Rozdział 8 Absolutnie nie pozwolę jej odejść

Felix już miał zawołać Amelię, ale ona zdążyła zniknąć w drzwiach.

Przez chwilę Felix naprawdę nie wiedział, co ze sobą zrobić.

Kiedyś szczerze jej nie znosił, a teraz nagle okazało się, że chyba wcale jej aż tak bardzo nie nie cierpi, jak sobie wmawiał.

Ale to trwało tylko moment. Zaraz znów się spiął i utwierdził w postanowieniu, że sprowadzi Yasmin z powrotem.

Amelia była jego siostrą. Ale Yasmin też była jego siostrą.

W każdym razie, rękę miał już wyleczoną.

Spojrzał w stronę okna.

Drugie piętro, niezbyt wysoko.

Sekundę później podszedł do drzwi i przekręcił zamek od środka. Podeszedł do okna i wyskoczył.

Yasmin powinna być teraz u swojego narzeczonego.

Jej narzeczonym był najstarszy syn rodziny Sullivanów, Steven Sullivan.

Zamierzał przyprowadzić Yasmin z powrotem!

Grant i Natalie wyraźnie faworyzowali Amelię — nie mógł tak po prostu wierzyć we wszystko, co mówią. Musiał sam to sprawdzić.

Tymczasem Amelia wróciła do pokoju Natalie, ale zastała ją już śpiącą ze zmęczenia.

Natalie cały czas zaciskała palce na telefonie.

Amelia delikatnie wysunęła telefon z jej dłoni. Już miała odłożyć go na szafkę nocną, gdy zobaczyła historię czatu Natalie z kimś.

Z grubsza chodziło o to, żeby tamta osoba podesłała wszystkie najnowsze modele ubrań.

Serce Amelii trochę zmiękło. Poprawiła Natalie kołdrę, jakby opatulała młodszą siostrę, i po cichu wyszła z pokoju.

W tym momencie odezwał się do niej kręcony chłopak.

Przysłał adres misji medycznej z Wydziału Operacji Cieni.

[Już pogadałem z ludźmi z rodziny Sullivanów, którzy składali zlecenie. Możesz jechać, kiedy chcesz.]

[Okej, wychodzę teraz.]

Amelia odpisała, a potem odnalazła Granta i powiedziała mu, że chce się przejść.

— Pójdę z tobą! — odruchowo zaproponował. — Nie znasz jeszcze tutejszych okolic, boję się, że nie trafisz z powrotem.

Amelia wyrecytowała z pamięci adres: — Rezydencja, Ulica Wierzbowa Jeden.

To był dokładny adres posiadłości Richardsonów, jasny dowód na to, że trafi z powrotem bez problemu.

Grant podrapał się po głowie. — No dobra, ale wróć przed zmrokiem i zadzwoń, jakby coś się działo. Poczekam, posprzątam ci pokój. A, i weź moją kartę — jest na niej ponad milion dolarów. Wydawaj, na co chcesz.

Amelia machnęła ręką. — Nie trzeba, mam pieniądze.

Grant był uparty. Wcisnął jej kartę w dłoń.

— Ile ty możesz mieć tych pieniędzy? Nie wygłupiaj się. Baw się dobrze, kup sobie, co tylko chcesz. Ten ciuch, który masz na sobie, to jakaś bieda z nędzą — idź do galerii i wybierz coś porządnego.

Gdyby nie był facetem, który kompletnie nie ogarnia dziewczyńskich gustów, poszedłby z nią na zakupy sam.

Amelia przygryzła wargi, ale kartę w końcu przyjęła.

Samochód rodziny Richardsonów był zbyt rzucający się w oczy, więc po namyśle Amelia zdecydowała się złapać taksówkę.

Pół godziny później dotarła do apteki.

— Potrzebuję tych ziół.

Właściciel apteki wziął kartkę, rzucił okiem na listę, potem zmierzył Amelię podejrzliwym spojrzeniem.

— Proszę pani, te zioła są wszystkie bardzo drogie, a ten Szkarłatny Szałwię szczególnie… to skarb mojego sklepu. Mam tylko jedną. Sama ta jedna roślina kosztuje pięćset tysięcy dolarów.

— Mam pieniądze.

Właściciel jeszcze raz przyjrzał się Amelii od góry do dołu.

To znoszone ubranie… w Złotej Dolinie nawet żebrak nie chciałby się tak ubierać.

Machnął ręką z niecierpliwością. — Dobra, spadaj, dziewczyno. Prowadzę porządny interes, nie będę się z tobą bawił w takie żarty.

Ledwo to powiedział, w wejściu do apteki pojawiła się rzucająca się w oczy, elegancka sylwetka.

Oczy właściciela natychmiast się rozjaśniły. Zostawił Amelię samą i popędził przywitać nową klientkę.

— Pani Sullivan? Znowu po leki dla pana Sullivana?

Maeve skinęła głową. — Ta sama recepta co ostatnio. Ale tym razem proszę jeszcze dodać Szkarłatną Szałwię — słyszałam, że macie jedną.

— Pani Sullivan zna się na rzeczy! Szkarłatna Szałwia to skarb naszego sklepu, tyle że cena jest… dość wysoka.

— Wyglądam na kogoś, komu brakuje pieniędzy?

— Ależ skąd! Oczywiście, że nie! Zaraz wszystko przygotuję!

Właściciel już miał ruszyć do magazynu, gdy nagle poczuł, jak czyjaś smukła, ale zaskakująco silna dłoń zaciska mu się na ramieniu.

Odwrócił się zdziwiony i zobaczył, że to Amelia. Od razu warknął niecierpliwie: — Ty się jeszcze nie wyniosłaś? Jak zaraz nie wyjdziesz, dzwonię na policję!

— Szkarłatna Szałwia… ja byłam pierwsza.

Na te słowa Maeve odruchowo spojrzała w stronę Amelii.

Ujrzała jej biedne, byle jakie ubranie i natychmiast skrzywiła się z pogardliwym uśmieszkiem.

— Ty chcesz się ze mną licytować o lekarstwo?

Amelia rzuciła tylko krótko:

– Kto pierwszy, ten lepszy.

Maeve parsknęła śmiechem.

– Cody, serio, obsługujesz tu teraz żebraków?

Cody od razu pokręcił głową.

– No coś ty! Nie mam pojęcia, skąd się ta baba wzięła, ale zaraz ją wywalę!

Przy tych słowach zmierzył Amelię wściekłym spojrzeniem.

– Mówię to ostatni raz: spadaj!

Amelia miała tylko jedną odpowiedź:

– Kto pierwszy, ten lepszy.

– Ty…!

Cody właśnie miał wybuchnąć, kiedy Maeve strzeliła palcami.

Natychmiast wbiegło dwóch rosłych ochroniarzy.

– Pani Sullivan!

Maeve uniosła podbródek w stronę Amelii.

– Pomóżcie Cody’emu wyrzucić tę żebraczkę.

– Tak jest!

Dwaj ochroniarze ruszyli na Amelię, twarze mieli twarde jak kamień.

Ale gdy tylko wyciągnęli ręce, żeby ją chwycić, jeden z nich poleciał w bok od potężnego kopniaka Amelii, uderzył w ścianę i osunął się na podłogę, charcząc z bólu.

Widząc to, drugi chwycił pałkę elektryczną i zamachnął się nią z całej siły w stronę Amelii.

Gdyby trafił ją w głowę, mógłby ją zabić.

Maeve w ogóle nie bała się, że ktoś tu zginie.

Po Amelii było widać, że jest nikim – jakby co, policja i tak stanęłaby po jej stronie.

Jedno darmowe życie.

W następnej chwili Amelia kopnięciem wytrąciła mu pałkę z ręki, a przez dłoń ochroniarza przeszło piekące porażenie bólu.

Co za szybkość!

Co za siła!

Ten styl walki wyglądał jak techniki ze Stowarzyszenia Sztuk Bojowych.

Zanim ochroniarz zdążył w ogóle zareagować, Amelia chwyciła go za kołnierz i z całej siły rąbnęła nim o ladę przy kasie.

Moment później krew trysnęła mu z czoła, a on stracił przytomność.

Maeve zamarła, odruchowo cofnęła się o dwa kroki.

– Kim ty jesteś? Ostrzegam cię, ja jestem córką rodziny Sullivan. Jak się ze mną zadziera, to się prosi o śmierć!

Amelia przez cały czas miała spokojne, chłodne oczy.

Dopiero gdy usłyszała „rodzina Sullivan”, jej powieki lekko drgnęły.

Puściła zakrwawionego ochroniarza i spojrzała na oniemiałego Cody’ego.

– Szkarłatna Szałwia – sprzedajesz czy nie?

– Ja… ja…

Zanim Cody się zdecydował, odezwała się Maeve.

– Cody, jak się odważysz sprzedać jej, to ci dziś kończy się interes, rozumiemy się?

Ramiona Cody’ego aż drgnęły. Już otwierał usta, gdy poczuł na sobie wzrok Amelii.

Przełknął ślinę, w końcu zacisnął zęby.

– Te zioła kosztują pięćset tysięcy dolarów. Stać cię?

To pytanie było do Amelii.

Amelia rzuciła na ladę czarną kartę.

– Skasuj, ile trzeba.

Cody z wahaniem wsunął ją do czytnika – transakcja na pięćset tysięcy przeszła.

– Zaraz wszystko przyniosę.

Maeve od razu wpadła w panikę.

– Cody, zwariowałeś? Nie chcesz już robić interesów?!

Cody bez chwili wahania poszedł prosto do magazynku. Wrócił z kompletem ziół, których Amelia potrzebowała, i podał je jej oburącz.

Pieniądze pieniądzmi, ale życie ma jedno.

Poza tym sprzedał skarb – kasy mu nie zabraknie, zawsze może otworzyć nową aptekę gdzie indziej.

Lepsze to niż tutaj umrzeć.

Widział po Amelii, że naprawdę mogłaby go zabić.

Amelia wzięła zioła, schowała kartę i ruszyła w stronę wyjścia.

Maeve szybko zastąpiła jej drogę.

– Nigdzie nie pójdziesz!

Amelia zmierzyła ją lodowatym spojrzeniem.

– Serio chcesz się o to bić?

To mordercze spojrzenie natychmiast odebrało Maeve mowę.

Przyjechała tylko z dwoma ochroniarzami.

Skoro oni nie mieli z nią szans, to ona – bez żadnego przeszkolenia – tym bardziej.

Widząc, że Maeve milczy, Amelia ścisnęła mocniej zioła i szybko opuściła aptekę.

Maeve czuła się upokorzona do żywego, zgrzytała zębami z wściekłości.

Zapamięta tę kobietę.

Jeśli jeszcze kiedyś ją spotka, na pewno jej nie odpuści!

– Pani Sullivan – odezwał się w tym momencie Cody – właściwie mam tu jeszcze jedno zioło, o podobnym działaniu jak Szkarłatna Szałwia…

– Zamknij się! – Maeve zmierzyła go morderczym wzrokiem. – Jutro możesz się pożegnać z tym sklepem!

Po tych słowach kopnęła zakrwawionego ochroniarza.

– Bezużyteczny szmelc! Wstawaj i idziesz ze mną!

Bez Szkarłatnej Szałwii rodzice ją zjedzą żywcem.

Lekarz, którego sprowadzili, miał zaraz przyjechać, a w wymaganiach wyraźnie było: Szkarłatna Szałwia.

Musiała pędzić do innych aptek i sprawdzić, czy gdzieś ją dostanie.

Tymczasem przy wejściu na Maeve czekał w samochodzie Isaac, „narzeczony” Amelii ze wsi.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział