Rozdział 2

ARIA

Blake odsunął się ode mnie, żeby odebrać telefon. Jego głos zmienił się całkowicie - ciepły, zatroskany, intymny.

"Wiem. Też o tym myślałem."

Słuchał, potem chwycił swoją kurtkę.

"Będę tam za dwadzieścia minut."

Rozłączył się i ruszył w stronę drzwi, nie patrząc na mnie.

"Blake?"

"Muszę wyjść." Był już w połowie schodów.

"Jest prawie północ—"

Drzwi wejściowe zamknęły się.

Stałam w naszej sypialni, sama. Moja ręka była przyciśnięta do brzucha, tam gdzie chwilę temu były jego ramiona. Dziecko wewnątrz mnie czuło się jak ciężar, którego nie mogłam unieść ani puścić.

Nie spałam. Leżałam w łóżku, nasłuchując jego samochodu. Wrócił o czwartej. Słyszałam, jak idzie prosto do pokoju gościnnego.

Nastał poranek. Zeszłam na dół z makijażem ukrywającym zniszczenia.

Blake siedział przy śniadaniu, czytając swój tablet. Nie podniósł wzroku.

Martha uśmiechnęła się do mnie. "Dzień dobry, pani Morgan. Dobrze się spało?"

"Bardzo dobrze, dziękuję."

Kolejne kłamstwo. Moje życie teraz składało się tylko z kłamstw.

Martha dłużej patrzyła na moją twarz. Nie uwierzyła mi. Ale i tak nalała mi kawę.

Usiadłam naprzeciwko Blake'a. Zapach kawy przyprawiał mnie o mdłości, ale piłam ją.

"Wyglądasz na zmęczoną," powiedział Blake, nadal nie podnosząc wzroku.

"Jestem w porządku."

"Dbasz o siebie?" Spojrzał na mnie przelotnie. "Umowa nie wymaga ciąży. Jeśli czujesz presję—"

"Nie czuję."

Gdyby tylko wiedział. Gdybym tylko mogła mu powiedzieć, że jego dziecko już we mnie rośnie. Że każde zimne słowo boli coraz bardziej.

"Dobrze." Wrócił do swojego tabletu. "Matka przychodzi po południu."

Mój żołądek się ścisnął. "Elizabeth?"

"Dzwoniła. Mówi, że to ważne."

Elizabeth Morgan. Urodzona w elicie Manhattanu, poślubiła ojca Blake'a w ramach biznesowego układu między dwoma potężnymi rodzinami. Dała mu dwoje dzieci - Blake'a i jego siostrę Victorię. Wypełniła swoje obowiązki perfekcyjnie.

Nienawidziła mnie.

Poranek ciągnął się w nieskończoność. Nie mogłam jeść. Zimno Blake'a przy stole przypomniało mi coś.

Miałam trzynaście lat. Trzy dziewczyny otoczyły mnie za szkolną salą gimnastyczną.

"Trzymaj się z dala od Emmy," jedna syknęła, popychając mnie na ścianę. "Nie pasujesz tutaj."

Kolejna wyrzuciła moje książki. "Córka kryminalisty."

Wtedy go zobaczyłam.

Blake przeszedł obok. Osiemnaście lat, pewny siebie, szukający kogoś. Prawdopodobnie Emmy. Nawet nie spojrzał w naszą stronę.

Ale dziewczyny się rozproszyły.

Stałam tam, książki u moich stóp, patrząc jak znika.

Uratował mnie, nie wiedząc, że istnieję.

To był dzień, kiedy się w nim zakochałam.

Dziesięć lat później, nadal byłam dla niego niewidzialna.

O drugiej, Mercedes Elizabeth podjechał. Patrzyłam, jak wysiada - kremowy garnitur, srebrne włosy idealne, każdy cal matrony społecznej, która poślubiła dla obowiązku i wychowała swoje dzieci w ten sam sposób.

Blake powitał ją w holu. "Matko."

"Blake, kochanie." Pocałowała go w policzek. Jej oczy znalazły mnie. "Aria."

Całe ciepło zniknęło z jej głosu.

"Pani Morgan."

"Porozmawiamy w gabinecie," powiedział Blake.

"Tak naprawdę chcę, żeby Aria też tam była." Wzrok Elizabeth pozostał na mnie. "To jej dotyczy."

Nigdy nic dobrego z tego nie wychodziło.

W gabinecie, Elizabeth usiadła jakby była właścicielką tego miejsca. Blake stał przy oknie. Ja zostałam przy drzwiach.

"Byłam na gali zeszłej nocy," zaczęła Elizabeth. "Rodzina Redwood ją organizowała. Olivia wyglądała wspaniale."

Szczęka Blake'a się zacisnęła.

Poczułam, jak ściska mnie w piersi. Olivia. Byłyśmy nierozłączne jako dzieci - córka gospodyni i dziedziczka medycznej dynastii, jakoś znajdujące przyjaźń mimo wszystko. Aż ta jedna noc wszystko zrujnowała. Aż uwierzyła, że zdradziłam ją w najgorszy możliwy sposób.

Teraz byliśmy wrogami.

"Ogłosiła swoją ciążę," kontynuowała Elizabeth, patrząc na Blake'a. "Trzy miesiące. Jej rodzina była zachwycona."

Coś przemknęło przez twarz Blake'a — ból, tęsknota — zanim stała się bez wyrazu.

"A Charlotte Carter też ogłosiła swoją." Oczy Elizabeth skierowały się na mnie. "Wszyscy świętują nowe życie."

Zrobiła pauzę.

"Wszyscy oprócz tego domu."

Zapadła cisza. Wbiłam paznokcie w dłonie.

"Mamo—"

"Trzy lata, Blake. Trzy lata i wciąż brak dziedzica Morganów." Wstała, idąc w moją stronę. "Zaczynam się zastanawiać, czy nie ma jakiegoś problemu."

Zatrzymała się przede mną.

"Może Aria nie stara się wystarczająco. Albo może coś z nią jest nie tak."

Byłam w ciąży. W tej chwili. Jego wnuk był we mnie. Ale nie mogłam tego powiedzieć.

"Dość tego," powiedział Blake.

"Czyżby?" Elizabeth zwróciła się do niego. "Umówiłam konsultację w Manhattan Fertility Center. Dr Richardson. Jest najlepszy."

"Lekarz od płodności?" Słowa ledwo wyszły z moich ust.

"Do sztucznego zapłodnienia. Skoro natura nie współpracuje."

Chciała zastąpić moje dziecko — to, które już tam było — jakąś procedurą.

"Kiedy Olivia zachodzi w ciążę tak łatwo, a Charlotte po zaledwie dwóch latach, zaczyna się zastanawiać." Głos Elizabeth był lodowaty. "Jaki dokładnie jest tu problem?"

Pozwoliła, by to zawisło w powietrzu. Że zawodziłam. Byłam wadliwa.

"Wizyta jest w przyszłym tygodniu. Oczekuję was obojga."

"Mamo, to nie—"

"Rodzina Morganów potrzebuje dziedzica. Twój ojciec i ja byliśmy cierpliwi. Trzy lata to wystarczająco. Jeśli Aria nie może tego zrobić naturalnie, użyjemy nauki."

Przeszła obok mnie, potem się zatrzymała.

"O, Blake? Wiesz coś nowego o Emmie ostatnio? Myślę, że wy dwoje byliście sobie przeznaczeni."

Wyraz Blake'a złagodniał — znowu ta tęsknota.

"Robi wielkie rzeczy dla rodzinnego biznesu. Taka osiągnięta." Elizabeth spojrzała na mnie z czystą pogardą. "Taka zupełnie inna."

Od ciebie. Nie musiała tego mówić. Nie musiała.

Po jej wyjściu, Blake stał przy oknie.

Stałam tam. Moja ręka przesunęła się na brzuch, zanim się zorientowałam.

"Blake—"

"Muszę pracować." Przeszedł obok mnie, nie patrząc na mnie.

Stałam sama. Słowa Elizabeth odbijały się echem. Sztuczne zapłodnienie. Bo nie byłam wystarczająca. Bo dziecko we mnie — jego dziecko — nie było wystarczające.

Obie ręce przycisnęłam do brzucha.

Myślałam o Olivii, szczęśliwej i w ciąży ze swoim mężem. O Charlotte, promiennej na tej scenie. O Emmie, osiągniętej i doskonałej, przesyłającej miłość mojemu mężowi.

A ja tu byłam. Córka przestępcy. Żona z kontraktu. Nosząca dziecko, którego nikt nie chciał.

Ale to dziecko było moje. Cokolwiek się stanie, cokolwiek Blake zdecyduje, cokolwiek Elizabeth zażąda — to dziecko było moje.

Nie pozwolę im tego zabrać.

Nie Elizabeth z jej zimnymi żądaniami. Nie Blake z jego obojętnością. Nawet nie wspomnienie tego, kim kiedyś byłam — przerażoną dziewczyną przy ścianie, czekającą na kogoś, kto ją uratuje.

Skończyłam z czekaniem na ratunek.

Przycisnęłam dłoń do brzucha.

"To ty i ja," wyszeptałam. "To wszystko, czego potrzebujemy."

Ale nawet mówiąc to, czułam nadchodzące łzy. Bo część mnie — ta część, która zakochała się w Blake'u dziesięć lat temu — wciąż chciała, żeby się odwrócił. Żeby mnie zobaczył. Żeby nas chciał.

Ta część mnie wciąż była tą dziewczyną przy ścianie.

I nienawidziłam jej za to.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział