Ukarany
PUNKT WIDZENIA SAVIOURA
— Nie musisz tego robić, Sav — mówi Victor, mój najlepszy przyjaciel i przyszły beta.
Palce same zaciskają mi się w pięści przy biodrach. On nie rozumie. To nie on musi przytakiwać na każde polecenie ojca albo wylecieć z roli dziedzica, jakby nigdy nic.
Drzwi do mojego pokoju powoli się uchylają. Victor mierzy wzrokiem strażnika, który zapomniał zapukać.
— Wybaczy pan… to znaczy, wybaczcie… — wyrywa się nastolatkowi, po czym cofa się i tym razem puka jak należy.
Dlaczego ojciec uparcie wciska dzieciaki do sił stada, pozostanie dla mnie zagadką do grobowej deski.
— Wejść — rzuca Victor, kiedy rozlega się pukanie.
— Oczyścili Srebrny Kamień, Alfa Saviour. Stado już się zebrało, a łowcy są gotowi.
Czyli innymi słowy: pora, żebym wziął udział w tej chorej zabawie, którą bogini księżyca nazywa przeznaczeniem.
Machnięciem dłoni go odprawiam, a ręce wsuwam niedbale w kieszenie spodni.
— Wymuszone naznaczenie swojej partnerki ma konsekwencje — dobija Victor, a w głosie aż dźwięczy mu zmartwienie.
— Cokolwiek to będzie, nie może być gorsze od hańby odmowy — syczę.
Kiedy w końcu wychodzimy, dosłownie słyszę, jak serce próbuje mi wyskoczyć z piersi. Na zewnętrznych kondygnacjach kłębią się członkowie stada. Jedni się śmieją, inni aż przebierają nogami, żeby zobaczyć łowców.
Nie podchodzę do celi. Zamiast tego czekam. Victor stoi tuż obok.
Obowiązek, honor, lojalność.
Te słowa lecą mi w głowie w kółko, jak zdarta płyta, przypominając, dlaczego mój los jest już przyklepany.
Wkrótce pomruk tłumu narasta, kiedy strażnicy wyciągają Raven i Eliego z podziemnych cel.
Marszczę brwi w chwili, gdy widzę, jak dobrze Eli sobie radzi z chodzeniem. Chyba że mają zdolności leczenia takie jak my, nie ma mowy, żeby jego noga była w takim stanie po jednym dniu.
Zaciskam szczękę i robię pół kroku do przodu, lustrując twarz Raven. Jest bledsza niż wczoraj, na szczęce ma sinofioletowy siniak. Oczy ma jakby zamglone, rozjechane, nie do końca obecne.
Walczę z odruchem, żeby zapytać, co jej jest. To nie moja sprawa. Nic w niej mnie nie dotyczy. Jest wrogiem i zasługuje na wszystko, co złe ją spotyka.
— Zaprowadzić ich do kamienia — rozkazuję, a mój wzrok znów wraca do Raven. I wtedy to widzę. Jej wargi są oprószone niebieskim brokatem. Prawie niewidoczne, ale w świetle pełni widać to jak na dłoni.
Coś mi się skręca w brzuchu. Coś tu śmierdzi. Zwłaszcza kiedy dostrzegam tę samą substancję na twarzy Eliego.
— Stój—
Ale jest za późno. Eli szarpie ostro w lewo, wytrącając jednego strażnika z równowagi. Porusza się z nienaturalną prędkością.
Victor rzuca się na niego, a inni strażnicy próbują go powalić, lecz Eli kopie jednego, posyłając go na ziemię z hukiem.
Tylko że on nie kopie byle jak. Kopie go swoją złamaną nogą, odbija się i pędzi w stronę lasu.
— Raven, uciekaj! — krzyczy. Jakby wyrwana ze snu, Raven uderza w mężczyzn wokół niej. Jest szybsza od niego. Jej pięści rozbijają się o twarz przeciwnika, zanim ten w ogóle pojmie, jaki będzie następny ruch. Jak wyszkolony wąż wyślizguje się z ich chwytów i rusza galopem za Elim.
Odzywa się instynkt i biegnę za nią.
— Eli! — wrzeszczy Raven, rzucając się w pogoń. Ale on nawet się nie odwraca, nie czeka na nią. Jej kroki zaczynają się chwiać, jakby widziała przez mgłę.
Gdy wiatr świszcze mi przy uszach, słyszę narastający chaos za plecami i wiem jedno: nie mogę pozwolić im uciec.
Eli, pędząc jak burza, ten szurnięty skurwiel, którym jest, robi unik, wspina się na podest i zeskakuje z boku, w stronę północy.
Mój głos niesie się echem: „Straże! Na północny obwód!”
Raven wyrywa za nim, ale jest za wolna. Ruszam sprintem za nią, mój wilk aż swędzi pod skórą, żeby się wydostać, ale wiem, że to byłby błąd. On nie potrafi się opanować tak jak ja.
Skupiam się na Raven i na tym, jak jej zapach staje się mocniejszy, im bardziej się zbliżam. Dopadam ją w pasie, brutalnie, palce zaciskają mi się na jej szczupłej talii.
— Puść mnie! — wykręca się w moim uścisku.
Jesteś taka dzika.
— Pieprzony dupku! — wrzeszczy, kiedy przerzucam ją sobie przez ramię. Jest taka lekka.
— Puść mnie! Nie chcę tego!
Czysta rozpacz w jej zachrypniętym głosie rozcina mi klatkę, ale wypalam to przeklęte uczucie tak szybko, jak przyszło.
Ona nic dla mnie nie znaczy.
— To jest kara — warczę, niosąc ją z powrotem. — Nie masz tego chcieć.
Po chwili wciągam ją na środek, ignorując jej kopniaki, ignorując ciepło, które przenika mnie od jej ciała.
Jej wilgotna, lodowata skóra drży, a w oczach widać strach, który próbowała zakopać gdzieś głęboko w sobie.
Victor i kilku ludzi wracają po jakimś czasie, sapnąc ciężko. — Wybacz naszą nieudolność, Królu Alfo — mówi ponuro, kłaniając się w geście poddaństwa. — Zniknął. Uciekł na północne klify. Nikt go nie dopadł. Reszta wciąż szuka. Uważamy, że skoczył do rzeki.
Zaciskam zęby i unoszę wzrok. Mój ojciec stoi jak zawsze wyprostowany. Otulony czernią i złotem. Jego oczy spotykają moje, twarz ma kamienną, a jednak w tym spojrzeniu wciąż widzę wieczne rozczarowanie.
Callum i Leo szydzą z mojej nieudolności, ale milczę.
To dwie pizdy w ciałach dorosłych facetów.
Ojciec podchodzi i natychmiast tłum cichnie. Setki ludzi padają na kolana z czcią.
Raven szarpie się w moim uścisku. — Po prostu mnie zabij. Poderżnij mi gardło. — W oczach ma już łzy, ale prosi nie tego mężczyznę, którego trzeba.
Chciałbym, żeby nigdy nie istniała, ale jej śmierć pogrzebałaby mnie żywcem.
— Powstańcie — rozkazuje Król Alfa i wszyscy są posłuszni. Po drugiej stronie, stojąc między matkami Calluma i Leo, jest moja matka. Jej wzrok już jest we mnie wbity.
Odwracam się, kierując spojrzenie na Srebrny Kamień. Leży tu co najmniej od stulecia. Wyniesiona, okrągła płyta skały, wypolerowana latami podobnych ceremonii. To miejsce, gdzie w Darkwaters pieczętuje się przeznaczone więzi.
To tu nadaje się imiona wojownikom i tu wykonuje wyroki na zdrajcach.
— Tej nocy mój syn wypełni jeden ze swoich obowiązków jako dziedzic tronu — mówi ojciec z pewnością w głosie.
Mój chwyt na Raven się zacieśnia.
— Wystąp, Egzekutorze Saviour, synu Alfy Raphaela — woła beta stada.
Tak brutalnie, jak tylko potrafię, popycham Raven do przodu. Potyka się w stronę podestu, spocona jeszcze bardziej, jakby skóra paliła ją od środka.
Stojąc twarzą do ludzi, wygłaszam jej wyrok. — Naruszyłaś nasze granice z zamiarem zabicia naszych mężczyzn, kobiet i dzieci. Jesteś wrogiem, który nie zasługuje, by żyć. Król Alfa okazuje miłosierdzie, oszczędzając ci życie. Ale na zawsze będziesz chodzić w skórze, której nienawidzisz. Zmuszona żyć jak jedna z nas, jeniec Darkwaters.
Stado ryczy z zachwytu, wszyscy patrzą… czekają, aż przypieczętuję swój los.
— Naznacz ją — rozkazuje Król Alfa, głośno i bez ogródek.
Nie tracąc czasu, usztywniam się, szczerzę zęby i wbijam kły.
— AAAAA! — jej krzyk rozdziera noc jak ostrze.
