Rozdział 2 Architektura pierwszego dnia
Akademia Northveil z zewnątrz wygląda tak, jakby ktoś wziął zamek, zrzucił go gdzieś w północnej części stanu Nowy Jork i pozwolił lasowi obrastać go dookoła, aż drzewa zapomniały, gdzie kończy się kampus, a zaczyna dzicz.
Kiedy po raz pierwszy przechodzę przez główną bramę, czuję, jak coś przesuwa się w powietrzu przy mojej skórze — słabo i elektrycznie, jak ładunek statyczny, który jeszcze nie zdecydował, gdzie osiąść. Jakby sama ziemia zwracała uwagę.
Odkładam to do przegródki „ogarnę później” i idę dalej, bo mam godzinę, zanim zamkną rejestrację, a ja nie zamierzam pojawić się w najbardziej konkurencyjnej nadnaturalnej szkole w kraju, wyglądając, jakbym nie umiała znaleźć wejścia.
Sala rejestracyjna jest ogromna i podzielona w ten specyficzny sposób, typowy dla miejsc, gdzie istnieje hierarchia, ale nikt oficjalnie jej nie nazywa.
Wyłapuję to natychmiast.
Uczniowie wilkołaków poruszają się inaczej — swobodnie i terytorialnie, jakby posiadali na własność ziemię pod stopami. Smoczych Zmiennokształtnych jest mniej; są cichsi i w jakiś sposób chłodniejsi, zgromadzeni przy wschodnich oknach, jakby szare światło pasowało do czegoś w nich. Czarownice są najbardziej dopracowane, ustawione w staranne formacje towarzyskie z precyzją ludzi, którzy spędzili lata, dokładnie wiedząc, jak wyglądają w oczach sali.
A na samym końcu — prosty baner z ręcznie wypisanymi literami. EMBER HOUSE.
Ośmioro uczniów, może dziewięcioro, wszyscy z wariacjami tej samej, starannie neutralnej miny. Twarz może-tu-pasujemy. Znam ją, bo sama ją mam.
Idę stanąć z moimi.
Kobieta przy stoliku Ember znajduje moje nazwisko na liście i na jej twarzy dzieje się coś drobnego — tylko mgnienie, ten szczególny wyraz kogoś, kto wie więcej niż tylko imię na kartce i postanowił jeszcze o tym nie mówić.
— Witaj w Northveil, Veyra — mówi ciepło. — Pokój czternaście, wschodni korytarz. Twój opiekun naukowy znajdzie cię jutro rano.
Biorę klucz.
Petra trafia do Wind House i robi do mnie minę, która bez słów jasno komunikuje jej osobistą obrazę na tę architektoniczną decyzję. Przytulam ją i obiecuję, że może wpadać bez przerwy. Znajduję swój korytarz, otwieram pokój czternaście, rzucam torby na najbliższe łóżko i patrzę w kamienny sufit.
Oddychaj.
Czterdzieści sekund później drzwi otwierają się z hukiem. Do środka wpada dziewczyna, wlokąc cztery torby; jedna z nich natychmiast przechyla się na bok i wysypuje zawartość, która rozjeżdża się po podłodze we wszystkie strony. Dziewczyna gapi się na bałagan. Gapi się na mnie. Zatyka kosmyk włosów za ucho.
— Jestem Dara — oznajmia. — Twoja współlokatorka. Zawsze taka jestem, uprzedzam. — Po czym zaczyna zbierać rzeczy bez cienia zażenowania.
Wstaję, żeby pomóc. — Veyra.
— Ember House?
— Ember House — potwierdzam.
Szczerzy się szeroko, od razu. — Dobra, więc tak postanowiłam. To, że jesteśmy niesklasyfikowane, to w sumie siła. Nikt jeszcze nie wie, czym jesteśmy. To ich przeraża, nie nas.
Śmieję się i to pierwszy prawdziwy śmiech od kawiarni. — Naprawdę podoba mi się ta teoria.
— Mam ich kilka. Jesteś głodna? Zajadanie stresu to moja specjalność, a ja jestem ekstremalnie zestresowana.
Jestem głodna. I zestresowana. I po cichu przerażona. Więc tak.
Jadalnia jest ogromna, ciepła i pełna życia. Jestem w połowie talerza czegoś z rozmarynem i masłem, naprawdę zaczynam czuć coś, co ociera się o „w porządku”, kiedy to wrażenie pełznie po karku.
To specyficzne, niepodrabialne wrażenie, że ktoś cię obserwuje.
Powoli unoszę wzrok.
Po drugiej stronie sali, przy długim stole, gdzie siedzą Wilki, Rhydan Valecrest patrzy prosto na mnie.
Nie odwraca wzroku, kiedy nasze spojrzenia się spotykają.
Ja też nie.
Obok niego ten barczysty z kawiarni podąża za jego spojrzeniem, odnajduje mnie, a brwi unoszą mu się w czymś, co wygląda na szczerze zdziwienie. Rhydan mówi coś, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Barczysty odpowiada. Szczęka Rhydana zaciska się w ten charakterystyczny sposób, który już rozpoznaję od rana.
To on pierwszy odwraca wzrok.
Wracam do jedzenia, a puls robi coś głośnego i kompletnie niepotrzebnego, więc stanowczo nakazuję mu w myślach, żeby przestał.
— Kto to? — szepcze Dara obok mnie.
— Nikt ważny — odpowiadam.
Przez chwilę przygląda mi się uważnie. — Jesteś naprawdę beznadziejna w kłamaniu.
— Jem — mówię.
Daje mi spokój, niech jej to Bóg wynagrodzi, a ja kończę posiłek, śmieję się z czegoś, co mówi, i już ani razu nie spoglądam na drugi koniec sali — ani razu, nawet kiedy czuję, jak jego wzrok wraca niczym zimna dłoń, lekko przyciśnięta między łopatkami.
Nie patrzę.
Po kolacji próbuję.
To jest ta rzecz, której jeszcze nie powiedziałam Darze, nie powiedziałam nikomu tutaj — ta rzecz, którą obiecałam sobie robić każdej nocy przed snem, bo to jest Northveil, to jest odpowiednie miejsce, to musi być ten moment, kiedy wszystko się zacznie.
Siadam na skraju łóżka w ciszy pokoju czternastego, kładę otwarte dłonie na kolanach, oddycham, sięgam do środka, ku temu, co rzekomo powinno tam być, i czekam.
Nic.
Tak samo jak w Vermont. Tak samo jak w każde urodziny, odkąd skończyłam dwanaście lat. Tak samo jak na każdym spotkaniu, na którym patrzyłam, jak cudza moc iskrzy, łapie i rozkwita, a ja uśmiechałam się, mówiłam „gratulacje” i wracałam sama do domu.
Pamiętam rozczarowanie na twarzy ojca, kiedy ostatni raz widział, jak próbuję — miałam wtedy szesnaście lat — choć mnie kocha. Nie powiedział ani słowa. Nie musiał.
Zaciskam dłonie.
W porządku. To pierwsza noc. Jestem zmęczona i zestresowana, zostałam zbyta przez obcego i usłyszałam, że tu nie pasuję, a potem wpatrywał się we mnie przez całą jadalnię chłopak, który to powiedział. Jutro będzie lepiej, pojutrze jeszcze lepiej, a gdzieś między teraz a końcem tego roku coś we mnie się obudzi.
Musi.
Bo jeśli nie, to on miał rację, a ja nie potrafię żyć w świecie, w którym on miał rację.
Po drugiej stronie pokoju gaśnie światło Dary.
— Dobranoc, Veyra.
— Dobranoc.
Leżę w ciemności Akademii Northveil pierwszej nocy, przyciskam dłonie płasko do zimnych prześcieradeł i czekam na coś, co nie nadchodzi.
Gdzieś w korytarzu ktoś się śmieje. Zamykają się drzwi. Zamek osiada wokół mnie w tej szczególnej ciszy miejsca, które od bardzo dawna przechowuje sekrety.
Długo nie zasypiam.
A gdzieś po drugiej stronie kampusu, zupełnie nieświadomy, że leżę w ciemności z otwartymi oczami, Rhydan Valecrest wpatruje się w sufit swojego pokoju i czuje widmo świadomości, której nie potrafi nazwać, szarpiące za skraj jego myśli — natrętne i niechciane, jak drzwi, które nie chcą się do końca domknąć.
Przewraca się na drugi bok. Odcina się od tego.
Albo tak mu się wydaje.
