Rozdział 1 Kontrola
Przez rozdzierający ból głowy Amelia Richardson nagle poczuła, że ktoś grzebie jej między nogami.
Jej lodowate oczy natychmiast się otworzyły. Zobaczyła dwie kobiety w średnim wieku—jedna szarpała jej spodnie, druga siłowała się z jej nogami, próbując wcisnąć rękę pod spód.
— Aż się prosisz, gówniaro!
Amelia kopnęła korpulentną babę, która ją obmacywała. Ta, zaskoczona, zachwiała się i poleciała na plecy.
— Ała, do cholery!
Druga kobieta przestała ciągnąć za spodnie Amelii i szybko podbiegła, żeby pomóc tej grubej wstać.
Amelia chciała złapać obie baby, ale dopiero wtedy zauważyła, że ma ręce mocno związane sznurem.
Cholera. Gdzie ona, do diabła, była? Przecież powinna spać w domu swojej przybranej matki.
Rozejrzała się szybko. Była w rozwalającej się szopie na drewno, drzwi szczelnie zamknięte, tylko przez małe okienko pod sufitem wpadał wąski promień światła.
Gdy tylko podniosła się z podłogi, korpulentna kobieta splunęła w jej stronę.
— Kurwa mać! Jak śmiesz mnie popychać! Suka z ciebie!
Uniosła rękę, żeby uderzyć Amelię w twarz, ale druga kobieta chwyciła ją za nadgarstek.
— Opanuj się, ona jest warta trzydzieści tysięcy dolarów. Nie oszpecaj jej! Na tej gębie mamy zarobić drugie tyle.
Gruba kobieta cofnęła rękę, tłumiąc wściekłość.
— Taka dawka by byka położyła, a ta się tak szybko obudziła! Skoro już się ocknęłaś, to współpracuj przy oględzinach.
Amelia zwęziła oczy.
— Jakich oględzinach?
— Za trzydzieści tysięcy dolarów musimy mieć pewność, że dalej jesteś dziewicą.
A więc to były te ich „oględziny”?
Jak one śmiały.
Czy te idiotki w ogóle wiedziały, z kim mają do czynienia?
Była królową czarnego rynku w Thornfield. Cały tamtejszy podziemny targ był pod jej kontrolą.
Parsknęła lodowatym śmiechem, jej spojrzenie błysnęło ostro, gdy za plecami zaczęła zręcznie majstrować przy sznurze, celowo grając na zwłokę.
— Jakie trzydzieści tysięcy? Kim wy w ogóle jesteście, do jasnej cholery?!
Przyleciała z Thornfield do Ravenshollow, kiedy usłyszała, że jej przybrana matka, Piper Thornton, jest umierająca.
Ale stan Piper wcale nie był poważny—zwykłe przeziębienie, trochę gorączki, nic więcej.
Planowała wrócić do Thornfield już następnego dnia, a tymczasem obudziła się tutaj, związana jak świnia przed ubojem.
Korpulentna kobieta złapała ją za stopę i prychnęła:
— Piper cię nam sprzedała. Jak będziesz grzeczna, to wydamy cię za jakiegoś porządnego chłopa. Jak będziesz fikać, to dostaniesz jakiegoś starego kawalera po pięćdziesiątce, a nawet po sześćdziesiątce!
— Co ty powiedziałaś? Piper was mnie sprzedała?
Amelia tylko się w nią wpatrywała, kompletnie oniemiała.
Kiedy miała trzy lata, Piper znalazła ją przy drodze. Wzięła ją niby jak córkę zastępczą, ale wychowywała bardziej jak służącą.
Odkąd tylko zaczęła cokolwiek rozumieć, wszystkie najbrudniejsze, najcięższe roboty spadały właśnie na nią.
Dlatego zacisnęła zęby i uczyła się, ile mogła. W wieku dwunastu lat wreszcie miała możliwość uciec i już nigdy nie wrócić.
Ale nigdy nie zapomniała, że była jej coś winna za wychowanie.
Pierwszego dnia każdego miesiąca wysyłała im pieniądze.
Tyle, że spokojnie mogliby za to kupić trzy, cztery mieszkania w centrum dużego miasta.
Tym razem przyjechała tylko dlatego, że usłyszała, iż Piper jest śmiertelnie chora i chciała ją zobaczyć po raz ostatni.
Nie spodziewała się, że Piper okaże się jeszcze bardziej bezlitosna niż kiedyś i sprzeda ją takim ludziom za marne trzydzieści tysięcy dolarów.
Nic dziwnego, że tym razem była dla niej taka miła, taka troskliwa.
Myślała, że Piper się zmieniła, a ona po prostu czekała na odpowiedni moment.
Powinna była posłuchać swoich ludzi—z rodziny Reynoldsów nikt porządny się nie urodził, nie powinna była tu wracać.
Myśli pędziły jej jak szalone, a palce za plecami cały czas pracowały.
Jeszcze chwila, a sznur puści.
Amelia wciągnęła głęboko powietrze i udawała, że im nie wierzy.
— Łżecie jak psy! Przecież ja mam wyjść za Isaaca Reynoldsa!
— Za Isaaca? — kobieta roześmiała się szyderczo. — Ciebie tu nie było tyle lat, to skąd masz wiedzieć! Isaac zaraz żeni się z córką bogacza. Jeżdżą teraz mercedesem, rozumiesz? Myślisz, że taki będzie brał ciebie?
Druga kobieta ścisnęła jej kostkę jeszcze mocniej.
— Rozchyl nogi. Musimy sprawdzić, czy dalej jesteś dziewicą. Jak nie, to połowę kasy nam zwrócą.
– Nawet się nie szarp. Jak cię przypadkiem pokaleczymy, to ty będziesz płakać, nie my.
Amelia nagle się uśmiechnęła.
– Zobaczymy, kto będzie płakał.
W następnej sekundzie lina w końcu puściła. Złapała tę grubszą kobietę za gardło i podniosła ją do góry.
Kobieta szarpała się jak oszalała, ale nie była w stanie wyswobodzić się z żelaznego uścisku Amelii.
Pozbawiona powietrza, szybko zrobiła się czerwona na twarzy, a usta pociemniały jej na fioletowo.
Widząc to, druga kobieta rzuciła się na pomoc, ale Amelia kopnęła ją tak mocno, że poleciała prosto w ścianę.
Gdy upadła, zakaszlała krwią.
Mimo to zignorowała ból i od razu wrzasnęła na zewnątrz:
– Ratunku! Pomocy!
Po chwili do środka wpadło dwóch rosłych chłopów.
Każdy trzymał w ręku drąg i z rozmachem zamachnął się na Amelię.
Amelia odrzuciła kobietę na bok i w locie chwyciła oba opadające kije.
Mężczyźni zastygli.
Co za refleks!
Zanim zdążyli zareagować, Amelia już ich kopnęła. Runęli na ziemię i stracili przytomność.
W tym momencie ta tęga baba, którą Amelia przed chwilą cisnęła na bok, po cichu rzuciła się na nią od tyłu.
Ale Amelia już to wyczuła. Gdy tamta podeszła na odległość ciosu, Amelia obróciła się błyskawicznie i jednym wymachem kijka posłała ją w nieprzytomność.
Dziesięć minut później Amelia wyszła z szopy na drewno, która stała już w płomieniach. Ostre słońce aż kłuło ją w oczy.
Uniosła rękę, zasłaniając twarz, słysząc dochodzące ze środka krzyki o pomoc.
Ani razu nie obejrzała się za siebie. Gdy przyzwyczaiła się do światła, bez wyrazu ruszyła w stronę domu rodziny Reynoldsów.
Handlarze ludźmi zasługują na śmierć.
A następni w kolejce byli Reynoldsowie.
Kiedy szła przed siebie, z daleka dobiegły krzyki:
– Pożar!
– Gasić! Szybko, wody!
Ogień ściągnął wiejskich ludzi, którzy biegli z wiadrami wody, jak na alarm w remizie.
Amelia miała na sobie płaszcz jednej z tych kobiet w średnim wieku. Z pochyloną głową nie rzucała się w oczy i minęła pędzących w przeciwną stronę wieśniaków, którzy lecieli ratować szopę.
Niedługo potem dotarła pod dom Reynoldsów.
Uniosła nogę i jednym kopniakiem wywaliła drewniane drzwi willi Reynoldsów.
Drzwi z łoskotem walnęły o ziemię, wzbijając tumany kurzu.
Ale kiedy weszła do środka, zobaczyła, że willa jest już pusta – ani żywej duszy.
– Szybko się zwinęli – mruknęła.
Ale choćby uciekli na koniec świata, i tak ich dopadnie.
Dług za wychowanie został spłacony. Teraz przyszedł czas rozliczeń.
Piper, Isaac – żadnemu nie daruje.
Amelia posępnym krokiem weszła do swojego pokoju.
Jej „pokój” był przerobioną szopą na drewno – ciasny, duszny, o zatęchłym, zagrzybiałym zapachu, który wżerał się w ściany i w skórę.
Jak się spodziewała, mały plecak, który przywiozła, i telefon spod poduszki zniknęły.
W plecaku nie było nic cennego, tylko dowód osobisty.
Ale to i tak komplikowało jej powrót.
Trudno. Jak tylko dotrze do miasteczka, po prostu pożyczy telefon i zadzwoni po swoich ludzi, żeby ją odebrali.
Właśnie miała wychodzić, kiedy z zewnątrz dobiegły nagłe, pośpieszne kroki.
Amelia zmarszczyła brwi, po czym na jej twarzy pojawił się ledwie widoczny uśmiech.
Wyglądało na to, że ktoś spragniony śmierci wrócił do domu.
Rozejrzała się, chwyciła za sierp wiszący za drzwiami i wyszła na zewnątrz jak kostucha z kosą.
Ale gdy przekroczyła próg, zobaczyła, że ten, kto zaglądał do środka, wcale nie był z rodziny Reynoldsów. To był jakiś młody facet, może po dwudziestce, którego nigdy wcześniej nie widziała.
Miał twarz umazaną zaschniętym błotem, włosy w nieładzie, ale na sobie – garnitur.
Garnitur był podarty, a za jego plecami stał zardzewiały trójkołowy rowerek–dostawczak.
Amelia schowała sierp za plecami.
– Kogo szukasz? – rzuciła chłodno.
Może zbyt lekko stawiała kroki, gdy wychodziła, bo chłopak dopiero teraz ją zauważył. Jego wzrok przesunął się na nią.
W następnej sekundzie, gdy zobaczył, że jej twarz jest w sześćdziesięciu, siedemdziesięciu procentach podobna do twarzy jego matki, Natalie Wood, rozszerzyły mu się oczy, a łzy spłynęły po policzkach.
– Amelia! Naprawdę ty! Amelia!
Rzucił się w jej stronę jak opętany.
Ale zatrzymał się nagle jakieś sześćdziesiąt centymetrów od niej.
Amelia mierzyła do niego sierpem.
Gdyby zrobił choć jeden krok więcej, ostrze przecięłoby mu gardło jak żyletka.
