.

Wszedł na polanę, jakby do niego należała. Czarny trzyczęściowy garnitur, który pewnie kosztował więcej niż mój samochód. Bez krawata. Górny guzik koszuli rozpięty, odsłaniał skrawek bladego gardła. Jego platynowoblond włosy były krótsze, niż zapamiętałam, zaczesane do tyłu z czoła.

Tłum zareagował natychmiast. Rozmowy urwały się w pół zdania. Alfy wyprostowali się. Luny posłały swoje najbardziej czarujące uśmiechy. Nawet wyraz twarzy Victorii się zmienił — stał się bardziej uniżony, bardziej ostrożny.

To była władza. Prawdziwa władza. Taka, która nie potrzebowała się ogłaszać.

Zapomniałam, jak się oddycha.

Bo byłam już z tym mężczyzną w jednym pokoju. Pozwoliłam mu się dotykać. Wydawałam dźwięki, jakich nigdy wcześniej nie wydawałam, kiedy on—

Nie. Przestań.

Drżały mi ręce. Przycisnęłam je do sukienki, próbując się uspokoić.

Zachwiałam się do tyłu, a obcas o coś zahaczył.

Doktor Harper złapał mnie za łokieć. — Pani Cross?

Prawie nie czułam jego dotyku.

Damon przeciskał się teraz przez tłum, a Victoria i kilka innych Alf zbiegało się do niego jak ćmy do ognia. Rozmawiali, gestykulowali, ale nie słyszałam słów przez szum w uszach.

Nie patrz na mnie. Proszę, nie patrz na mnie.

Ale nawet kiedy o tym pomyślałam, wiedziałam, że to daremne.

Bo jego spojrzenie już sunęło po polanie. Metodyczne. Oceniające. Jakby katalogował każdego obecnego wilka, odkładając go w pamięci na później.

Jego wzrok przesunął się ponad stołami z jedzeniem. Minął grupkę Lun przy fontannie z szampanem. Minął—

Zatrzymał się.

Na mnie.

Zastygłam.

Przez dwie sekundy — może trzy — nasze spojrzenia były ze sobą splecione. Wyraz jego twarzy się nie zmienił. Żadnego rozpoznania. Żadnego zaskoczenia. Nic.

Tylko to chłodne, analityczne spojrzenie.

Potem odwrócił wzrok.

Jakbym była nikim. Jakbym nie istniała.

Kolana niemal się pode mną ugięły.

Nie poznaje mnie.

Ulga i coś jeszcze — coś, czego nie chciałam nazywać — uderzyły we mnie z równą siłą.

— Avia!

Odwróciłam się, a moje ciało poruszyło się jak na autopilocie.

Alexander.

Szedł w moją stronę z przeciwnej strony polany, z twarzą rozjaśnioną tym fałszywym ciepłem, które tak dobrze potrafił odgrywać publicznie. Jego granatowy garnitur był nieskazitelny. Ciemne włosy idealnie ułożone.

A obok niego—

Mira.

Miała na sobie ciemnoczerwoną suknię, która opinała każdą krągłość. Jej złociste włosy spływały miękkimi falami na jedno ramię. Wyglądała jak fantazja każdego mężczyzny — piękna, wytworna, nietykalna.

Kobieta z klatki schodowej. Kobieta, której głos słyszałam, kiedy błagała Alexandra, żeby mnie zostawił.

Ale tutaj, przed Watahą, była kimś zupełnie innym.

Dłoń Alexandra spoczywała na dole jej pleców, kiedy podchodzili. Właścicielska. Poufała.

— Wszyscy — powiedział, a jego głos poniósł się do stojących w pobliżu wilków. — Chciałbym, żebyście poznali Mirę. Właśnie dołączyła do Blackcliff Corporation jako nasza nowa sekretarka zarządu.

Sekretarka zarządu.

Ten tytuł był tak przyziemny, że aż śmieszny. Jak nazwanie kochanki „osobistą asystentką”.

Mira uśmiechnęła się do zgromadzonych wilków, z potulnym wyrazem twarzy. — Wspaniale was wszystkich poznać.

Kilka Lun uśmiechnęło się w odpowiedzi. Jeden z młodszych Alf — ktoś z Watahy Harveyów, jak sądziłam — wystąpił naprzód, żeby uścisnąć jej dłoń.

Obserwowałam to wszystko z mojego krzesła, czując się tak, jakbym patrzyła na tę scenę przez szybę.

Właśnie to robią. Normalizują ją. Sprawiają, że staje się częścią krajobrazu.

Spojrzenie Alexandra odnalazło moje po drugiej stronie polany. Przez sekundę coś zamigotało w jego oczach — poczucie winy? troska? — ale zniknęło, zanim zdążyłam mieć pewność.

Nie podszedł do mnie.

Mira też nie.

Po prostu stali tam, przyjmując gratulacje i życzenia, jakby była pełnoprawnym dodatkiem do rodzinnego interesu.

Powinnam była coś poczuć. Wściekłość. Upokorzenie. Cokolwiek.

Ale byłam odrętwiała.

Bo po drugiej stronie polany Damon Lester rozmawiał z Victorią, z wyrazem twarzy nie do odczytania. A ja potrafiłam myśleć tylko o ciężarze jego ciała, które wciskało mnie w hotelowe prześcieradła. O dźwięku jego oddechu przy moim uchu.

O dziecku rosnącym we mnie.

— Alfa Lester.

Głos Alexandra przeciął moje myśli.

Podniosłam wzrok.

Szedł teraz w stronę Damona, a Mira wciąż była u jego boku. Jego postawa była inna — bardziej wyprostowana, bardziej agresywna. Alfa rzucający wyzwanie Alfie.

Tłum też to wyczuł. Rozmowy ucichły. Wilki odwróciły się, żeby patrzeć.

Alexander zatrzymał się kilka stóp od Damona, a jego uśmiech był ostry. — Słyszałem, że rzadko bywasz na takich wydarzeniach. Co cię dziś wieczorem sprowadza?

Wyraz twarzy Damona się nie zmienił. — Interesy.

— Interesy. — Uśmiech Alexandra się poszerzył. — Na Polowaniu?

— Okazje nie pracują od dziewiątej do piątej.

Kilka wilków zachichotało. Ale napięcie nie opadło.

Oczy Alexandra zwęziły się odrobinę. — Skoro już tu jesteś… czemu by nie wziąć udziału? Minęły lata, odkąd widzieliśmy, co alfa z watahy Lesterów potrafi w terenie.

Wyzwanie było nie do przeoczenia.

Victoria zrobiła krok naprzód, z wyrazem twarzy starannie neutralnym. — Alexander—

— Dziesięć odznak — ciągnął Alexander, ignorując ją. — Kto pierwszy znajdzie dziesięć odznak, wygrywa. Chyba że wolisz to odpuścić?

Na polanie zapadła teraz całkowita cisza.

Damon patrzył na Alexandra przez dłuższą chwilę. Potem jego wzrok przemknął obok niego — krótko, tak krótko, że niemal tego nie zauważyłam — w stronę miejsca, gdzie siedziałam.

Serce mi stanęło.

Potem znów spojrzał na Alexandra.

— Dobrze.

Jedno słowo. Płaskie. Ostateczne.

Ale tłum wybuchł.

Wilki zaczęły przekrzykiwać się nawzajem, a podekscytowanie przetoczyło się przez polanę jak elektryczność. Dwóch najpotężniejszych Alf w San Loris, rywalizujących bezpośrednio. O takich rzeczach ludzie mieli mówić miesiącami.

Siedziałam jak sparaliżowana na krześle, dłonie zaciskałam na podłokietnikach tak mocno, że kostki mi zbielały.

On wchodzi do lasu.

Alexander wchodzi do lasu.

A ja miałam po prostu tu siedzieć i patrzeć.

Doktor Harper pochylił się, jego głos był cichy. — Pani Cross, jest pani pewna, że wszystko w porządku? Trzęsie się pani.

Trzęsłam się.

Całe ciało mi drżało.

Bo gdzieś z tyłu głowy zaczęła formować się przerażająca myśl.

Co, jeśli tam na nich wpadną? Co, jeśli Alexander coś powie? Co, jeśli Damon—

Ucięłam tę myśl.

To nie miało znaczenia.

Nic z tego nie miało znaczenia.

Musiałam tylko przetrwać ten wieczór. Dotwać do końca tego Polowania, wrócić do posiadłości i wymyślić, co do cholery mam zrobić.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział