Rozdział 4 Rozdział 4.

Perspektywa Elli.

Wczoraj mój tata i najstarszy brat opowiedzieli mi tyle o naszej rodzinie. Powiedzieli mi też, że Simon jest prezesem (CEO) bardzo znanej firmy, która nazywa się Moretti.

Mają pod sobą masę interesów: hotele, kluby, restauracje, szpitale, a nawet szkoła, do której chodzą moi bracia, należy do mojej rodziny.

Jestem trochę w szoku, słysząc, jak bardzo zamożna jest moja rodzina, i mam wrażenie, że do nich nie pasuję. Ale i tata, i brat mówią, żebym się nie przejmowała — że wszyscy będą szczerze szczęśliwi, że wracam do domu.

Właśnie wypisali mnie ze szpitala, a jeden z ochroniarzy załatwił mi jakieś ubrania. Więc teraz mam na sobie białe, obcisłe, podarte jeansy z wysokim stanem i kremowobiałą, satynową bluzkę z odkrytymi ramionami.

Na nogach mam czarne tenisówki, a Sabrina pomogła mi zapleść włosy w warkocz wodospad. Potem dołożyłam trochę makijażu. Przynajmniej będę wyglądała w miarę porządnie, kiedy pierwszy raz spotkam resztę rodziny.

Pożegnałam się z Paulem, Sabriną i Valentiną i podziękowałam im wszystkim z całego serca za opiekę, jaką mi dali.

A teraz dotarliśmy na lotnisko i zamiast wejść do środka, idziemy prosto do prywatnego samolotu — na stateczniku ogonowym widnieje napis „Moretti”.

Kiedy wchodzimy na pokład, Simon daje mi znak, żebym usiadła, i zajmuje miejsce obok mnie. Tata siada naprzeciwko, a trzech ochroniarzy siada po drugiej stronie.

Dowiedziałam się, że jeden z nich nazywa się Tony Hill i ma 23 lata. Ma krótkie, czekoladowobrązowe włosy, błękitne jak niebo oczy, prosty nos i ma 191 cm wzrostu.

Drugi ochroniarz nazywa się Liam Baker i ma 25 lat. Ma krótkie, miodowoblond włosy, zielone jak las oczy, prosty nos i ma 187 cm wzrostu.

Ostatni to Kim Evens i ma 21 lat. Ma piaskowy blond, morskozielone oczy, prosty nos i ma 190 cm wzrostu.

Z tego, co zdążyłam z nimi pogadać, wszyscy wydają się naprawdę mili i przyjaźni.

— Freya właśnie do mnie napisała, że udało jej się przygotować pokój Elli tak, żeby nikt nic nie zauważył — powiedział Simon, patrząc na naszego tatę.

— To dobrze. Nie chcemy zepsuć niespodzianki, że nasza księżniczka wraca do domu — powiedział tata z uśmiechem, patrząc na mnie. Nie mogłam się nie uśmiechnąć w odpowiedzi. Naprawdę nie mogę się doczekać, aż poznam wszystkich.

— Lot potrwa jakieś dwie i pół godziny. Jeśli czujesz, że powinnaś odpocząć, masz czas — powiedział Simon i położył dłoń na mojej, tej opartej na podłokietniku.

— Dziękuję, ale chyba jestem zbyt zdenerwowana, żeby odpocząć — przyznałam szczerze, spuszczając wzrok na kolana.

— Bambina, nie masz się czym denerwować. Wszyscy będą przeszczęśliwi, że cię zobaczą — powiedział Simon, ściskając moją dłoń.

— Boisz się latać, bambina? — zapytał tata, a ja znów spojrzałam na kolana, żeby się zastanowić.

— Chyba nie. Przynajmniej teraz nie czuję żadnej nerwowości ani lęku — odpowiedziałam uczciwie i znów spojrzałam na tatę.

— Dobrze to słyszeć — powiedział z uśmiechem, a ja skinęłam głową.

— Przykro mi, że nic nie pamiętam — powiedziałam, znowu spuszczając wzrok na kolana.

— Bambina, nie masz za co przepraszać. To nie twoja wina. A jak mówił doktor Jones, wierzy, że te wspomnienia w pewnym momencie wrócą — powiedział Simon cicho i delikatnie ścisnął moją dłoń.

„Dziękuję, że to powiedziałeś” — powiedziałam, unosząc wzrok na mojego starszego brata z uśmiechem.

Tylko że naprawdę chciałabym odzyskać pamięć… Mam wrażenie, że wyleciało mi z głowy coś cholernie ważnego. Coś, co było dla mnie jak tlen.

Wystartowaliśmy i Simon trzymał mnie za rękę mniej więcej przez cały lot. Tata, Simon i ochroniarze co chwilę zagadywali mnie w trakcie podróży. Tyle że… jak mają mnie poznać, skoro ja sama siebie teraz nie znam? Za to ja uczę się o nich zaskakująco dużo.

Dwie i pół godziny później samolot ląduje w Nowym Jorku. Wychodzimy z maszyny prosto do czarnych SUV-ów, które na nas czekały. I aż mnie zatkało, ile ich było. Simon powiedział, że to dla naszego bezpieczeństwa. A teraz, skoro jestem już w domu, Tony, Liam i Kim będą moimi osobistymi ochroniarzami.

Nie wydaje mi się to konieczne, ale tata powiedział, że nie chcą mnie stracić po raz drugi. A ponieważ są tak bajecznie bogaci, mają też wielu wrogów. Więc muszą mieć pewność, że jestem chroniona przez cały czas.

Po jakichś czterdziestu minutach jazdy wjechaliśmy przez wielką, czarną bramę na ogromną posiadłość. Do tego płot ciągnął się tak daleko, jak tylko sięgał wzrok — w obie strony.

Rezydencja wyglądała bardzo nowocześnie. Masa wielkich okien, a całość sprawiała wrażenie czteropiętrowej. Ściany tam, gdzie nie było okien, wykończono kamieniem. Do drzwi prowadziły piękne schody.

Cały podjazd był wysypany śnieżnobiałym, marmurowym grysem, a po obu stronach ciągnęły się równo przycięte, zielone żywopłoty. Były też dwa wielkie garaże, również obłożone kamieniem. A drzwi wejściowe… podwójne, z mahoniu, z ozdobnymi przeszkleniami, bocznymi szybami i naświetlem nad nimi.

Patrzyłam na ten dom jak sroka w gnat — szeroko otwarte oczy, szczęka mi opadła.

— Podoba ci się twój dom? — zapytał Simon rozbawiony, a ja tylko w milczeniu skinęłam głową, nadal oszołomiona.

— Chodźmy do środka, zaraz kolacja. Powiedzieliśmy rodzinie, że dziś będzie przy stole o jedną osobę więcej, tylko nie wiedzą, że to ty — powiedział tata, a ja ostrożnie przytaknęłam.

Liam otworzył drzwi i podał mi rękę, żebym wygodnie wysiadła. Potem Simon znów ujął moją dłoń i poszliśmy za tatą do środka.

Hol był równie zapierający dech jak fasada. Podłoga z białego marmuru, ściany w odcieniach kremowej bieli i kamienia. Podwójne schody prowadziły na górę — stopnie marmurowe, a balustrady ze szkła. Sufit biały, a tu i tam wisiały żyrandole.

Wystrój był prosty, ale z klasą, a na ścianach wisiały obrazy z pejzażami.

— Porządną wycieczkę po domu zrobimy później albo jutro — powiedział tata, a ja skinęłam głową.

Simon wciąż trzymał mnie za rękę i razem ruszyliśmy za nim, a trójka moich ochroniarzy szła kawałek za nami.

Doszliśmy do pokoju, z którego dobiegały rozmowy. W środku panował ten sam styl co w holu, tylko że sala była ogromna. Spokojnie zmieściliby tu dwieście, trzysta osób, gdyby chcieli — może nawet więcej.

Kiedy tylko weszliśmy, wszystkie rozmowy ucichły, a wszyscy spojrzeli na mnie z szeroko otwartymi oczami i opadniętymi szczękami.

Cztery osoby wstały, a dwie z nich krzyknęły jednocześnie:

— Jada.

Wiem, że ta pozostała dwójka to moi bracia trojaczki — Jordan i Landon.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział