Rozdział 3

Victor, właściciel sklepu, podnosi wzrok. Uśmiech błąka się na jego ustach, gdy mnie widzi. Zawsze lubił moją babcię. Byli przyjaciółmi, zanim wszystko się posypało.

"Elora, kochanie, jak się miewa twoja babcia?" pyta. Victor wygląda na zaniepokojonego, widząc mnie tak późno. Wiedział, że muszę wrócić do domu przed zmrokiem. Wtedy wychodziły na polowanie nocne stworzenia, jak wampiry. Nigdy nie było bezpiecznie na ulicy po zmroku, łatwy łup dla bardziej złośliwych istot.

"Niedobrze, Victor. Kaszel nie ustępuje. Pogarsza się," mówię, wyciągając z kieszeni obrączkę ślubną babci.

Kładę ją na ladzie, rzucając mu porozumiewawcze spojrzenie. Chwyta ją, wkładając do kieszeni, i kiwając głową, zanim zniknie na zapleczu, by wrócić z butelką płynu. Victor wie, kim jest moja babcia, ale nigdy o tym nie wspomina, wiedząc, że to wyrok śmierci, gdyby ktoś usłyszał, że mówi o Fae.

"Daj jej to trzy razy dziennie; nie mam nic mocniejszego. Zioła stają się trudniejsze do znalezienia, zwłaszcza zimą." Kiwam głową, chwytając butelkę i zakładając z powrotem kaptur.

"Elora, uważaj na siebie," ostrzega, idąc za mną, gotowy zaryglować się, zanim te, które chodzą po nocy, wyjdą na łowy.

Wyszłam na mroźne powietrze. Moje palce u nóg już zdrętwiały od błota i śniegu wsiąkających w buty. Pochylając głowę przed wścibskimi oczami, biegnę do domu. Gdy docieram do rogu, wpadam na kogoś.

Mruczę "Przepraszam" i próbuję odejść, ale ktoś chwyta mnie za ramię, szarpiąc mnie przed siebie. Widzę czarne buty mężczyzny, gdy moje oczy pozostają utkwione w ziemi. Jego uchwyt na moim ramieniu jest mocny, ale też ciepły, czuję, jak jego ciepło przenika przez kurtkę do mojej skóry.

"Zdejmij kaptur," rozkazuje głęboki głos mężczyzny. Próbuję uwolnić się z jego uchwytu, ale jest silniejszy, jego palce miażdżą, jego uchwyt nie słabnie. Szarpie kaptur, odsłaniając moje czarne włosy. Wciąż unikam jego wzroku. Każdy mógłby zauważyć, że noszę soczewki kontaktowe, gdyby spojrzał dokładnie. Serce mi przyspiesza, gdy znów słyszę jego głos.

"Spójrz na mnie, dziewczyno," warczy głos.

Kręcę głową, próbując jeszcze raz wyrwać się z jego uchwytu. Chwyta moją twarz, zmuszając moje oczy do spojrzenia w jego. Widzę ludzi obserwujących scenę, strach wyraźny na ich twarzach. Wkrótce rozumiem dlaczego, gdy moje oczy spotykają jego złote, gadzie oczy, przenikające moje. Ten mężczyzna to Smok, słyszę, jak nisko warczy; wibruje przez jego klatkę piersiową, jego oczy niebezpiecznie migoczą, oczy, które nie były ludzkie, jego opalona skóra jest ciepła nawet przez moją parkę. Ledwo sięgam mu do połowy klatki piersiowej. Jego włosy były ciemne, prawie czarne, ale dłuższe na górze, wyglądał, jakby nie golił się od kilku dni, zarost pokrywał jego twarz, jego rysy były ostre, wysokie kości policzkowe i pełne usta, wyglądał jak mokry sen kobiety. Jednak jego aura była zastraszająca, jego uchwyt na mnie nieustępliwy.

„Czym jesteś?” domaga się odpowiedzi.

Jedną z rzeczy, których nienawidziłam w byciu Fae, była nasza niezdolność do kłamstwa. Mogliśmy kręcić, ale nie mogliśmy odpowiedzieć na bezpośrednie pytanie nieuczciwie. Zaciskam usta w cienką linię, walcząc z chęcią odpowiedzi, gdy szeroko otwartymi oczami wpatruję się w mężczyznę.

Kłótnia między dwoma bezdomnymi wybucha na ulicy, odwracając jego uwagę na chwilę. Nie tracę czasu, zdzieram z siebie parkę i wysuwam ręce, uciekając z jego uścisku. Biegnę w górę alejki, używając kontenera na śmieci do przeskoczenia płotu, po czym biegnę za kolejnym budynkiem. Czuję, jak moje mięśnie sztywnieją na zimnie, a każdy oddech tworzy chmury pary w powietrzu. Słyszę potężny ryk i wiem, że mnie goni. Biegnę dalej, nie patrząc za siebie.

Gdy widzę domy wzdłuż ulicy, przemykam przez ich podwórka, przeskakując płot za płotem, aż w końcu go gubię. Ale to nie wszystko, co straciłam. W kurtce były lekarstwa mojej babci. Ale nie mam czasu, żeby wrócić. Zrozpaczona, biegnę dalej, aż znajduję nasz dom, wpadając do środka i zatrzaskując za sobą drzwi. Moje serce wali w piersi tak mocno, że słyszę jego nierówny rytm. To było blisko, za blisko.

„Eloro, kochanie, to ty?” słyszę głos mojej babci, zanim zaczyna gwałtownie kaszleć. Idę do niej; nadal siedzi w kuchni przy stole. Uśmiecha się delikatnie, zanim zauważy brak mojej kurtki.

„Co się stało?” pyta z trudem. Zmartwienie marszczy jej cienkie brwi.

„Spotkałam Smoka,” mówię, drżącym głosem. „Gonił mnie, ale chyba go zgubiłam.”

Moja babcia marszczy brwi w lekkiej panice i zaczyna znowu kaszleć. Biegnę do niej, bezradnie patrząc, jak atak kaszlu wstrząsa jej drobną sylwetką.

„Zgubiłam lekarstwo, babciu; było w kurtce. Będę musiała spróbować jutro,” mówię jej, a łzy napływają mi do oczu.

„To nic, kochanie, najważniejsze, że jesteś teraz bezpieczna,” mruczy, choć czuję jej strach, że prawie mnie złapano. Jej ręce lekko drżą na stole, a paznokcie stukają z niepokoju.

Noc mija szybko. Spaliśmy, gdy usłyszeliśmy głosy ludzi na ulicy, krzyczących. Zerwałam się na równe nogi, sparaliżowana strachem. Podchodzę do okna, delikatnie odsuwając zasłonę, starając się nie stanąć w miejscu, gdzie mogłabym być widoczna. Wyglądam na zewnątrz, widząc mężczyzn z pochodniami, niektórzy w ludzkiej postaci, inni nie. Wyciągają ludzi na ulicę, chodząc od drzwi do drzwi. Widzę mężczyznę w zbroi, który idzie do domu obok nas, zanim słyszę przenikliwy krzyk kobiety, którą ciągną na ulicę, jej rodzina bezradnie patrzy, jak ciągną ją za włosy.

Moja krew zamarza, słysząc jej błagania i prośby, gdy wyciągają ją z domu. Cała ulica jest w chaosie. Biegnę do kanapy, na której śpi moja babcia, ale ona też już nie śpi, czujna po usłyszeniu krzyków wszystkich na ulicy.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział