Rozdział 1

Na urodzinach jej syna wołał do innej kobiety: „Mamo”.

O 18:00 Evelyn Thomas w końcu dostała wiadomość od męża, że przyjęcie urodzinowe zostało przeniesione na 17:00.

Od razu wyszła z laboratorium i pognała w ulewie po tort.

Kiedy pchnęła drzwi do sali bankietowej, jej długie włosy były przemoczone na wylot, przez co wyglądała dość niechlujnie.

Ku jej zaskoczeniu sala aż kipiała. Goście już jedli. Przy głównym stole, między jej mężem a synem, siedziała inna kobieta. Trzymała jej syna za rękę i śmiała się, opierając się o jej męża.

Evelyn stanęła jak wryta. Uśmiech na jej twarzy powoli zgasł i zniknął, zostawiając tylko chłód.

Wmawiała sobie, że wytrzyma to pięć lat. Ale w tej jednej chwili wszystkie nadzieje rozpłynęły się jak kamfora, a w środku została już tylko rozpacz — ciężka, lepka, jak mokry płaszcz przyklejony do skóry.

Niedbale rzuciła tort na pobliski stół, złapała kilka serwetek i zaczęła powoli osuszać włosy.

Evelyn miała na sobie skromną czarną sukienkę z kwadratowym dekoltem — elegancką i z klasą. Włosy miała spięte tak od niechcenia, że odsłaniały smukłą, łabędzią szyję. Nawet bez makijażu przyćmiewała wszystkich gości.

Po kilku minutach ktoś ją zauważył.

— Czy to nie pani Miller?

— Ta bezwstydna, co chciała się wkręcić do rodziny Millerów? Ta, co wymusiła ślub ciążą? Słyszałam, że pan Miller mówił, że nie jest godna być jego żoną.

Za każdym razem, gdy Evelyn pojawiała się publicznie z Lukiem Millerem, słyszała takie teksty.

Kiedyś te szepty ją bolały. Teraz była na nie jak z kamienia — jakby ktoś wykręcił w niej gałkę od czucia.

Uśmiechnęła się do dwóch gości, a oni od razu spuścili wzrok, niezręcznie udając, że zajmuje ich talerz. Evelyn podniosła tort i ruszyła krok po kroku do syna, Andy’ego Millera.

— Skarbie, wszystkiego najlepszego.

Wciąż miała przed oczami tamten rozdzierający ból trudnego porodu. Evelyn przykucnęła przed Andym i uśmiechnęła się do niego.

— Mam dla ciebie prezent.

Niespodziewanie chłopiec, jeszcze przed chwilą taki roześmiany, teraz zrobił na pulchnej buzi minę pełną obrzydzenia — zupełnie niepasującą do jego wieku.

Spojrzał na Evelyn spode łba i cisnął w nią prosto frytkami, które jadł.

— Kto ci kazał tu przychodzić? Ja cię nie zapraszałem!

— Andy. — Odezwał się niski głos Luke’a, podszyty niezadowoleniem.

Tyle że zganił Andy’ego za coś zupełnie innego.

— Nie rzucaj jedzeniem. Zachowuj się.

Ani przez moment nie uznał, że Andy zrobił coś złego, okazując Evelyn brak szacunku.

Uczyła go cierpliwie, stosując najbardziej „naukowe” metody wychowawcze — więc dlaczego i tak wychowała syna, który zachowuje się w ten sposób? Evelyn podniosła się.

— Andy, jestem twoją mamą!

— Evelyn, dzieci gadają, co im ślina na język przyniesie. Nie bierz tego do siebie. — Wstała kobieta siedząca między Andym a Lukiem.

Miała na sobie czerwoną, bezramiączkową sukienkę. Kasztanowe włosy miękko opadały przy uszach, a ona wyglądała na łagodną, wręcz delikatną.

To była starsza asystentka Luke’a w firmie, Maggie Smith.

— Przed chwilą tylko żartowałam z Andym, mówiłam mu, żeby cię trochę podroczył. Nie traktuj tego poważnie.

Evelyn dostrzegła w jej oczach prowokację.

— Czyli mój syn nie ma wychowania i nie szanuje własnej matki, bo ty go do tego namówiłaś. — Zaśmiała się krótko. — Naprawdę godne pracownika Grupy Miller.

— Evelyn. — Luke wstał.

Miał na sobie nietypowo srebrny garnitur, który pod światłami aż się wybijał. Proste, szerokie ramiona dodawały mu surowej, przytłaczającej prezencji, a blade usta i głębokie spojrzenie niosły ze sobą chłodny dystans.

Kiedy Evelyn weszła, widziała na jego twarzy cień łagodnego uśmiechu. Teraz, gdy stanął naprzeciw niej, wrócił do swojej zwykłej, lodowatej obojętności.

— Wiem, że jesteś wściekła. — powiedział. — To ja zmieniłem godzinę przyjęcia i zapomniałem ci powiedzieć — moja wina. Nie wyżywaj się na innych.

Maggie była jego asystentką, a do tego przyjaciółką z dzieciństwa — dorastali razem.

Zawsze ogarniała mu grafik, jakby to ona trzymała pilot do ich życia.

W noc poślubną Maggie wpisała Luke’owi międzynarodową konferencję, zostawiając Evelyn samą w apartamencie dla nowożeńców. Luke nie widział w tym nic złego.

Gdyby zmiana godziny przyjęcia urodzinowego nie była ustawiona przez Maggie, to byłoby wręcz niemożliwe.

Ale Evelyn przestało to już obchodzić.

— Spoko. — Uniosła brodę w stronę Luke’a. — Po prostu… to trochę smutne.

Luke lekko zmarszczył brwi. Nie rozumiał, o co jej chodzi, ale nawet nie zapytał.

— Nie chcę tego paskudnego tortu! — Nagle Andy zobaczył pudełko z tortem na stoliku obok Evelyn i strącił je na podłogę.

Wstążka pękła, a tort rozlazł się w jedną, obrzydliwą breję.

— Chcę tort, który kupiła mi Maggie! — Spojrzał w górę z nadzieją, aż się rwał do odpowiedzi.

— Ten tort jest bezglutenowy. — Evelyn zerknęła na podłogę bez cienia żalu i powiedziała sucho: — Jak zjesz inny, dostaniesz reakcji alergicznej.

— Daj spokój, tort, który kupiłam Andy’emu, jest bio, wszystko eko. Na pewno nic mu nie będzie. — Maggie uśmiechnęła się do Evelyn, mówiąc tak „troskliwie”, że aż to brzmiało jak przytyk.

— A ty mi w ogóle kupiłaś prezent? Nie obiecałaś mi tej limitowanej wyścigówki? — Andy znowu mocno popchnął Evelyn. — Jak nie masz prezentu, to sobie idź! Jesteś bezużyteczna, w ogóle nie dorastasz Maggie do pięt!

Evelyn zachwiała się po tym pchnięciu. Cofnęła się o krok, robiąc dystans od tej „trójki”.

„Jesteś bezużyteczna” — te słowa wbiły jej się pod żebra.

Gdyby nie to, że wszyscy patrzyli, pewnie ustawiłaby go do pionu od razu, na miejscu.

W następnej chwili usłyszała, jak Luke mówi:

— To są urodziny Andy’ego, serio będziesz mu to wypominać? Nie wyżywaj się na dziecku.

Mówił spokojnie, jakby to Evelyn była winna.

Podszedł bliżej i ściszył głos.

— W rodzinie Maggie wydarzyło się coś złego. Ona naprawdę potrzebuje takich okazji, żeby poczuć rodzinne ciepło, więc pozwoliłem jej spędzać więcej czasu z Andym. Nie rób z tego afery.

— Czyli wiedziałeś, że mnie to zaboli, a i tak ją przyprowadziłeś.

Uśmiech Evelyn był ciężki od ironii.

— Luke, a co, jeśli powiem, że jeśli nie sprawisz, żeby Maggie wyszła, to bierzemy rozwód? Co wybierasz?

Kiedy zadała to pytanie, wpatrywała się w jego twarz, nie pozwalając umknąć żadnej, choćby najdrobniejszej zmianie wyrazu.

Szok przemknął mu przez twarz tylko na ułamek sekundy, a potem w jego twardych rysach pojawiła się nuta zniecierpliwienia.

— Evelyn, przestań żartować. Jak masz jakieś pretensje, pogadamy w domu.

— Nie żartuję, Luke. Naprawdę uważam, że to smutne. — Popatrzyła na niego szczerze, kończąc to, co zaczęła wcześniej. — Jako mój mąż… byłam dumna, kiedy brałam cię ze sobą, pokazywałam ludziom. Ale niestety, my tego związku na końcu i tak nie udźwigniemy.

Chciała powiedzieć mu, żeby znalazł czas i porozmawiali o rozwodzie, ale Maggie wysunęła się do przodu, żeby „załagodzić”, a jej słodki głos sprawił, że Evelyn zrobiło się niedobrze. Odwróciła się i wyszła od razu.

Zanim wyszła, powiedziała Andy’emu:

— Od dziś Maggie będzie twoją mamą.

W torebce miała limitowaną wyścigówkę dla Andy’ego. Evelyn wyszła z sali bankietowej krok za krokiem; szła lekko, jakby unosiła się nad podłogą, a jednak coś płynęło w jej sercu — nie wiedziała, czy to łzy, czy krew.

Odejście od nich było jak wycięcie kawałka mięsa z własnego serca.

Ale zostanie z nimi oznaczało więdnięcie dzień po dniu, w tym samym kręgu: dawać i być niezauważaną.

Skoro tak, powinni po prostu pozwolić sobie odejść.

Następny Rozdział