Rozdział 4
Odłamek szkła wbił mi się w skórę i ledwo zdążyłam zarejestrować ból, kiedy moje spojrzenie zderzyło się z oczami Zelli stojącej w drzwiach do kuchni. Patrzyła na mnie spode łba, takim spojrzeniem, że aż ścinało z nóg, a potem przeniosła wzrok na bajzel, który narobiłam na podłodze. Omega, która przed chwilą klęczała obok, odsunęła się ode mnie na bezpieczną odległość, jakby chciała wszystkim naokoło jasno pokazać, że nie miała z tym nic wspólnego. Żołądek wciąż bolał mnie niemiłosiernie, noga krwawiła, a blizny na plecach piekły jak świeżo rozcięte, ale nie mam pojęcia, jakim cudem wciąż stałam na nogach. Jak przyklejona do miejsca, szeptałam w myślach ostatnie modlitwy, a po policzkach bezgłośnie spływały łzy.
– Co tyś narobiła?! – wrzasnęła Zella.
Czemu ja mam takie cholerne nieszczęście? Czemu nigdy nie potrafię nic zrobić jak trzeba? Czemu robię to, co każdy normalny człowiek by zrobił, a i tak zawsze wychodzi inaczej? Nic mi się w życiu nie udawało. Może faktycznie byłam przeklęta, tak jak wszyscy szeptali za moimi plecami.
Jej oczy płonęły wściekłością. Szukałam w głowie odpowiednich słów, żeby jakoś to wyjaśnić, ale co ja niby mogłam powiedzieć, żeby się z tego wytłumaczyć? Nic. Absolutnie nic.
– Pro…ooszę… – chciałam błagać, ale słowo wyszło mi z ust pokracznie, jakby język mi się poplątał. Zacisnęłam powieki, marząc, żeby w ogóle nie być w tej sytuacji. Żeby otworzyć oczy i zobaczyć, że to wszystko zniknęło. Żeby obudzić się z tego koszmaru. Ale to nie był taki zwykły koszmar, jak wszystkie poprzednie katastrofy, które sama sobie w życiu zgotowałam. To się nie miało tak po prostu rozpłynąć.
Otworzyłam oczy o ułamek sekundy za późno, żeby uskoczyć przed drewnianą łyżką, którą Zella we mnie cisnęła. Trafiła mnie prosto w twarz, omal nie łamiąc mi nosa. Krzyknęłam i runęłam na kolana.
– Przysięgam, to był wypadek… – wychrypiałam błagalnie. – Nie zrobiłam tego specjalnie.
Ból, który wcześniej rozrywał mnie od środka na myśl o moim partnerze w ramionach innej, nagle jakby się urwał. Poczułam ulgę, chorą, przewrotną ulgę. Jedna rzecz mniej do zniesienia w tej chwili.
Zella rzuciła się na mnie ze szpatułką w ręku. Moje słowa rozwścieczyły ją tak jak wszystkich innych. Smagała mnie po twarzy, po głowie, po ramionach, po rękach, po każdym kawałku ciała, do którego dosięgnęła, sypiąc przy tym przekleństwami, aż szpatułka pękła na pół.
Za to też mnie obwiniła. A kiedy uznała, że nie krzyczę tak głośno, jakby sobie tego życzyła, chwyciła aluminiową tacę i zaczęła okładać mnie nią dalej. Leżałam już na kilku kawałkach potłuczonej ceramiki; czułam, jak odłamki szkła wbijają mi się w skórę ramion i ud, a krew sączy się powoli, brudząc ubranie. Czułam też, jak rany na plecach znowu się otwierają. A ja mogłam tylko płakać i błagać.
– Co się tu, do cholery, dzieje? – warknął znajomy głos za naszymi plecami.
Ręka Zelli zatrzymała się w pół ruchu, taca zawisła w powietrzu. Odwróciła się powoli w stronę właściciela tego głosu. Mój wzrok był zamglony od łez, ale tę sylwetkę poznałabym nawet w najciemniejszą noc. Stał z nogami lekko rozstawionymi, dłonie wsparte na biodrach.
Moja wilczyca zaskomlała gdzieś w środku, ale ja ledwo mogłam się poruszyć. Powoli odpływałam w nieprzytomność, jak ktoś tonący w lodowatej wodzie, ale wmawiałam sobie, że muszę wytrzymać. Muszę być silna. Choć odrobinkę.
– To ona… – Zella wskazała na potłuczone talerze na podłodze. – To ona specjalnie potłukła moje drogie naczynia, bez cienia skruchy.
Kłamała, ale to nie miało żadnego znaczenia. Czy skłamałaby, czy powiedziała prawdę – nikt i tak by się za mną nie wstawił. Zwłaszcza nie Zayden Vaughn.
Zayden ruszył w moją stronę ciężkim, pewnym krokiem. Cofnęłabym się, gdybym nie była już tak bardzo wykończona. Złapał mnie za włosy i szarpnął do góry, podnosząc mnie z ziemi jak szmacianą lalkę. Wrzasnęłam, zaciskając palce na jego dłoni, która szarpała mnie za włosy. Ból był ostry, przeszywający, łzy leciały mi jeszcze obficiej.
– Ty idiotko – prychnął z pogardą.
Kątem oka widziałam, jak Zella aż promienieje z satysfakcji. No pięknie, jeszcze jej tego brakowało do pełni szczęścia. Czemu Zayden musiał się tu pojawić właśnie teraz? Czy nie był przed chwilą z jedną ze swoich licznych kochanek? Czemu akurat on musiał wejść do kuchni w tym momencie?
– To nie pierwszy raz, Alfa Zayden – wtrąciła się Zella, aż nazbyt ochoczo.
Raz, pięć lat temu, naprawdę stłukłam talerz. Dostałam za to karę i odpiekłam swoje, ale Zella nie należała do ludzi, którzy łatwo zapominają. Od tamtej pory przy każdej okazji potrafiła mi to wypominać. Będzie to ciągnąć za mną jak ogon, aż do mojego ostatniego oddechu.
„— Proszę. Przysięgam…”
Nie dał mi dokończyć.
— Proszę co? — warknął.
— Proszę, Alfie Zayden — poprawiłam się szybko. Zayden nie był jeszcze rządzącym alfą, ale zrobił z tego obowiązek, żeby każdy zwracał się do niego per alfa. Na każdego, kto odważył się powiedzieć inaczej, sprowadzał ogień i siarkę. Zacisnął mocniej palce na moich włosach, jego oczy obrzydliwie sunęły po moim ciele.
— Nie tylko zostaniesz ukarana, niewolnico, ale jeszcze zapłacisz za każdą jedną rzecz, którą zniszczyłaś — oznajmił. W całej tej watasze każdy woła na mnie „niewolnica”. Właściwie tak się do tego przyzwyczaiłam, że moje prawdziwe imię brzmi obco nawet wtedy, gdy Ailana go używa. Ale kiedy Alfa Zayden nazywa mnie niewolnicą, coś przeszywa mi serce jak nóż.
W pierwszych tygodniach po tym, jak odkryłam, że jesteśmy sobie pisani jako partnerzy, czułam dziki głód i przyciąganie do niego, mimo że jasno dał mi do zrozumienia, że go brzydzę. Błagałam, żeby chociaż zwracał się do mnie po imieniu, ale on najwyraźniej lubił patrzeć, jak robi mi się smutno.
Kazał mi kiedyś klęknąć i zrobić mu loda, a potem mnie pobił, że niby robię to źle. To od tamtego dnia kazał mi siedzieć i patrzeć, jak robi to inna, a potem pieprzył ją przy mnie. Powiedział, że doprowadzi mnie do tego, że sama będę błagała o odrzucenie więzi, i właśnie byłam na krawędzi, żeby to zrobić. Gdyby Zella i ta omega nie były teraz w kuchni, z podkulonym ogonem błagałabym go bez wahania.
Nie mogłam go odrzucić, bo byłam niższego stopnia, a z mojej strony byłoby to skrajnym brakiem szacunku. Poza tym nawet gdybym to zrobiła, on i tak musiałby to odrzucenie przyjąć, inaczej po dwóch tygodniach zostałoby unieważnione. Wolałabym znieść ból odrzucenia niż ból patrzenia, jak on jest z innymi kobietami dzień w dzień.
— J-ja nie mam żadnych pieniędzy — nie wiem, jakim cudem zabrzmiałam tak obronnie, skoro tak naprawdę chciałam tylko paść na twarz i lizać mu buty, błagając o litość. Wiem, że sprawi, że pożałuję każdej odrobiny buntu, ale czy nie mógłby mnie po prostu zabić? Chcę umrzeć i nie obchodzi mnie, czyje ręce tego dokonają. Chcę zostawić to wszystko za sobą i dołączyć do moich zdradzieckich rodziców w tamtym świecie.
Uderzył mnie w twarz tak mocno, że byłam pewna, iż odcisnął palce na mojej skórze. Policzek palił ogniem, a razem z odłamkami szkła wbijającymi się w moje ciało i z bólem po rózgach alfy na plecach, które znowu popękały, czułam, jakby płonęło całe moje ciało.
— Nie odszczekujesz się swojej alfie, niewolnico! — zawył. — Mogę cię zabić, sprawić, że będziesz konać powoli, w męczarniach, ale to nie jest ten dzień. Następne dni spędzisz w lochach, może się tam czegoś nauczysz — syknął i szarpnął mną tak, że znów osunęłam się na ziemię.
Usłyszałam, jak wzywa strażników, a potem poczułam silne, umięśnione dłonie chwytające mnie za oba ramiona i podciągające do góry. Nogi nie chciały mnie nieść, powieki nie chciały się już otworzyć. Czułam tylko ból. Nic więcej.
Ciągnęli mnie, gdy oczy nadal miałam zamknięte, ale mimo to byłam boleśnie świadoma otoczenia. Zostałam wrzucona do samochodu, usłyszałam odpalany silnik i wiedziałam, że jedziemy do lochów. Miejsca, którego boję się najbardziej na całym świecie.
Byłam w lochach raz. Spędziłam tam tydzień. Trauma po krzykach dobiegających z różnych cel, pełnych skazańców, siedzi we mnie do dziś. To ostatnie miejsce, w którym chciałabym się znaleźć, ale przecież nie mam prawa decydować, gdzie chcę być, a gdzie nie. Jestem niewolnicą, a moi właściciele dyktują mi wszystko, czego sobie zażyczą. Moje życie nie jest moje. Jest ich.
Może tam się wykrwawię i umrę. Jeśli nikt mnie nie opatrzy, rany się zakażą i po prostu odejdę. Brzmi całkiem nieźle. Śmierć jest lepsza niż to tutaj. Chcę jej.
Silnik zamilkł. Zostałam wyciągnięta z auta, potem usłyszałam brzęk metalu, odpinane kłódki, i w końcu wylądowałam w celi. Jęknęłam, kiedy moje ciało uderzyło o betonową ścianę, ale nawet wtedy nie otworzyłam oczu. Po prostu nie byłam w stanie. Może właśnie teraz umrę. Teraz wreszcie zaznam spokoju.
