Rozdział 6

Punkt widzenia: Fiona

„No więc, panie Sterling”.

Gdy zegar wybił jedenastą, Caleb zerknął na pogodę za oknem.

Deszcz ustał. Wstał, wygładził ubranie i przygotował się do wyjścia.

— Proszę przekazać to Fionie. Wyjaśniłem już władzom uczelni przyczynę dzisiejszego incydentu. Emily chciała zdobyć moc wilkołaka, więc celowo zbliżyła się do mnie pod pretekstem rozmowy o sprawach naukowych i wsypała do mojej herbaty halucynogenny proszek — taki, który potrafi zamglić umysł wilkołaka.

Caleb bawił się spinkami w mankietach koszuli, a na jego twarzy malowała się całkowita pewność siebie.

— Jestem gotów złożyć Fionie szczerze przeprosiny i zaprosić ją, by towarzyszyła mi w ten weekend na balu rodziny Volkov. Ten strój przygotowałem specjalnie dla niej.

Trącił czubkiem buta skórzane etui stojące na podłodze — to samo, które wcześniej wniósł jego kierowca.

— Nie tak prędko, profesorze Thorne.

Twarz Arthura stężała, gdy zawołał za Calebem, który był już przy drzwiach.

— Chyba nie sądzi pan, że może pan przewrócić tę stronę i udawać, że nic się nie stało, tylko dlatego, że wymyślił pan jakąś wymówkę przed władzami uczelni? Nadal uważa pan, że Fiona to ta dawna, głupiutka dziewczyna, której umysł jeszcze się nie przebudził? Innymi słowy — to nie jest przeprosiny, które ma obowiązek przyjąć.

Choć wuj Arthur był wobec mnie chłodny, musiałam przyznać, że spośród starszych w tym domu rozumiał mnie najlepiej.

Przez cały miesiąc zbierałam dowody i przygotowywałam sprzęt — oczywiście wszystko było starannie przemyślane.

Nie przewidziałam tylko, że cios, który zadałam Calebowi publicznie, na oczach tylu ludzi, okaże się daleki od tak śmiertelnego, jak sobie wyobrażałam.

W zestawieniu z zyskiem i reputacją poświęcenie studentki, która z zauroczenia sama rzuciła się na swojego profesora, było po prostu najczystszym sposobem, by uciszyć plotki.

— Nie obchodzi mnie, czy to przyjmie, czy nie. Chcę tylko, żeby nasze zaręczyny trwały dalej.

Caleb spojrzał na Arthura wzrokiem jednocześnie groźnym i rozbawionym. — Niech pan nie zapomina, panie Sterling — to, czy dostanę miejsce w gabinecie Rady Współistnienia, bezpośrednio decyduje o tym, czy nasze interesy będą mogły toczyć się tak jak dotąd. A jeśli zamierza pan legalnie sięgnąć po fortunę rodziny Sterlingów, nie obejdzie się pan również bez wsparcia Konsorcjum Thorne’ów.

Przycisnęłam dłoń do ust — nie z szoku ani ze złości.

Po prostu dopóki nie zobaczyłam na własne oczy, jak w spojrzeniu Arthura zapala się nagie światło chciwości, nie potrafiłam pojąć, jak żałosna byłam.

Był nawet czas, kiedy miałam nadzieję, że zachowa choć odrobinę człowieczeństwa, jakiś szacunek dla braterskiej więzi, którą kiedyś dzielił z moim ojcem.

Prawda jednak była taka, że nie mijał ani jeden dzień, żeby nie knuł, jak przejąć i na nowo opakować to, co należało do mnie, zanim zacznie obowiązywać rodzinny fundusz powierniczy.

Wepchnięcie mnie w ramiona chciwego wilkołaczego karierowicza było zapewne jedną z najlepszych metod, jakie zdołał wymyślić.

Przeciętna półkrwi, niekochana przez męża i nieosłaniana przez żadnych krewnych, próbująca naprawdę przynależeć do sztywno zhierarchizowanego świata wilkołaków — to była mrzonka.

Nie mógł się doczekać, żeby pójść i wybrać te srebrno-jadeitowe urny na moje prochy.

A potem, z pełną legalnością, zabrać fortunę i posiadłość, które zostawił mój ojciec.

— Mogę pomóc panu przekonać Fionę, by dotrzymała zaręczyn.

Arthur podniósł cygaro, które wcześniej zgasił, odpalił je ponownie i powoli zaciągnął się dymem.

— Ale proszę zapamiętać jedno, profesorze Thorne. To jedyny raz. Lepiej będzie, jeśli się pan powstrzyma. Ta dziewczyna, którą tak łatwo uznać za kogoś, kogo można podeptać, ma własne wilcze kły i pazury — niech pan nie mówi, że pana nie ostrzegałem.

—Proszę się nie martwić, panie Sterling. Sprawię, że pod sobą zamieni się z powrotem w potulnego, małego kotka.

Kiedy to mówił, Caleb naprawdę uniósł głowę ku sufitowi.

Zmrużył swoje długie, skośne oczy, a jego oddech powoli popłynął w górę.

Ta agresywna męska aura — zapach wilkołaczego drapieżnika alfa — zmieszała się z surową wonią deszczu i bladym śladem krwi, przygniatając moje zmysły jak rozległa, niewidzialna, lepka sieć, aż ledwie mogłam oddychać.

Nie wiedziałam, czy mnie odkrył. W tamtej chwili ledwo śmiałam zaczerpnąć powietrza.

Miałam jednak szczęście — nigdy nie spojrzał mi w oczy, a jego wzrok nie zatrzymał się na suficie.

Wyszedł.

— Ojcze, czy Fiona naprawdę zgodzi się doprowadzić zaręczyny do skutku?

Victoria podeszła i ujęła laskę Arthura.

— Nie widziałeś, w jakim była dziś stanie. Jakby stała się zupełnie inną osobą. Nienawidzi Caleba — nie pragnęłaby niczego bardziej, niż zobaczyć go skompromitowanego i zrujnowanego, wyrzuconego z jej świata na zawsze. Podejrzewam, że częściowo postradała zmysły.

W środku prychnęłam. To wcale nie było szaleństwo. Po prostu już go nie kochałam.

Fiona, która kiedyś była mu oddana całym sercem i duszą, już nie istniała. Tylko głupiec zgodziłby się udawać, u boku tego podłego mężczyzny, że nic się nigdy nie wydarzyło.

Potrafił bezwstydnie zrzucić całą winę na Emily — a ja miałam udawać, że wierzę, iż to wszystko wina Emily?

Przebiegły, tchórzliwy, bezwstydny łajdak.

Nie dam Arthurowi kolejnej okazji, by mnie omamił. Z samego rana wyniosę się z tego miejsca.

Nie — nie było potrzeby czekać do rana. Wyjdę teraz.

Moja praca w bibliotece płaciła trochę ponad trzy tysiące miesięcznie, ale to w zupełności wystarczało, by wynająć maleńkie mieszkanie. Albo — przynajmniej na jakiś czas — schronienie się w mojej tajnej kryjówce też nie wchodziło w grę.

Na zewnątrz deszcz zaczął padać na nowo, jakby chciał utopić całe to pradawne miasto.

W pokoju panował głęboki mrok; dopiero gdy błyskawica rozdarła nocne niebo, na moment oświetliła otwartą czarną walizkę w kącie.

Stanęłam przed szafą, poruszając się mechanicznie i szybko.

Chwytałam koszule, spodnie, swetry, upychając je do walizki bez ładu, nie zważając na zagniecenia.

Te stare ubrania — te, które Caleb kiedyś rozkładał na części, nazywając je niegodnymi pani domu Thorne’ów — teraz stały się skarbami, które najbardziej chciałam zabrać ze sobą.

Poza rzeczami codziennymi były jeszcze zdjęcia moich rodziców, pamiętniki z dzieciństwa i—

Moje palce musnęły z tyłu szuflady zimny, twardy przedmiot, a serce na moment ścisnęło mi się boleśnie.

To był kawałek obsydianu, wyrzeźbiony z herbem klanu Arktycznego Wilka, spoczywający cicho na mojej dłoni i emanujący chłodnym, przyćmionym zimnem.

W roku, w którym skończyłam dwanaście lat, gdy po raz pierwszy skrzyżowałam ścieżki z Alexandrem w ukrytej komnacie biblioteki, podał mi go własną ręką.

— Fiona?

Z dołu, od drzwi wejściowych, dobiegł stłumiony dźwięk, a zaraz potem odgłos skórzanych butów na schodach.

Ten dźwięk był aż nazbyt znajomy — każdy krok spadał jakby wprost na moje nerwy.

To był wuj Arthur.

Serce gwałtownie mi się skurczyło. Wstrzymałam oddech, dłonie zastygły w pół ruchu.

— Fiona, śpisz? Pozwól, że obejrzę rozcięcie na twojej twarzy.

Jego głos przebił się przez ciężkie drewniane drzwi, niosąc w sobie nacisk nieznoszący sprzeciwu — a jednak celowo przyciszony, jakby coś w sobie tłumił.

Spojrzałam na prawie pełną walizkę i zacisnęłam zęby. Nie było czasu.

Jeśli odkryje, że uciekam, to znając jego naturę, bez wątpienia zamknie mnie w areszcie domowym.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział