Rozdział 2

Moja babcia kaszle, gdy podchodzi do mnie od tyłu, wyrywając mnie z zamyślenia. Byłem pogrążony we wspomnieniach z dzieciństwa i tragicznych wydarzeń, które miały miejsce w międzyczasie. Chwyta mnie za rękę, zmuszając do spojrzenia na nią. Jej blada twarz ma wyraz pełen zrozumienia, jakby wiedziała, o czym myślę. Nigdy nie wątpiłem w jej zdolność do czytania ludzi. Często znała mnie lepiej niż ja sam.

Wycieram ręce w ręcznik, zanim pozwolę jej pociągnąć mnie do zniszczonego stołu, który stał w tym małym, zrujnowanym kuchni, miejsce się rozpada, farba łuszczy się ze ścian, ławki z płyty wiórowej kruszą się i rozpadają, miejsce się rozpada, żadne urządzenie nie działało poza lodówką, nie że miała w sobie wiele. Nawet dach uginał się do środka z powodu zniszczeń spowodowanych ostatnią burzą. Zrujnowane to mało powiedziane, ten dom był skazany na zagładę i porzucony dawno przed tym, jak na niego trafiliśmy, szukając miejsca, gdzie można by przespać się w półsuchym miejscu.

Siedząc na krześle naprzeciwko mojej babci, nogi chwieją się, a ja wzdycham ciężko, martwiąc się o jej pogarszający się stan zdrowia. Jej fioletowe oczy straciły większość swojego blasku przez lata. Kiedy byłem dzieckiem, świeciły jasno, niemal promieniały.

Teraz wyglądają matowo i bez życia, niemal puste. A jednak pełne wiedzy i mądrości, jakby widziały wiele przez lata. Wiedziałem, że jej wspomnienia nawiedzały ją jak zły sen. Ukrywamy nasze oczy głównie, mając nadzieję wtopić się w ludzi, którzy przetrwali wojny. Lepiej być człowiekiem niż ściganym i zabijanym, jak to robili z Czarownicami.

Jej kiedyś lśniące czarne włosy stały się białe jak śnieg, sięgając do bioder. Moja babcia była kiedyś najsilniejszą osobą, jaką znałem, ale lata trudności odcisnęły na niej swoje piętno. Teraz była słaba, ledwo mogła chodzić bez wsparcia, jej mięśnie skurczyły się do cienia dawnych, pozostawiając ją wyglądającą jak szkielet pokryty skórą.

"O czym myślisz, moje dziecko?" pyta, jej oczy łagodnieją, gdy na mnie patrzy.

"Niczego, babciu, ale pójdę po coś na ten kaszel. Trwa już za długo," mówię zmartwiony. Nie mogę pozwolić sobie na jej utratę. Była wszystkim, co mi pozostało na tym świecie. Moja babcia pokręciła głową, ale wstałem, nie przyjmując odmowy.

"Eloro, nie stać nas na lekarstwa, kochanie. Będę dobrze," próbuje mnie uspokoić. Ma rację, nie stać nas na lekarstwa, ale wiem, że znajdę sposób. Zawsze znajdę. Babcia musiała wiedzieć, o czym myślałem, gdy próbowała wstać, ale szybko usiadła, jej kaszel odbierając jej oddech, gdy jej ciało drżało przy każdym wdechu.

"Nie możesz, to było twojej matki," mówi, zanim znowu zaczyna kaszleć. Pocieram jej plecy, próbując pomóc, zanim podaję jej szklankę wody. Pije powoli, próbując złapać oddech.

"Weź to," mówi, zdejmując obrączkę z jej wychudzonego, starego palca. Zsunęła się łatwo, zbyt duża na jej wątły palec. Pierścień był jednym z jej najcenniejszych skarbów, z misternymi winoroślami owijającymi się wokół obrączki.

"Nie pozwolę ci sprzedawać więcej rzeczy twojej matki dla mnie." Trzymam złotą obrączkę w dłoni. Była to kolejna rodzinna pamiątka, którą dostała od swojego zmarłego męża, mojego dziadka, a wcześniej od jego matki. Zaciskam dłoń, zanim wrzucam ją do kieszeni dżinsów.

"Będę jak najszybciej, babciu. Spróbuj się ogrzać," mówię, próbując uspokoić jej umysł.

Biorę płaszcz, zakładając go, gdy wychodzę na zewnątrz. Śnieg wnika w moje dziurawe buty, sprawiając, że palce u stóp drętwieją. Zimy zawsze były bezlitosne, a ta zima wydawała się wyjątkowo zimna. Mieszkaliśmy w mieście w starej opuszczonej chacie. To nie było wiele, ale przynajmniej trzymało nas sucho i z dala od żywiołów. Mówię chata, bo na pewno nie był to dom. Jedna strona zawaliła się po burzy, czyniąc tylko połowę miejsca zdatną do zamieszkania. Na plus, miała bieżącą wodę i działającą toaletę, więc i tak było lepiej niż w ostatnim miejscu, w którym mieszkaliśmy.

Chcieliśmy opuścić miasto, ale władcy smoków nie pozwalali nikomu odejść. Strażnicy stali na każdym punkcie kontrolnym i naszym zdaniem nie było warto ryzykować. Królowie Smoków zabili ostatnich dwóch starszych, gdy próbowali uciec, a ona była najbliżej zamku, zmuszając nas do życia w zrujnowanych opuszczonych domach. Mieliśmy tyle szczęścia, że pozostaliśmy niezauważeni tak długo.

Nie wiedzą o moim istnieniu i modliłem się, aby tak pozostało. Ale bycie Fae w mieście było trudne. Miałem problem ze znalezieniem pracy, ponieważ nie mogłem pozostawać w jednym miejscu zbyt długo; każdy, kto patrzyłby zbyt uważnie, mógłby powiedzieć, że jestem Fae. Moja babcia, która nie mogła używać magii, aby się przebrać, również nie mogła pracować.

Więc moje opcje to były zbieractwo i handel wymienny lub bycie zmuszonym do kradzieży. Nienawidziłem być zmuszonym do kradzieży od innych i również nienawidziłem kradzieży od ludzi, tak jak Fae byli bezbronni i wymierali. Ludzie nie mieli wiele do zaczęcia, nie w tym mieście, które było przepełnione bezdomnymi. Wszyscy byli zmuszeni żyć w biedzie, chyba że byli Smokami, Lykanami lub Wampirami. W mieście nie było wielu Lykanów. Smoki tolerowały ich do pewnego stopnia, ale na pewno nie byli ze sobą przyjaźni. Smoki są terytorialnymi stworzeniami, podobnie jak Lykanie, co sprawiało, że nie nadawali się do życia blisko siebie.

Idąc po błotnistych ulicach, wyciągam soczewki kontaktowe i wkładam je, natychmiast zmieniając kolor moich oczu na błotnisty brąz. Nienawidzę ich nosić, jako Fae miałem lepszy wzrok i widziałem każdą linię na cienkiej folii, która drażniła moje oczy. Ulice miasta są zaśmiecone śmieciami i bezdomnymi ludźmi. Nie było nawet dziwne widzieć martwych leżących na drogach i ścieżkach. Głód jest największym zabójcą ludzi, zaraz po zimnie.

Bezdomni są w dużym niebezpieczeństwie, jeśli nie zabiły ich warunki atmosferyczne, to robiły to drapieżniki, a tych w mieście nie brakowało, jak wampiry, które traktowały ludzi jak swoje osobiste źródło krwi. Wilkołaki, które dostały się do miasta lub którym pozwolono tu mieszkać, co było rzadkością, lubiły zabijać dla sportu i kochały pościg. Ulice nie były bezpieczne w żadnej części miasta, miejsce było przeludnione. Wiele stworzeń chodziło po ulicach, robiąc wszystko, co mogły, aby przetrwać kolejny dzień.

Dorastając, szybko nauczyłem się różnicy między różnymi gatunkami. Od tego czasu Elfy, Anioły i Czarownice wyginęły. Nigdy nie spotkałem żadnego z nich.

Smoki miały gadzie oczy i były duże, ponure i muskularne. Smoki były najłatwiejsze do zidentyfikowania. Smoki były wyższe niż jakiekolwiek inne nadprzyrodzone stworzenie w mieście, miały też tę aurę drapieżnika. Ich boski wygląd jasno wskazywał, kim są. Jednak tylko trzy Smoki mieszkały w tym mieście. Smoczy lordowie rządzili, a miasto było ich placem zabaw i pozwalali nam jedynie tu istnieć.

Kolejnym dziwnym faktem o Smokach było to, że od czasu wojny nie urodziły się żadne smocze samice, co rozwścieczyło Smoczych lordów i podsyciło ich nienawiść do Fae. Oni również byli gatunkiem na wymarciu. Choć nieśmiertelni, większość z nich spędzała życie samotnie lub wybierała innego mężczyznę na partnera. Widziałem Smoczych lordów z daleka, ale nigdy nie zbliżyłem się na tyle, by ich poznać i modliłem się, by nigdy do tego nie doszło. Są trzej lordowie i krążyły plotki w mieście, że kiedy nie mogli znaleźć swoich partnerów, wybierali siebie nawzajem, mając nadzieję, że utrzymają się na tyle silni, by rządzić królestwem.

Czasami ludzie byli zmuszani do zamku i nigdy więcej ich nie widziano. Dotyczyło to zwłaszcza kobiet przechodzących przez te bramy. Smoki były nienasycone i impulsywne, zwykle zabierały kobietę, zanim ją zabiły, nie miało znaczenia, jakiego była gatunku czy statusu, nikt nie przeżył po przejściu przez te żelazne bramy.

Na ogół wszyscy wyglądali jak ludzie, z wyjątkiem oczu lub koloru skóry. Wampiry były bledsze od ludzi, wyglądały jak istoty zmarłych, miały krwistoczerwone oczy i kły.

Natomiast zmiennokształtni, jak Królowie Smoków, wyglądali jak ludzie, poza oczami, które przypominały oczy węża. Mówiono, że ich skóra jest twardsza, grubsza i nieprzenikniona.

Lykany również miały pewne podobieństwa do smoków; mogły częściowo się przekształcać nawet w ludzkiej formie, jak smoki, nie musiały całkowicie się zmieniać, by nagle stać się potworami. Trzymałam wzrok spuszczony, idąc przez ulice. Większość ludzi rzucała na mnie okiem i zakładała, że jestem człowiekiem.

Tak było najbezpieczniej; bycie Fae było niebezpieczne. Moje DNA mogło mnie zabić, jeśli ktoś by je odkrył. Mój gatunek był ścigany, a smoki były naszymi największymi wrogami. Smoki nienawidziły Fae za rolę, jaką odegraliśmy w wojnie, więc gdyby nas odkryto, zostalibyśmy zabici.

Wampiry były najłatwiejsze do rozpoznania z ich krwistoczerwonymi oczami i bladą skórą. Oczy Lykanów były czarne jak onyks, wysocy i niezwykle muskularni. Byli temperamentnymi stworzeniami, jak smoki. Starałam się ich unikać za wszelką cenę; byli bezlitośni, jak smoki. Nie że wielu przechodziło przez miasto, nie było tajemnicą, że nie byli lubiani przez smoki. Smoki czasami dawały im pozwolenie na wejście do miasta w poszukiwaniu potencjalnych partnerów. Smoki miały partnerów; większość nadprzyrodzonych stworzeń miała partnerów.

Nie Fae, jednak. My mogliśmy wybierać swoje przeznaczenie, nie mieliśmy partnerów jak smoki i inni zmiennokształtni. Nie, Fae mogli wybierać z kim chcieli być. Niestety, to nie oznaczało, że nie mogliśmy być przeznaczeni sobie nawzajem. Przed przejęciem świata było wiele mieszanych gatunków i nie było wtedy niespotykane, że inne gatunki twierdziły, iż Fae są ich partnerami. Więc mogłam wybrać, kogo będę kochać.

Skręcając za róg na następną ulicę, spojrzałam w górę, by zobaczyć brudny drewniany znak, który wskazywał, że dotarłam do apteki. Człowiek, który tam pracował, był miły, a ponieważ pieniądze były tu rzadkie, pozwalał mi handlować za to, czego potrzebowałam, złoto było jedną z najtrudniejszych do zdobycia walut, ale także najbardziej wartościową. Opuszczam wzrok i zaczynam iść, starając się wtopić w tłum ludzi. Wchodząc do zrujnowanego sklepu, zdejmuję kaptur, pozwalając moim czarnym włosom opadać na plecy jak welon.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział