Rozdział 2 Brat

„Amelia…”

Głos Granta Richardsona drżał – nie ze strachu, tylko z czystego podekscytowania.

„Jestem twoim bratem! Pamiętasz mnie?”

„Zabrano cię od nas, kiedy miałaś trzy lata. Szukaliśmy cię przez te wszystkie lata i nigdy nie mogliśmy cię znaleźć.”

„Na szczęście parę dni temu zaktualizowali bazę danych Phoenicia i dzięki niej w końcu udało się ciebie namierzyć.”

„Ale bałem się, że to fałszywa nadzieja, więc nikt więcej nie przyjechał. Wysłali tylko mnie.”

Grant wyrzucał z siebie słowa jak karabin maszynowy, nakręcony do granic możliwości, ale Amelia pozostała bez wyrazu, z nieufnością błyskającą w oczach.

Przed chwilą o mało co jej nie sprzedali jak towar na targu – nie zamierzała ufać tu komukolwiek.

„Nie obchodzi mnie, kto cię przysłał. Zjeżdżaj, zanim sama się za ciebie wezmę!”

Jej zasada była prosta: nie ruszasz mnie – ja nie ruszam ciebie. Ale jak ktoś ją przekroczy, odda z nawiązką, bez mrugnięcia okiem. Mimo to nie zabijała, dopóki ktoś pierwszy nie zrobił się naprawdę groźny.

Widząc, że mu nie wierzy, Grant zrobił się jeszcze bardziej nerwowy.

„Amelia, ja naprawdę jestem twoim bratem! Richardsonowie to najbogatsza rodzina w Goldenvale. W tamtą sylwestrową noc było za dużo ludzi i się zgubiłaś. Cały czas cię wszyscy szukaliśmy!”

Amelia obrzuciła Granta spojrzeniem z góry na dół.

„Najbogatsza rodzina? Taka, co się wozi na trójkołowcach?”

Grant odruchowo spojrzał na siebie, potem prędko się tłumaczył:

„Nie, nie, auto mi padło po drodze, więc pożyczyłem od tutejszego taki trójkołowiec, żeby po ciebie przyjechać. Rodzina Richardsonów naprawdę jest najbogatsza w Goldenvale!”

„Przestań pieprzyć głupoty. Spadaj!”

Grant coraz bardziej się miotał.

Na szczęście nagle wpadł na pomysł i szybko wyciągnął z kieszeni wisior w kształcie ryby.

„Zobacz, to jest ta podwójna rybka, którą tata kazał zrobić specjalnie dla ciebie. Kiedy się zgubiłaś, miałaś na szyi drugą połówkę.”

Kiedy Amelia zobaczyła wisiorek w jego dłoni, jej spojrzenie na moment zadrżało. W końcu opuściła kosę.

Wisiorek, który wyciągnęła spod własnego kołnierza, idealnie pasował do tego w jego ręce.

Gdy Grant zobaczył jej wisiorek, nabrał jeszcze większej pewności, że to naprawdę Amelia.

Na początku rozpoznał ją tylko po podobieństwie do Natalie. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości.

Szybko ciągnął dalej:

„Na twoim wisiorku jest wygrawerowane ‘Amelia Richardson’, prawda?”

Amelia zmrużyła oczy. Słowa „Amelia Richardson” były wygrawerowane w ukrytym miejscu, którego nawet Piper nigdy nie zauważyła.

Czy ten facet naprawdę mógł być jej bratem?

Jej czujność odrobinę opadła, gdy spytała:

„Gdzie zaparkowałeś samochód?”

„Przy wjeździe do następnej wioski.”

„Zabierz mnie tam. I pamiętaj, żadnych numerów. Jak się dowiem, że mnie okłamujesz, to dziś masz swoje ostatnie dzień dobry.”

„Dobrze,” Grant natychmiast pokiwał głową. Przy drzwiach niezdarnie wdrapał się na trójkołowiec i skinął, żeby Amelia wsiadała.

Amelia już miała odmówić, gdy nagle zakręciło jej się w głowie.

Po krótkim wahan iu złapała za trójkołowiec i sprawnym ruchem wskoczyła na niego.

Grant aż zamarł.

„Amelia, ale ty jesteś zwinna.”

„Przestań gadać! Jedź! Tamtędy.”

„Dobra.”

Amelia była zupełnie inna niż ta delikatna, bezradna siostrzyczka, którą sobie wyobrażał.

Była bezczelnie śmiała, żywiołowa, jakby przejechał ją pół świata i jeszcze miała siłę się stawiać!

Wziął głęboki oddech i z nową energią nacisnął na pedały, kierując się do następnej wioski.

Dzięki temu, że Amelia wybierała drogę, po drodze nie natknęli się na nikogo z tamtej wsi.

Pół godziny później trójkołowiec wreszcie dotoczył się do kolejnej miejscowości.

W czasie jazdy Amelia uciskała kilka odpowiednich punktów na ciele, żeby tymczasowo stłumić działanie narkotyku.

Zeskoczyła z pojazdu i zobaczyła czarne luksusowe auto na rejestracjach z Goldenvale.

Przednia opona była jednak rozwalona, a przód samochodu wyraźnie przechylał się na jedną stronę.

„Amelia, nie martw się. Już zadzwoniłem po najbliższego mechanika. Będzie za jakieś dwie godziny.”

Zanim zdążył dokończyć, Amelia była już przy bagażniku. Sprawnym ruchem wyciągnęła koło zapasowe i narzędzia, po czym podeszła do uszkodzonego koła.

„Amelia, co ty robisz?”

„Naprawiam samochód.”

Dwie godziny to było stanowczo za długo.

Ludzie z tamtej wioski byli jak kłopoty na dwóch nogach. Jakby się zjawili, wszystko tylko jeszcze bardziej by się skomplikowało.

„Umiesz naprawiać auta?”

Amelia zignorowała go i zaczęła podnosić samochód podnośnikiem.

Nie minęło nawet dziesięć minut, a koło było już wymienione.

Kopnęła ze złością w rozwaloną oponę, odsunęła ją na bok i szarpnęła za klamkę, żeby wsiąść do auta.

Widząc, jak Grant stoi jak słup soli, zmarszczyła brwi z niecierpliwością.

— No i co tak sterczysz? Wsiadaj!

— Okej.

Grant jakby się ocknął, obiegł szybko samochód i wskoczył na miejsce pasażera.

— Amelia, ty to jesteś niesamowita! Nawet koło potrafisz zmienić. Ja bym tego w życiu nie zrobił. A tak w ogóle… po co ci wcześniej była ta kosa?

Amelia odpowiedziała krótko:

— Trawę skosić. Świniom na obrok.

Grant poczuł ukłucie żalu gdzieś pod mostkiem.

— Amelia, nie wiedziałem, że masz aż tak ciężko. Nie martw się, jak tylko pojedziesz ze mną do domu, już nigdy nie będziesz musiała robić takich rzeczy!

Nie zdążył dokończyć, bo samochód wyrwał do przodu jak z procy. Grant aż wrzasnął z przerażenia.

— Zwolnij! Amelia, ja się boję, zwolnij!

— Cicho bądź.

Jego piskliwy głos zaczął Amelii solidnie działać na nerwy.

Kiedy zaczął drugi raz się drzeć, Amelia nic nie powiedziała — puściła kierownicę prawą ręką i szybkim, celnym ciosem trafiła go w kark.

Wreszcie zrobiło się cicho.

Samochód znowu przyspieszył, zaczął lawirować między pasami, ściągając na siebie serię wściekłych trąbień.

Tymczasem w samolocie szykującym się do startu Piper zakończyła rozmowę telefoniczną z ponurą miną i szarpnięciem ściągnęła z oczu Isaaca opaskę do spania.

— Coś się stało.

Isaac otworzył oczy z wyraźną irytacją.

— Co się stało?

— Dom Evangeline i reszty się spalił. Wszyscy spłonęli na śmierć.

Dopiero wtedy Isaac się wyprostował w fotelu.

— A Amelia?

— A jak myślisz? Też się spaliła!

W oczach Piper nie było ani cienia żalu, tylko złość i rozdrażnienie.

— Nie widziałeś jej tyle lat, ale mówię ci, wyrosła na taką ślicznotkę, że głowa mała! Trzydzieści tysięcy dolarów to i tak było za mało! Zgodnie z umową, jak tylko potwierdzą, że jest dziewicą, mieli mi dopłacić resztę — piętnaście tysięcy! A teraz wszystko szlag trafił!

Isaac za to odetchnął głęboko z ulgą.

— Phi, co to jest piętnaście tysięcy? Jak tylko ożenię się z Maeve, to piętnaście milionów będzie dla mnie jak drobne na piwo.

Poza tym ta chuda, mała Amelia z dzieciństwa — choćby nie wiem jak wypiękniała — czy mogłaby być ładniejsza od rozpieszczonej Maeve Sullivan?

— Ale piętnaście tysięcy to dalej pieniądz — mruknęła z żalem Piper.

Isaac pokręcił głową.

— Masz spojrzenie na kasę jak sklepikarka z warzywniaka! Ja tam, póki ona żyła, ciągle miałem z tyłu głowy, że coś wypłynie. Jakby Maeve się dowiedziała, że mam narzeczoną z aranżowanego małżeństwa, zrobiłaby taką awanturę, że ziemia by się zatrzęsła. A teraz? Skoro nie żyje, nigdy się nie dowie, że Amelia w ogóle istniała.

Po tych słowach Piper poczuła, jak ucisk w piersi trochę odpuszcza.

— Masz rację. Jak dolecimy do Goldenvale, to zapalę jej świeczkę, żebym się tak winna nie czuła.

Isaac skrzywił się z dezaprobatą.

— Rodzina Maeve nie wierzy w takie zabobony. Daj spokój z tymi cyrkami — oni tego nie lubią. Umarł to umarł. Żadne świeczki mu życia nie wrócą. Zresztą, jakby nie umarła i sprzedaliby ją do domu sołtysa, to może by jeszcze całkiem nieźle żyła. Jej śmierć to nie nasza wina — po prostu pech.

Piper przytaknęła, a po chwili poczuła, że burczy jej w brzuchu.

Przypomniała sobie, że wzięła z domu kanapki, i szybko otworzyła torbę.

Na podłogę wypadła karta.

— Coś ci spadło — zauważył Isaac i zwrócił jej uwagę.

Piper podniosła kartę, rzuciła na nią okiem i przypomniała sobie, co to.

— Jak Amelia wyjechała do roboty, co miesiąc przysyłała pieniądze. Do banku w miasteczku mam półtorej godziny w jedną stronę. Ona specjalnie utrudniła mi życie, nie przysyłając gotówki. Jak dolecimy do Goldenvale, muszę sprawdzić, ile jest na tym koncie.

Isaac spojrzał na nią z niesmakiem.

— Przecież rzuciła szkołę w wieku dwunastu lat, żeby iść do pracy. Ile ona niby mogła zarobić? Nie bądź taka małostkowa. Jak Sullivansowie dowiedzą się o tej karcie, to ją po prostu wyrzuć!

Mówiąc to, wyrwał Piper kartę z ręki i cisnął ją na bok.

— Nie wyrzucaj!

Piper zerwała się, żeby ją podnieść.

— Nieważne ile, to dalej pieniądze! Po tylu latach, nawet jakby wysyłała tylko tysiąc dolarów miesięcznie, to już się uzbierało ponad sto tysięcy.

Isaac nie miał ochoty dalej się sprzeczać. Założył z powrotem opaskę na oczy i zamknął je, żeby odpocząć.

Jak tylko dotrą do Goldenvale i zobaczy Maeve, będzie musiał się nieźle nagimnastykować na słodkie gadki — ona nie cierpiała, kiedy brał Piper ze sobą do Goldenvale.

Dokładnie w chwili, gdy wjechali do Goldenvale, Grant nagle otworzył oczy, wciąż czując piekące mrowienie tam, gdzie uderzyła go Amelia.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział