Rozdział 6 Jej przeszłość? Obcinacz do trawy
Umysł Feliksa na moment się zupełnie wyłączył.
Ale po chwili potrząsnął gwałtownie głową.
– To niemożliwe! Yasmin jest taka oddana rodzinie. Nigdy z własnej woli by się od nas nie odcięła.
Rozległ się cichy, lekko drwiący śmiech.
Dobiegał ze strony Amelii.
Zmarszczył brwi i spojrzał w tamtą stronę.
– Amelia, z czego się śmiejesz? To ty kazałaś Yasmin odejść?
Amelia już dawno uznała, że ten Feliks to skończony dureń, i szkoda na niego słów. Dalej wbijała igły.
Normalnie Natalie powinna już była się obudzić.
Ale jej ciało było skrajnie wycieńczone, więc dochodziła do siebie wolniej niż inni.
Na razie mogła tylko kontynuować akupunkturę.
Feliks jednak uznał jej milczenie za przyznanie się do winy i natychmiast, wyraźnie podenerwowany, podszedł bliżej.
– Amelia, przez te wszystkie lata, kiedy cię nie było, to właśnie Yasmin była przy rodzinie zamiast ciebie.
– Gdyby nie ona, mama wtedy mogła tego nie przeżyć. Jak mogłaś kazać Yasmin odejść?
– Nawet gdyby Yasmin została, to co ma być twoje w tej rodzinie, i tak by cię nie ominęło.
– Po co to robisz?
Mówił i mówił, a Amelia ani razu na niego nie spojrzała. Cały czas skupiona na swoich dłoniach.
Feliks coraz bardziej się gotował.
– Amelia, ty mnie w ogóle słuchasz?
– Feliks! Wystarczy!
Grant wystąpił naprzód i złapał Feliksa za ramię.
– Wszystko, co przed chwilą powiedziałem, jest prawdą. Amelia nawet nie wie, kim jest Yasmin. Jak niby miałaby ją wygonić? Jak mi nie wierzysz, zapytaj Holdena!
Feliks zawahał się przez dwie sekundy, po czym rzucił w stronę Holdena ponure spojrzenie.
– Jak piśniesz choć jedno kłamliwe słowo, to wejdziesz tu o własnych siłach, a wyniosą cię poziomo.
Całe ciało Holdena zadrżało na te słowa.
Feliks naprawdę dotrzymywał obietnic.
Szybko się jednak zebrał i powiedział:
– Feliks, Grant mówi prawdę. To Yasmin sama zaproponowała, żeby zerwać z rodziną wszelkie więzi.
W oczach Feliksa coś zmiękło, pewność na moment się zachwiała.
– To naprawdę nie była sprawka Granta i Amelii?
– Nie ich. – Rozległ się słaby głos, a cała trójka jednocześnie spojrzała w stronę łóżka.
Natalie w pewnym momencie otworzyła oczy. Jedną dłonią kurczowo ściskała rękę Amelii, drugą opierała się o materac, próbując z trudem usiąść.
– Mamo!
– Mamo, obudziłaś się!
Obaj rzucili się do łóżka.
Ale Natalie nawet na nich nie spojrzała. Wpatrywała się tylko w Amelię, z oczami pełnymi łez.
– Amelia? To naprawdę ty?
To, że po tylu latach wreszcie odnalazła zaginione dziecko, sprawiło, że łzy popłynęły jej ciurkiem po policzkach.
Przed chwilą naprawdę wściekła się przez Yasmin, ale prawdziwym powodem omdlenia było to, że zobaczyła Amelię.
Wystarczyło jedno spojrzenie, by była pewna, że to jej dziecko.
To była bliskość płynąca prosto z krwi.
Przez tę ogromną, duszącą radość zwyczajnie nie wytrzymała i zemdlała.
Amelia patrzyła na Natalie przez chwilę. Ta twarz. Ten głos. Były dziwnie znajome.
Jakby ten głos wołał jej imię niezliczoną ilość razy.
– To ja. – Po raz pierwszy odkąd weszła do posiadłości Richardsonów, na twarzy Amelii pojawił się cień ciepła.
Sekundę później Natalie przestała już trzymać emocje na wodzy. Rzuciła się Amelii w ramiona i wybuchnęła głośnym płaczem.
– W końcu cię znalazłam, Amelio. Przez te wszystkie lata śniłaś mi się co noc. Po każdym przebudzeniu błagałam w duchu, żeby ten sen jeszcze trwał. To moja wina. Nie powinnam była cię stracić. Amelia, to wszystko moja wina!
Jej Amelia.
Jej najmłodsza córka, złączona z nią krwią.
Jej ukochane najmłodsze dziecko.
Kiedyś rodziła jednego syna za drugim tylko po to, by w końcu mieć córkę.
Ale los pozwolił jej nacieszyć się tym szczęściem tylko trzy lata, a potem je brutalnie odebrał.
Amelia czuła, jak łzy Natalie spadają jej na szyję. Ich palące ciepło sprawiło, że odruchowo zesztywniała.
Pierwszy raz w życiu ktoś płakał z jej powodu.
Jakby przez jej serce przepłynął nagle ciepły strumień.
Amelia wzięła się w garść i łagodnie uspokajała:
– Nie płacz. Już wróciłam. To, co było, minęło. Nie ma sensu, żebyś się obwiniała.
Grant też zaczął pocieszać:
– No właśnie, mamo. Amelia jest z nami. To powód do radości. A na radosne chwile się nie płacze.
Natalie z trudem powstrzymała łzy i ujęła twarz Amelii w dłonie, przyglądając się jej uważnie.
Twarz Amelii była cała brudna, jakby przed chwilą wybiegła z pożaru. Na łuku brwiowym wciąż miała przyczernione, osmolone smugi.
Nie zważając na brud, Natalie zaczęła opuszkami palców ścierać kurz, ziarenko po ziarenku, aż w końcu odsłoniła prawdziwą twarz Amelii.
Jej oczy były czyste i jasne, dokładnie takie, jakie Natalie miała w młodości.
Nos odziedziczyła po Quintonie—wysoki, ale równocześnie subtelny, delikatny.
Cała twarz była malutka, jak na dłoń, aż człowieka ściskało w środku i miał ochotę otoczyć ją opieką.
Wszyscy powtarzali, że przybrana córka rodziny Richardsonów, Yasmin, jest nieziemsko piękna.
Ale mało kto wiedział, że Yasmin została zabrana z sierocińca właśnie dlatego, że była podobna do Amelii.
Skoro sama podobizna Amelii w postaci Yasmin potrafiła tak ludzi oczarować, to co dopiero Amelia we własnej osobie?
– Moja Amelio, jaka ty jesteś śliczna… – wyszeptała Natalie.
Oczy miała pełne łez, a mimo to się uśmiechała; wyglądała tak, jakby jednocześnie płakała i śmiała się przez łzy.
Kto by jej nie znał, pomyślałby, że postradała zmysły.
Ale tylko niebo wiedziało, jak bardzo czekała na tę chwilę.
Natalie delikatnie obrysowała palcami rysy Amelii, jakby chciała wryć w pamięć każdy, najdrobniejszy szczegół.
Amelia pierwszy raz w życiu była dotykana w ten sposób. Czuła się dziwnie, nieswojo, wręcz nieopisanie skrępowana.
Chrząknęła i odruchowo odchyliła się lekko do tyłu, unikając dłoni Natalie.
– Już zajęłam się twoim ciałem, ale nie powinnaś się przemęczać ani zbyt się denerwować. Musisz odpoczywać.
W oczach Natalie znów zebrały się łzy.
– Przepraszam, Amelio. Kiedy nasza rodzina miała się dobrze, nie mogliśmy cię znaleźć, żebyś też pożyła dostatnio. A teraz, kiedy jest z nami krucho, wreszcie cię odnaleźliśmy.
Urwała na moment, jakby musiała zebrać się w sobie, by powiedzieć to, co miało paść za chwilę.
– Amelio, jeżeli, tak jak Yasmin, uznasz, że upadek naszej rodziny tylko cię pociągnie w dół, możesz odejść. Masz do tego pełne prawo. Nie będę miała do ciebie żalu. Wystarczy mi, że będę wiedziała, że żyjesz i że jesteś szczęśliwa.
Natalie była rozsądną kobietą.
Kiedy rodzinie się powodziło, Amelia nie zaznała z tego nic.
A teraz, gdy przyszły ciężkie czasy, nie było podstaw, żeby zmuszać ją, by została i razem z nimi dźwigała ich problemy.
Dlatego cokolwiek Amelia postanowi, Natalie nie zamierzała jej za to potępiać.
– Mamo – Grant aż się zapowietrzył – dopiero co znaleźliśmy Amelię, a ty mówisz jej, żeby odeszła?
Natalie zmierzyła go ostrym spojrzeniem.
– Zamknij się. Jak ganiałeś po świecie za Amelią, nie wiesz, co się działo w domu. Nasza rodzina to już nie to, co kiedyś. Czy zostanie, czy odejdzie – niech Amelia sama zdecyduje.
Grant nie odważył się odezwać ponownie i tylko zerkał na Amelię z wyraźnym niepokojem.
Felix natomiast właściwie niewiele czuł.
W końcu, po ponad dwudziestu latach rozłąki, nawet najsilniejsze więzi blakną z czasem.
Poza tym, teraz bardziej niż kiedykolwiek cenił sobie Yasmin.
Wciąż tliła się w nim nadzieja, że jeśli Amelia odejdzie, Yasmin może do nich wróci.
Po dwóch, trzech sekundach milczenia Amelia w końcu zabrała głos.
– Spokojnie, nie odchodzę.
Po pierwsze, skoro wtedy rodzina jej nie porzuciła, to teraz ona też nie powinna tak po prostu ich zostawić.
Po drugie, skoro Oddział Cieni przenosił się do Złotej Doliny, potrzebowała legalnej tożsamości mieszkanki Goldenvale.
Grant kiwnął głową z wyraźnym entuzjazmem.
– No właśnie! Amelia, nawet gdybyś wróciła, to co byś miała? Tylko kosić trawę i robić w polu. A choćby nasza rodzina spadła na samo dno, nikt cię tu do takiej roboty nie zagonii.
Natalie aż drgnęła i zwróciła się do Amelii:
– Ty kosiłaś trawę?
Amelia wzruszyła ramionami.
– Można tak powiedzieć.
W końcu regularne „koszenie” bogaczy z ich majątków niewiele różniło się od koszenia trawy, czy nie?
Łzy, które Natalie dopiero co otarła, znowu popłynęły jej po policzkach.
– Nie wiedziałam, że tak ci było ciężko…
Gdyby wiedziała, gdzie Amelia jest, już dawno by ją zabrała do domu.
Amelia ujęła dłoń Natalie.
– Wcale nie było mi tak źle. Nie dopowiadaj sobie – powiedziała łagodnie.
Kiedy wcześniej usłyszała niechęć w głosie Feliksa, rzeczywiście przemknęła jej przez głowę myśl, żeby odejść.
Ale widząc teraz Natalie w takim stanie, jej serce nieco zmiękło.
Natalie zdecydowanie kiwnęła głową i ścisnęła jej rękę mocniej.
– Dobre z ciebie dziecko.
Felix prychnął kpiąco.
– Mamo, nie obwiniaj się aż tak. Mieszkała na wsi. Moim zdaniem wcale nie miała tak źle. Jeszcze nie widziałem wiejskiej dziewczyny z tak gładką, delikatną skórą.
Chociaż była umorusana, skóra na jej twarzy pozostawała sprężysta i subtelna.
Widać było, że na wsi dbano o nią całkiem nieźle.
