Rozdział 1 Dzień, w którym skończyłem siedemnaście lat

Lato zawsze pachniało inaczej w naszej okolicy.

Kiedy dwa domy dalej ktoś smażył na grillu tanie parówki i w ogóle, zawsze lubiłam wakacje, tylko nie z powodów, dla których lubiła je większość dzieciaków.

Inni nastolatkowie w moim wieku chodzili na imprezy przy basenie, jeździli nad plażę i urządzali głośne, ekstrawertyczne spotkania — ja spędzałam większość lata tak samo, jak spędzałam resztę roku: zamknięta w swoim pokoju, z książką przyciśniętą do nosa.

I szczerze? Lubiłam, że tak jest.

Nazywam się Reet Cole i tamtego letniego poranka obudziłam się jako siedemnastolatka.

Mama już nie spała, kiedy tamtego ranka powlokłam się do kuchni, z włosami w kompletnym nieładzie i głową na wpół jeszcze uśpioną.

Nasze małe mieszkanie pachniało tostami i chai — jej zwyczajowym zestawem śniadaniowym, który brał się z jakiejś dziwnej fuzji jej nowojorskiego wychowania i indyjskich korzeni mojego taty.

Kuchnia była malutka — dosłownie dwa kroki od blatu i już było się przy lodówce. A jednak zawsze było w niej ciepło w sposób, jakiego nigdy nie miały większe domy.

Mama zerknęła znad kuchenki z uśmiechem. — A jest… moja solenizantka.

Jęknęłam i opadłam na krzesło przy małym okrągłym stoliku. — Mamo, proszę, nie mów tak.

— Tak jak? — zapytała niewinnie.

— Jakbym miała pięć lat.

— Dla mnie zawsze będziesz miała pięć. — Wzruszyła ramionami.

Tata zachichotał zza gazety.

Pracował długo, a większość poranków widywałam go tylko przez kilka minut, zanim wypadał za drzwi z krzywo zawiązanym krawatem i niedopitą kawą.

Ale dziś wyglądał na wyluzowanego.

— Gotowa na swój wielki dzień? — zapytał.

Zmrużyłam na niego oczy. — Zdefiniuj „wielki”.

Powoli opuścił gazetę. — No… siedemnaście lat to jednak spora sprawa.

— Niekoniecznie.

Mama postawiła przede mną talerz z tostami.

— Jedz, zanim zaczniesz się kłócić.

Automatycznie chwyciłam kromkę, choć mój wzrok już wrócił do taty.

— Pamiętasz o swojej obietnicy, prawda?

Uniósł brwi. — O mojej obietnicy?

— Tak. — Pochyliłam się. — Rower.

Mama uśmiechnęła się pod nosem, popijając herbatę, a tata podrapał się po karku. — No właśnie…

Zwęziłam oczy. — Tato…

— Nie, nie — posłuchaj — powiedział szybko. — Nie zapomniałem.

— Zapomniałeś.

— Nie zapomniałem.

— Absolutnie zapomniałeś.

Uniósł obie dłonie w obronnym geście. — Po prostu… miałem opóźnienie.

— To się nazywa zapomnieć.

Mama zaśmiała się cicho. — Reet.

Tata pochylił się nad stołem, a jego głos przycichł odrobinę, jakby miał zdradzić jakiś sekret. — Powiem ci tak — powiedział.

Zatrzymałam się w połowie kęsa.

— Przyjdź dziś do mojego biura.

Mrugnęłam. — Co?

— Wpadnij po południu — ciągnął. — Może po lunchu. Dam ci tam rower.

Mój mózg potrzebował chwili, żeby to przetrawić.

— Mówisz poważnie?

— Jak najbardziej.

— To znaczy… prawdziwy rower?

Uniósł brew. — Nie, kartonowy rower.

Zrobiłam teatralnie wielkie oczy. — Ranisz mnie.

Tata roześmiał się i sięgnął, żeby potargać mi włosy. — Wszystkiego najlepszego, dzieciaku.

Uśmiechnęłam się.

Wczesnym popołudniem upał osiadł na okolicy jak ciężki koc. Związałam włosy w luźny kucyk i zarzuciłam mały plecak na jedno ramię, zanim wyszłam na zewnątrz.

Siedemnaście — miałam wrażenie, jakby ten dzień ekscytował się razem ze mną.

A jednak wciąż czułam się tą samą niezgrabną dziewczyną, która woli biblioteki od imprez.

Szłam chodnikiem, już w myślach widząc rower w najróżniejszych kolorach, i przeszłam pół ulicy.

— No proszę, proszę. Czyżby to nie był nasz osiedlowy geniusz.

Odwróciłam się i zobaczyłam Kevina, mojego sąsiada. Opierał się o skrzynkę pocztową po drugiej stronie ulicy, z krzywym uśmieszkiem.

Jesteśmy w tym samym wieku, ale on chodzi do innej szkoły. Jest irytujący i jakoś zawsze pojawia się dokładnie wtedy, kiedy najmniej mam ochotę go widzieć.

Odepchnął się od skrzynki pocztowej i truchtem podbiegł bliżej.

– Widzę, że aż pękasz z radości na mój widok – powiedział.

Skrzyżowałam ręce na piersi.

– Miałam spokojny dzień, dopóki się nie zjawiłeś.

– To okrutne.

– Zasłużyłeś.

Kevin przechylił głowę.

– A dokąd idziesz tak wystrojona?

Spojrzałam w dół na moje luźne dżinsy i koszulkę.

– To ma być wystrojona?

– Jak na ciebie? Tak.

Przewróciłam oczami.

– Idź sobie.

Westchnął teatralnie.

– W twoje urodziny?

Zamarłam.

– …Skąd wiesz, że mam urodziny?

Kevin wyglądał na urażonego.

– Reet, mieszkamy naprzeciwko siebie od ośmiu lat.

– To nie znaczy, że pamiętasz moje urodziny.

– Pamiętam ważne rzeczy.

– Na przykład sposoby, jak mnie wkurzać.

– To też.

Spróbowałam go minąć, ale natychmiast wszedł mi w drogę.

– Ale serio – powiedział. – Dokąd idziesz?

– Do biura mojego taty.

Brwi Kevina uniosły się do góry.

– O?

– Obiecał mi rower.

Jego uśmiech się poszerzył.

– Kujonka na rowerze.

– Przejadę cię nim.

– Chętnie zobaczę, jak próbujesz. – Ruszyłam znowu.

On zaczął iść tyłem przede mną.

– Masz już siedemnaście lat.

– Kevin.

– Tak?

– Zejdź mi z drogi.

Zaśmiał się i wreszcie odsunął na bok.

– Wszystkiego najlepszego, Reet.

Zatrzymałam się.

Powiedział to swobodnie, ale w jego głosie było coś szczerego, co kompletnie mnie zaskoczyło.

– …Dzięki.

– Tylko nie rozbij się na tym rowerze.

Zasalu­tował mi leniwie, po czym ruszył z powrotem w stronę swojego domu.

Pokręciłam głową i szłam dalej.

Czasami Kevin był nie do zniesienia, ale czasami bywał dziwnie zabawny.

Po jakichś piętnastu minutach zobaczyłam budynek biurowy.

Duża szklana fasada odbijała jasne światło słońca, a nad wejściem wisiał wyrazisty baner.

ZENTRO ENTERPRISES.

Tata zawsze mówił, że firma zajmuje się logistyką i dystrybucją. Nigdy do końca nie rozumiałam, co to znaczy, ale brzmiało ważnie.

Właśnie miałam podejść do wejścia, kiedy dostrzegłam Dylana Cartera opartego o ścianę, z papierosem między wargami.

Nawet z daleka wyglądał dokładnie tak samo jak w szkole – nietykalny, pewny siebie i kompletnie niepasujący do zwykłych ludzi.

Miał na sobie ciemne dżinsy i czarną koszulę, rękawy podwinięte lekko na przedramionach. Wyglądał na zrelaksowanego, jakby cały świat był pod nim – i faktycznie jest.

Dylan Carter wszędzie, gdzie się pojawiał, był tym popularnym, niedostępnym gościem.

Co oznaczało, że absolutnie nie chciałam, żeby mnie zobaczył.

Więc szybko odwróciłam twarz i lekko opuściłam głowę, poprawiając pasek plecaka, jakby nagle stał się najciekawszą rzeczą na świecie.

Przez chwilę zastanowiłam się, co on tu robi, ale po sekundzie wzruszyłam ramionami.

Nie moja sprawa – czekał na mnie rower.

Podeszłam bliżej budynku i zauważyłam ludzi zbierających się przy wejściu.

Co się działo?

– Odsunąć się! – krzyknął ktoś.

Serce mi zamarło.

A potem usłyszałam syreny – przed budynkiem stały radiowozy, a przy wejściu stali policjanci.

Dziwny niepokój wpełzł mi w klatkę piersiową, gdy zrobiłam kolejny krok do przodu.

Tłum poruszył się lekko i nagle zobaczyłam wyraźnie drzwi, kiedy z budynku wyszło dwóch policjantów, ciągnąc między sobą kogoś.

Mój mózg najpierw nie rozumiał, na co patrzę.

Bo dopiero po tej strasznej sekundzie zobaczyłam, jak mój ojciec potyka się między nimi, z nadgarstkami zaciśniętymi w kajdankach, gdy policjanci ściągali go po schodach.

Urwał mi się oddech.

– Tato?

Następny Rozdział