Rozdział 2 Rozdział 0002

•CASSANDRA•

Mason ujął dłoń Nadii, gdy tylko weszła na podest, i zszedł ze sceny, prowadząc ją u swego boku, podczas gdy cała sala wlepiała w nich oczy.

— To jest Nadia Dean — oznajmił z dumą. — Wielu z was już zna to nazwisko.

Po sali natychmiast popłynęły szepty.

— To ta wojowniczka ze wschodnich terenów.

— Ta, co szkoliła kłusowniczych łowców?

— Słyszałem, że lata temu walczyła ramię w ramię z Alfą Masonem.

Nadia się uśmiechnęła.

Mason odwrócił się w moją stronę. — Cassandra, Nadia niedawno wróciła na tereny po latach nieobecności. Od teraz będzie mieszkać z watahą Silvercrest.

Zachowałam obojętną minę, choć żołądek ścisnął mi się jak w imadle.

— To hojna propozycja — odparłam.

Mason skinął głową i ciągnął dalej: — Nadia pomogła naszym wojownikom podczas zeszłomiesięcznych ataków na granicy. Kilku członków patroli przeżyło dzięki niej.

Tłum wybuchnął głośnymi brawami.

Nadia lekko pochyliła głowę. — Silvercrest przyjęło mnie, kiedy nie miałam już dokąd pójść. Ja tylko spłaciłam dług.

Kilku członków watahy patrzyło na nią już z wyraźnym podziwem.

A potem Mason dodał słowa, po których sala znów ucichła.

— Począwszy od dzisiejszej nocy Nadia oficjalnie dołączy do watahy Silvercrest pod moją władzą.

Starsi wymienili spojrzenia. Nawet Kira obok mnie wyglądała na wstrząśniętą. Silvercrest rzadko przyjmowało obcych, chyba że byli czyimiś przeznaczonymi partnerami albo wyrzutkami szukającymi ochrony.

Sięgnęłam do Masona przez więź umysłów.

„Nigdy o tym nie wspomniałeś.”

„Wyjaśnię później” — uciął, po czym całkiem zamknął połączenie.

W piersi zrobiło mi się ciasno, a szepty znów oblepiły mnie ze wszystkich stron.

— Jest piękna.

— Idealnie pasuje do Alfy Masona.

— Biedna Luna.

Zignorowałam każde słowo.

Luna nie rozpada się na oczach własnej watahy.

Mason znów wskazał na Nadię. — Usprawnienia w treningu, które wprowadziła Nadia, wzmocniły nasze południowe umocnienia. Zasłużyła na swoje miejsce tutaj.

Nadia zerknęła na mnie. — Nigdy nie chciałam sprawiać kłopotów Lunie Cassandrze.

Jej głos brzmiał uprzejmie, ale w tym uśmiechu było coś… nie tak.

Lyra natychmiast zawarczała we mnie. „Ona kłamie” — warknęła moja wilczyca.

Zachowałam spokój. — Jestem pewna, że Silvercrest docenia ludzi, którzy są nam lojalni.

Mason przez ułamek sekundy wyglądał na zaskoczonego, pewnie spodziewał się, że zacznę się kłócić publicznie.

Zamiast tego stałam cicho obok Rowana. Mój syn ściskał moją dłoń podczas przemówień, nerwowo rozglądając się po tłumie.

— Mamo — szepnął cichutko — czemu wszyscy się gapią?

Przykucnęłam przy nim odrobinę. — Bo ważni goście rzadko się tu pojawiają.

Pokiwał głową, ale jego małe palce zacisnęły się mocniej na moich.

Mason znów uniósł rękę, prosząc o ciszę.

— Dziś wieczorem będzie też kolejne ogłoszenie — oświadczył.

Sala ucichła natychmiast. — Nadia Dean zostanie główną instruktorką walki Silvercrest, począwszy od jutra.

Wojownicy wybuchli oklaskami.

Kilka samic uśmiechnęło się z ekscytacją, a inne szeptały za kieliszkami.

Nadia podeszła bliżej Masona, przyjmując gratulacje od członków rady. Na ten widok coś lodowatego osiadło mi ciężko w klatce piersiowej.

Nim się zorientowałam, Rowan delikatnie pociągnął mnie za rękaw. — Mamo, możemy już iść coś zjeść?

Jego cieniutki głos od razu sprowadził mnie na ziemię. — Tak — odpowiedziałam miękko.

Zaczęłam prowadzić go w stronę stołów, kiedy głos Masona mnie zatrzymał.

— Cassandra.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego. Jego wyraz twarzy stwardniał. — Masz dziś wieczorem stać przy mnie.

To nie była prośba. Rozkaz Alfy w jego tonie musnął moją wilczycę, a Lyra zawarczała wściekle.

Zmusiłam się do spokoju, bo Rowan stał tuż obok mnie.

— Oczywiście, Alfa — odparłam.

Masonowi napięła się szczęka na moją formalną odpowiedź. Uczta trwała dalej, ale atmosfera wokół mnie zmieniła się całkowicie.

Za każdym razem, gdy Nadia śmiała się u boku Masona, po sali rozchodziło się coraz więcej szeptów.

Za każdym razem, gdy Mason nachylał się do niej, żeby coś powiedzieć, ktoś patrzył na mnie z litością.

Do chwili, gdy starszyzna skończyła swoje przemowy, już chciałam, żeby ta noc się wreszcie skończyła. Ale było tylko gorzej.

Rada zażądała dla Nadii tradycyjnej ceremonii powitalnej na placu treningowym.

Pochodnie oświetlały otwarte pole na zewnątrz, a członkowie watahy zebrali się wokół centralnego podestu.

Nadia przebrała się w ceremonialny biały strój, zanim wyszła pod księżyc.

Stałam obok Masona jako Luna, podczas gdy Rowan trzymał się blisko Bety Theo. Mason nachylił się bliżej, nawet na mnie nie patrząc.

— Nie ośmiesz mnie dziś — mruknął cicho.

Wpatrywałam się przed siebie. — Ośmieszam cię, stojąc obok ciebie?

— Doskonale wiesz, o co mi chodzi.

W końcu na niego spojrzałam. — To mi to wyjaśnij.

Mason wypuścił powietrze. — Nie tutaj.

— Sypiasz z nią? — zapytałam wprost przez więź umysłów.

Jego oczy natychmiast pociemniały.

— Cassandra.

— To nie była odpowiedź.

— Przestań robić problemy tam, gdzie ich nie ma — odparł lodowato.

Lyra zawarczała we mnie wściekle.

Starszy prowadzący ceremonię wystąpił do przodu. — Jako Luna Silvercrest, Cassandra musi oficjalnie powitać nową członkinię.

Cała wataha spojrzała na mnie. Przez jedną bolesną sekundę na placu treningowym zapadła cisza.

Wtedy Rowan spojrzał na mnie z drugiego końca pola.

Natychmiast się wyprostowałam.

Bez względu na to, co się tej nocy wydarzy, nie stracę panowania nad sobą przy moim synu.

Wyszłam do przodu spokojnie.

— Nadia Dean — zaczęłam — jako Luna watahy Silvercrest witam cię pod ochroną naszego terytorium i naszych praw.

Nadia nie spuściła ze mnie wzroku.

— Niech twoja lojalność wobec tej watahy pozostanie niezachwiana — dokończyłam.

Starszy skinął z aprobatą.

Nadia weszła w plamę księżycowego światła i po kilku sekundach przemieniła się. Jej kości trzaskały głośno, gdy srebrne futro zastępowało skórę.

Tłum od razu zawył z zachwytu, a Mason obok mnie uśmiechnął się z dumą, obserwując wilczycę Nadii.

To ja pierwsza odwróciłam wzrok.

Coś w tej nocy było nie tak. Nie dlatego, że Nadia przyjechała, tylko dlatego, że Mason patrzył na nią jak na kogoś, kto wreszcie wrócił do domu.

•••

Kilka godzin później bankiet wreszcie dobiegł końca.

Siedziałam sama w sypialni, podczas gdy Rowan spał w swoim pokoju po drugiej stronie korytarza, ale Mason nadal nie wracał.

Zdjęłam elegancką suknię i usiadłam przy oknie.

Cisza w pokoju była nie do zniesienia. Bez namysłu włączyłam telewizor stojący naprzeciwko łóżka.

Od razu pojawiły się wiadomości.

— Doktor Dante Larke nadal kieruje medycznymi działaniami ratunkowymi dla rannych wilków w pobliżu zachodnich granic — oznajmił reporter.

Kamera przesunęła się na mężczyznę, który spokojnie rozmawiał z rannymi żołnierzami.

Zamarłam. Dante. Mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa. Chłopak, który latami siedział obok mnie w akademii, wkuwał do późna i zawsze udawał, że to nic.

Mężczyzna, który kiedyś powiedział mi, że razem zbudujemy ośrodki leczenia na każdym terytorium.

Zanim wyszłam za Masona. Zanim zostałam Luną. Zanim całkiem porzuciłam medycynę.

Dante wyglądał teraz na starszego — bardziej wyraziste rysy, więcej pewności siebie. Ale jego oczy wciąż były takie same.

Reporter uśmiechnął się do niego. — Wielu młodych medyków nazywa pana inspiracją. Czy ktoś inspirował pana, kiedy pan dorastał?

Dante na chwilę się zatrzymał. Potem ledwo się uśmiechnął.

— Tak — odpowiedział cicho. — Kiedyś była ktoś bardzo dla mnie ważny. Była jedną z najinteligentniejszych osób, jakie kiedykolwiek znałem.

Ścisnęło mnie w klatce piersiowej, aż zabolało.

— Gdyby życie potoczyło się inaczej — ciągnął Dante — myślę, że ona mogłaby zmienić ten świat.

Patrzyłam w ekran w milczeniu. Przez lata wmawiałam sobie, że moje dawne życie już się nie liczy. A jednak te słowa rozdarły coś we mnie na nowo, jakby nigdy do końca się nie zagoiło.

Sięgnęłam po pilot i ściszyłam. W pokoju zrobiło się jakby zimniej, a ja znów zerknęłam w stronę drzwi sypialni.

Wciąż ani śladu Masona.

Moje oczy powędrowały na zegar.

21:17.

Gdzie on był?

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział