Rozdział 1 Chwyć i odejdź

BEATRICE

Nowe doświadczenia podobno miały wychodzić człowiekowi na dobre, ale Beatrice miała poważne wątpliwości, czy da się to w ogóle zastosować do jej aktualnej sytuacji.

Wszystko zaczęło się od tego, że ktoś capnął ją z ulicy i wepchnął do czekającego samochodu. Jak to się skończy, to wróż z fusów, ale patrząc na to, jak się sprawy układały, Beatrice nie miała złudzeń — raczej nie będzie to po jej myśli.

Dwóch facetów, którzy ją zgarnęli, było wielkich, ponad metr osiemdziesiąt, barczystych — napakowanych mięśniami i testosteronem w takiej ilości, że aż im musiały się kurczyć jaja do rozmiaru grochu. Beatrice rozważyła, czy nie palnąć tego na głos, ale uznała, że szkoda zachodu.

Rzucili ją na tył, a sami rozparli się z przodu. Pasowało jej to; miała więcej miejsca, żeby kombinować.

Przesuwając się po tylnej kanapie tak, by znaleźć się za kierowcą, Beatrice wychyliła się do przodu, wsunęła ręce po obu stronach fotela i złapała pas bezpieczeństwa, który miał zapięty kierowca. Gdy już trzymała go pewnie, zaparła kolana o oparcie i odchyliła się w tył. Pas zsunął się na miejsce w poprzek jego gardła, wrzynając się w jej palce, kiedy dociskała z całej siły, jaką była w stanie wykrzesać.

— Co jest, kurwa… — zaklął facet na miejscu pasażera, odwracając się w pół i jednym ruchem nadgarstka pacnął Beatrice w ramię.

Ból był ostry jak nóż. Puściła pas i runęła z powrotem na kanapę, wbijając wzrok w tego, który ją uderzył. „Co jest, kurwa” — no właśnie. Ledwie przyłożył, a ona już wiedziała, że przez kilka dni będzie ją to ramię boleć od jednego, głupiego ciosu.

Kierowca zakaszlał kilka razy, masując szyję.

— Cholera. Tego się nie spodziewałem. — Spojrzał w lusterko wsteczne, piorunując ją wzrokiem, gdy dźwignęła się z powrotem. — Mówił, żeby jej nie zrobić krzywdy, ale jeśli spróbuje jeszcze raz…

— Jeszcze nie skończyłam — mruknęła, wciskając się między dwa przednie fotele i chwytając kierownicę.

— A właśnie, że nie — warknął pasażer. Jego ogromna dłoń zacisnęła się na tym samym ramieniu, które przed chwilą uderzył. Beatrice zacisnęła zęby z bólu — uścisk miał jak imadło — i szarpnęła kierownicą. Usłyszała pisk opon, a siła skrętu, który wymusiła, rzuciła ją na fotel kierowcy.

— Do jasnej cholery! — wydarł się kierowca, odrywając jej ręce od kierownicy i walcząc, by odzyskać kontrolę nad autem. Klaksony wyły, gdy przecięli dwa pasy ruchu, a Beatrice poczuła satysfakcję. To dopiero początek. Dopiero się rozkręcała.

— Dość tego — oznajmił pasażer, łapiąc Beatrice za ramię po raz trzeci. Szarpała się, ale nie było mowy, żeby się wyrwać.

Patrzyła, jak wolną ręką otwiera schowek i wyciąga strzykawkę. Na jej widok zaczęła się wyrywać dwa razy mocniej.

— Nawet nie waż się zbliżać z tym do mnie! — wrzasnęła, wbijając paznokcie w jego przedramię. Jakby w ogóle nie czuł bólu, bo choć drapała i wbijała paznokcie ile sił, często aż do krwi, nawet nie drgnął.

Ukłucie w szyję było tylko początkiem. Zaraz potem poczuła nacisk, gdy wcisnął zawartość strzykawki w jej ciało. W kilka sekund świat zaczął się rozmywać, a on puścił jej ramię. Ostatnie, co zobaczyła, to jego zadowolona, bezczelna gęba — a potem wszystko zgasło.

Świadomość wracała skrawkami. Najpierw Beatrice czuła tylko kołysanie samochodu pod sobą, ale mózg szybko odpalił i przypomniał jej, co się stało. Ciało natomiast wciąż miała jak z waty, ciężkie i ociężałe, co nie zostawiało jej wielu opcji. Nie znaczyło to, że miała się poddać, ale musiała wymyślić coś innego niż desperacka ucieczka.

Mężczyźni nie odzywali się podczas jazdy, zostawiając Beatrice sam na sam z myślami. Udawała, że dalej jest odurzona; zaskoczenie było jej jedyną bronią przeciwko facetom dwa razy większym od niej. Niech myślą, że wciąż ją trzyma.

Gdy w końcu się zatrzymali, ociężałość w kończynach prawie całkiem zniknęła. To dało jej odrobinę nadziei. Mogli uznać, że nadal działa na nią to, co było w strzykawce, i przez to opuszczą gardę.

Drzwi u jej stóp się otworzyły i Beatrice wcale nie ucieszyła się na widok nowej twarzy. Był tak samo przypakowany jak tamte dwa dupki i równie wysoki. Czy wszyscy zamieszani w jej porwanie należeli do jakiejś sekty karków na koksie?

Nowy facet pochylił się, opierając dłoń o framugę, i zajrzał na nią z góry z zaciekawioną miną. „A więc to jest—” Nie zdążył dokończyć. Nie był w ogóle czujny, więc Beatrice zdołała wpakować mu stopę prosto w krocze, a potem dorzucić kopniaka w twarz. Poczuła, jak jego nos pęka pod jej butem, i kącik ust sam jej się uniósł. Nieważne, jak wielki jest facet — strzał w jaja i w nos zawsze wystarcza, żeby zaczął przewartościowywać swoje życiowe decyzje.

Zanim zdążyła zrobić cokolwiek więcej, drzwi przy jej głowie się otworzyły, a szorstkie ręce złapały ją i wyrzuciły z pojazdu prosto na trawę.

Uderzenie o ziemię wycisnęło z jej płuc powietrze, ale Beatrice szybko się pozbierała. Przeturlała się, desperacko próbując stanąć na nogi. Trzeci koleś — ten, któremu zdążyła przyłożyć dwa razy porządnie — wpadł na nią, po czym przygwoździł ją do ziemi. Jego twarz wykrzywiła się, jakby szczęka zaczęła mu się wydłużać. Nie, to nawet nie było „jakby” — ona naprawdę się wydłużała. Tam, gdzie jeszcze widziała skórę, zaczęła przebijać sierść, a mięśnie pod spodem nabrzmiały. Odgłos rozdzieranej tkaniny zmieszał się z warczeniem, które wydobyło się z jego gardła, gdy to coś, co się z nim działo, postępowało dalej.

Dłonie dociskające jej ramiona do ziemi przesunęły się i zmieniły w wielkie łapy, z pazurami, które wyglądały, jakby bez problemu mogły rozerwać Beatrice na pół.

Nie była w stanie się ruszyć. Jej ciało zesztywniało jak zabetonowane, kiedy ten mężczyzna przeistaczał się w ogromnego, przerażającego wilka. Sierść miał ciemnobrązową, w tym samym kolorze co wcześniej włosy, ale oczy… oczy zmieniły się z brązowych w przenikliwie złote, przez które Beatrice nagle zaczęła żałować swoich wcześniejszych popisów.

Ten wilkołak… człowiek — kurwa, to był wilkołak? Wilkołaki naprawdę istnieją? — wyszczerzył zęby, długie i grube jak jej kciuk, i docisnął na jej ramiona jeszcze większy ciężar.

Ktoś przykucnął przy jej głowie, ale Beatrice nie potrafiła oderwać wzroku od bestii, która trzymała ją w miejscu, przerażona, że pożre ją, jeśli choćby mrugnie. „Walcz dalej, a pozwolę mu zrobić z tobą, co będzie chciał — mam gdzieś, czyją jesteś partnerką,” powiedział kierowca, nachylając się bardzo blisko. „Jasne?”

„T-tak,” wydusiła jakimś cudem, nie ośmielając się kiwnąć głową.

„Powiedz to.”

„J-ja… r-rozumiem,” wyszeptała.

„Grzeczna dziewczynka,” oznajmił, a ją prawie skręciło od protekcjonalnego tonu w jego głosie. „Wystarczy, Tobias. Puść ją.”

Wilkołak odwrócił łeb od Beatrice i wbił spojrzenie w kierowcę. Bestia parsknęła, po czym cofnęła się.

„Wstawaj,” rozkazał kierowca, ale ciało Beatrice wciąż było jak sparaliżowane, a mózg próbował ogarnąć, co właśnie zobaczyła.

„Wilkołak?” pisnęła, przenosząc wzrok na kierowcę, który wyglądał na wkurzonego, że nie robi, co jej kazano.

„No już,” burknął, łapiąc ją za ramię i stawiając na nogi niemal siłą. „Do środka.”

Beatrice podniosła wzrok na stary, ale zadbany dwór, w stronę którego ją prowadzono. Bluszcz zasłaniał sporą część ścian, wspinał się aż po dach na trzecim piętrze; bluszczu było od cholery.

„Rusz się,” warknął kierowca i popchnął ją, żeby zmusić ją do marszu.

Minęło kilka kroków, zanim jej ciało zrozumiało, że nie grozi jej już niebezpieczeństwo — przynajmniej na razie — i puściło na tyle, by mogła iść normalnie.

W środku skręcili kilka razy w korytarzach, aż zatrzymali się przed ozdobnymi drzwiami. Były grube i ciężkie, z litego drewna, z metalem wtopionym w powierzchnię; ten kark-kierowca musiał się nieźle zaprzeć, żeby je otworzyć, takie były ciężkie. Beatrice zastanowiła się, po co komu aż tak ładne drzwi — zwłaszcza kiedy zobaczyła, co jest za nimi.

Ukazały się schody prowadzące w dół i poczuła, jak serce opada jej odrobinę. Wszystkie horrory i thrillery, jakie kiedykolwiek oglądała, przemknęły jej przed oczami, kiedy dostała kolejne pchnięcie. „Wyluzuj,” mruknęła do niecierpliwego dupka, przechodząc przez próg.

Strach przyspieszał jej tętno, ale jeszcze bardziej kipiała w niej złość, czająca się tuż pod skórą jak rozgrzane żelazo. Beatrice była wkurzona. Dopilnuje, żeby pożałowali, że w ogóle ją tknęli — nieważne, co będzie musiała zrobić.

Następny Rozdział