Rozdział 3 Czytanie
Trzeci dzień semestru, a ja mam już rozrysowaną społeczną architekturę Northveil tak, jak rozrysowuję każde nowe miejsce, w którym ląduję.
Wilki rządzą na korytarzach. Cokolwiek Rhydan powie cicho w odpowiednim pokoju, następnego ranka staje się niewypowiedzianą zasadą. Zmiennokształtni Smoków nie rządzą niczym, ale i tak wszyscy są wobec nich odrobinę ostrożni, co w praktyce wychodzi na to samo. Sera Vance siedzi na absolutnym szczycie wiedźmiej hierarchii z łatwością kogoś, kto urodził się dokładnie do tej roli — co pewnie jest prawdą — i już wie, kim jestem, bo pierwszego dnia spojrzała na mnie przez jadalnię z tym spokojnym, mierzącym wyrazem twarzy kogoś, kto odkłada potencjalny problem na później.
Ember House jest grzecznie niewidoczny.
W większości mi to pasuje. Niewidoczność oznacza przestrzeń do obserwacji. Przestrzeń do obserwacji oznacza zrozumienie, w co wchodzę, zanim to wejdzie we mnie.
Problem w tym, że w środowe popołudnie Teoria Zdolności ma pierwsze zajęcia praktyczne.
Nie praktyczne w taki sposób, jak sobie wyobrażałam. Żadnych dramatycznych pokazów mocy. Żadnych ćwiczeń z kanalizowania energii. Tylko profesor Elara w okrągłej sali na trzecim piętrze, mówiąca nam, żebyśmy usiedli w ciszy na dziesięć minut i zauważyli, co robi nasza zdolność.
Większość sali natychmiast nieruchomieje, powieki opadają, na twarzach pojawiają się subtelne wyrazy ludzi, którzy już coś czują.
Siedzę w ciszy przez dziesięć minut, nie czuję absolutnie niczego, trzymam twarz idealnie opanowaną i zauważam, że Rhydan — dwa rzędy za mną i jedno miejsce w lewo — zauważa, że ja zauważam nic. Nie wiem, skąd wiem, że patrzy. Po prostu wiem.
Po zajęciach profesor Elara prosi wszystkich, żeby podali jedno słowo opisujące to, czego doświadczyli.
Ciepło. Gorąco. Przyciąganie. Wibracja. Prąd. Rozszerzenie.
Słowa krążą po sali i każde z nich coś znaczy, a potem kolej przychodzi na mnie.
— Cisza — mówię.
Profesor Elara lekko przechyla głowę. — Cisza może znaczyć wiele rzeczy.
— Po prostu cisza — odpowiadam.
Przez chwilę utrzymuje mój wzrok z wyrazem twarzy, którego nie potrafię do końca sklasyfikować, po czym przechodzi dalej, a ja opuszczam spojrzenie na blat i oddycham przez to szczególne upokorzenie bycia jedyną osobą w sali pełnej istot nadnaturalnych, która nie poczuła zupełnie nic.
Znowu.
Potem idę do biblioteki, z głową spuszczoną, ze ściśniętą szczęką, robiąc w myślach rachunek, jak długo zdołam to ciągnąć, zanim ktoś oficjalnie uzna mnie za pomyłkę w procesie rekrutacji, kiedy prawie wpadam na Rhydana, który wyłania się zza zakrętu korytarza.
On nie zwalnia. Ja też nie. Mijamy się w odległości może sześćdziesięciu centymetrów, a on zerka na mnie z boku tym samym nieczytelnym, oceniającym spojrzeniem i czuję, jak mój kręgosłup prostuje się wbrew mojej woli, i nienawidzę tego.
Nic nie mówi.
Nie musi.
To nic, które mówi, ma dokładnie taki sam kształt jak to, co powiedział w kawiarni, i idę resztę drogi do biblioteki z tym niczym siedzącym mi w klatce piersiowej jak kamień.
Jestem głęboko w bibliotece, głęboko w Teorii Zdolności dla pierwszego roku, bo może jeszcze nie mam mocy, ale absolutnie nie zamierzam zostać w tyle akademicko, kiedy ten barczysty siada na krześle naprzeciwko mnie, nie pytając ani się nie zapowiadając.
Cassian, jak zdążyłam się zorientować. Najbliższy przyjaciel Rhydana.
— Cześć — mówi przyjemnie.
Sprawdzam za siebie. Nikogo. — Mogę ci w czymś pomóc?
— Raczej nie — przyznaje bez trudu. — Po prostu chciałem powiedzieć przepraszam. Za kawiarnię.
Przez chwilę mu się przyglądam. Wygląda na szczerego. Irytująco szczerego.
— To nie ty byłeś okropny — zauważam.
— Nie — zgadza się. — Ale też tego nie zatrzymałem, więc...
— Czemu przepraszasz w jego imieniu?
— Właściwie to nie przepraszam. On nie wie, że tu jestem. — Opiera łokcie o stół. — To ode mnie.
Hm.
— Dobra — mówię. — Przeprosiny przyjęte.
Jego uśmiech pojawia się natychmiast, swobodny i łatwy, i widzę dokładnie, czemu ludzie go lubią. Rozmawiamy przez kilka minut, a ja jestem w połowie wyjaśniania mechanizmów wyzwalaczy uśpionych zdolności, kiedy to znajduję — rozdział o podwójnej naturze, ukryty w przypisach w części z fakultetami dla trzeciego roku, którą wyciągnęłam, bo nikt inny z niej nie korzystał.
Przestaję czytać.
Czytam akapit jeszcze raz.
Coś zimnego i konkretnego przesuwa się przeze mnie — coś, czego jeszcze nie umiem nazwać.
Otwierają się drzwi biblioteki.
To uczucie zmiany ciśnienia z tyłu karku pojawia się, zanim świadomie zarejestruję dlaczego.
Rhydan zatrzymuje się tuż za progiem, kiedy mnie dostrzega. Jego spojrzenie tnie od mojej twarzy do Cassiana i coś przemyka przez jego wyraz — szybko i nie do końca przyjaźnie.
— Cass. — Płasko.
— Hej. — Cassian brzmi, jakby w ogóle go to nie ruszało. — Znasz Veyrę, prawda?
— Spotkaliśmy się — odpowiada Rhydan, zerkając teraz na mnie tym samym oceniającym spojrzeniem.
— Świetnie — mówi Cassian, wyraźnie dobrze się bawiąc. — Tłumaczy wyzwalacze uśpionych zdolności. Przysuń sobie krzesło.
Rhydan nie przysuwa krzesła. Podchodzi powoli i zatrzymuje się obok stołu, a jego wzrok opada na otwartą przede mną książkę, przebiega po stronie — i nagle całkiem nieruchomieje.
— Jesteś na rozdziale o podwójnej naturze — mówi.
— Był w stosie lektur — odpowiadam.
— Nikt tego nie czyta na pierwszym roku. To temat z fakultetu dla trzeciego roku. — Jego oczy wracają do mojej twarzy. — Czemu to czytasz?
— Bo było ciekawe — mówię po prostu. — Nie wolno?
Nie odpowiada na to. Coś się w nim przestawiło; beztroska z kawiarni zniknęła całkowicie, zastąpiona czymś kontrolowanym i ostrożnym, a pod tą kontrolą — czymś, co wydaje się niepokojąco pilne.
— Co wiesz o tłumieniu podwójnej natury? — pyta.
— A czemu? — odpowiadam.
Jego szczęka się zaciska. — Po prostu odpowiedz.
— Hmm. — Odchylam się lekko. — Poproś ładnie, to może odpowiem.
Cassian zaciska usta bardzo mocno.
Rhydan wpatruje się we mnie, a w bibliotece jest tak cicho, że słyszę tykanie zegara na dalekiej ścianie.
— Proszę — mówi w końcu, i wyraźnie kosztuje go to coś realnego, żeby to powiedzieć.
Zerkam z powrotem na książkę. — Tłumienie podwójnej natury zachodzi wtedy, gdy w jednym ciele istnieją dwie nadnaturalne natury i jedna zaczyna dominować. Ta druga nie znika — kumuluje ciśnienie. Im dłużej pozostaje stłumiona, tym bardziej staje się niestabilna, aż w końcu ciało nie jest w stanie dłużej utrzymać tego ciśnienia.
Cisza.
— Co wyzwala uwolnienie? — pyta cicho.
Unoszę na niego wzrok. Jego twarz jest całkowicie opanowana, ale jego oczy robią coś, czego nie robiły trzydzieści sekund temu — coś napiętego na krótkiej smyczy, surowego i odrobinę desperackiego — i uderza mnie to w klatkę piersiową jak mały, zimny klucz przekręcany w zamku.
Aha. To wcale nie jest akademicka ciekawość.
— Kontakt — mówię ostrożnie. — Z kimś, czyja zdolność jest naturalnie kompatybilna z obiema naturami.
Nie odrywa ode mnie wzroku. — Jak rzadko?
— Skrajnie — odpowiadam.
To słowo zawisa między nami i oboje czujemy ciężar tego, jakie byłoby następne pytanie — i żadne z nas nie wypowiada go na głos.
— Rhydan — mówi cicho Cassian. Ostrzegawczo.
Rhydan go ignoruje. — Jest zimowa próba w lesie. Obowiązkowa. Pierwszoroczni dostają do pary starszych studentów.
Czekam.
— Przydzielono cię do mnie — mówi.
Żołądek mi się przewraca. — Od kiedy?
— Odkąd rada opublikowała listę dziś rano.
— Miałeś coś wspólnego z tą listą? — pytam wprost.
Coś przemyka przez jego wyraz — jest i znika. Podnosi swoją torbę.
— Nie zalegaj z czytaniem — mówi, po czym znika, a biblioteka cicho wypuszcza powietrze wokół nas.
Cassian patrzy na drzwi z wyrazem twarzy, którego nie potrafię do końca sklasyfikować.
— Co tu się właśnie stało? — pytam go.
Milczy przez chwilę. Potem: — Szczerze? Nie jestem do końca pewien. — Przygląda mi się uważnie. — Ale nie sądzę, żeby któreś z was było.
Patrzę z powrotem na rozdział o podwójnej naturze.
A potem patrzę na swoją prawą dłoń, leżącą otwartą na blacie.
W mojej dłoni jest ledwie wyczuwalny ślad ciepła. Tak słaby, że mogłabym to sobie wmawiać.
Nigdy wcześniej nie wmawiałam sobie ciepła w dłoni.
Powoli zaciskam palce i czytam ten sam akapit cztery razy, nie zapamiętując ani jednego słowa.
