Rozdział 4
ARIA
Kiedy wróciłam do prywatnego pokoju, Matthew był w centrum uwagi. Zebrał wokół siebie małą grupę biznesmenów w drogich garniturach, wszyscy śmiali się z czegoś, co powiedział.
Blake siedział na czele stołu, jego wyraz twarzy był nieczytelny. Rzucił na mnie krótkie spojrzenie, kiedy weszłam, a potem wrócił do rozmowy z Orionem.
Żadnego zaniepokojenia. Żadnego uznania. Nic.
Usiadłam w rogu, starając się stać niewidzialną.
"Ah, wróciła." Głos Matthew przeciął powietrze. "Właśnie opowiadałem wszystkim o dawnych czasach. Kiedy rodzina Taylorów pracowała dla rodziny Grantów."
Nie reaguj. Nie daj mu nic.
"Aria i ja bawiliśmy się razem jako dzieci," kontynuował Matthew, idąc w moją stronę z tym samym okrutnym uśmiechem. "Zawsze biegała za mną i Olivią. Pamiętasz to, Ario?"
Spojrzałam mu w oczy. "Pamiętam."
"Kiedyś byliśmy przyjaciółmi." Upił łyk whisky. "Zanim jej ojciec się upił i zabił mojego."
Pokój ucichł.
"Matthew—" zaczął Blake.
"Nie, pozwól mi dokończyć." Matthew podniósł rękę. "Wszyscy muszą to zrozumieć. Ojciec Arii wiózł mojego ojca na lotnisko dziesięć lat temu. Był pijany. Stracił kontrolę. Mój ojciec zginął na miejscu."
To nieprawda. Mój ojciec nie pił.
"Poziom alkoholu we krwi dwa razy przekraczał dopuszczalny limit," kontynuował Matthew. "Aaron przeżył jako warzywo. Mój ojciec został pochowany."
Wbiłam paznokcie w dłonie. Każde słowo bolało.
"Więc kiedy widzę ją tutaj w drogich ubraniach, żonę Blake'a Morgana... Zastanawiam się, co zrobiła, żeby to wszystko zdobyć."
Ktoś się zaśmiał.
Szczęka Blake'a się zacisnęła, ale milczał. Jego zimne niebieskie oczy obserwowały bez emocji.
Nie obroni mnie.
"Wiesz co?" Matthew odstawił szklankę. "Powinniśmy odpowiednio uczcić nasze partnerstwo. Skoro Aria jest tutaj jako przedstawicielka Blake'a, powinna wziąć udział."
"Co proponujesz?" zapytał jeden z biznesmenów, wyraźnie ciesząc się przedstawieniem.
Uśmiech Matthew poszerzył się. "Toast. Prawdziwy. Aby okazać szacunek wszystkim szanownym gościom dzisiejszego wieczoru."
Podszedł bliżej, aż stanął tuż przede mną.
"Padnij na kolana, Ario. I zaoferuj każdemu tutaj drinka. Jako przeprosiny za grzechy twojego ojca."
Słowa uderzyły mnie jak fizyczny cios.
Nie. Nie, to nie może się dziać.
Spojrzałam na Blake'a. Błagałam go w milczeniu, żeby to zatrzymał. Żeby wstał i powiedział coś. Cokolwiek.
Patrzył na mnie przez długą chwilę. Potem odwrócił wzrok.
"Prośba Matthew jest rozsądna," powiedział cicho Blake. "Dobrze by było dla partnerstwa, gdybyś współpracowała."
Moje serce się rozpadło.
"Blake—"
"To ważny interes, Ario." Jego głos był zimny. "Nie rób sceny."
Wszystkie oczy były teraz na mnie. Niektóre ciekawskie, inne pełne pogardy. Matthew stał tam z triumfalnym uśmiechem, trzymając butelkę whisky.
Nie miałam wątpliwości, że jego następne słowa będą kazały mi pić, zmuszając mnie do klęczenia – jak służka, coś mniej niż człowiek. Jestem w ciąży. Nie mogę nawet pić. Nie miałam wyboru.
"No i co?" Matthew uniósł brew. "Czekamy."
Moje nogi były ciężkie, kiedy wstałam. Każdy instynkt krzyczał, żeby uciekać, zostawić to miejsce i nigdy nie oglądać się za siebie.
Ale dokąd miałabym pójść? Blake był moim mężem. To był jego interes. Jego świat.
A ja byłam tylko córką mordercy, która jakoś oszukała się do tego świata.
Powoli uklękłam.
Dywan był szorstki przeciwko mojej skórze. Słyszałam szepty, widziałam ludzi wyciągających telefony.
Nagrywają to. Zapamiętają to na zawsze.
Matthew podał mi butelkę whisky i szklankę. "Zacznij od pana Millera. Bardzo interesuje się partnerstwem Morgan-Redwood."
Drżącymi rękami nalałam drinka. Przemknęłam przez podłogę do miejsca, gdzie siedział pan Miller, jego wyraz twarzy był mieszanką dyskomfortu i fascynacji.
"Proszę, przyjmij ten drink," wyszeptałam.
Wziął go, nie patrząc na mnie.
"Głośniej," zawołał Matthew. "I powiedz, 'Proszę, wybacz grzechy mojego ojca.'"
Słowa utknęły mi w gardle.
Mój ojciec nie był mordercą. Nie pił. To wszystko jest nieprawda—
"Powiedz to."
Spojrzałam jeszcze raz na Blake'a. Rozmawiał z Orionem, śmiał się z czegoś, jakby mnie nie było.
Jakbym nie klęczała na kolanach w środku pokoju.
"Proszę, wybacz grzechy mojego ojca," wykrztusiłam.
"Dobra dziewczynka." Głos Matthew'a ociekał satysfakcją. "Teraz następny."
Czołgałam się do następnej osoby. I następnej. I kolejnej.
Za każdym razem musiałam powtarzać te słowa. Za każdym razem kawałek mojej godności kruszył się.
Kolana miałam posiniaczone. Ręce trzęsły się tak bardzo, że ledwo mogłam nalewać napoje. Ale ciągle szłam dalej, bo co mogłam zrobić?
Kiedy dotarłam do ostatniego gościa, Matthew pojawił się obok mnie.
"Jeszcze jedna rzecz," powiedział cicho, tak że tylko ja mogłam usłyszeć. "Chcę, żebyś coś zrozumiała. Twój ojciec zniszczył moją rodzinę. A ty... jesteś taka sama. Plama, którą trzeba wymazać."
Potem głośniej, żeby wszyscy mogli usłyszeć: "Podziękuj Blake'owi za danie ci tej szansy na zadośćuczynienie."
Odwróciłam się, żeby spojrzeć na Blake'a. Patrzył teraz, jego twarz była bez wyrazu.
"Dziękuję," wyszeptałam.
"Głośniej."
"Dziękuję, Blake." Mój głos się załamał. "Za danie mi tej szansy."
Ktoś zaklaskał. Potem kolejna osoba. Wkrótce cała sala biła brawo, jakbym właśnie wykonała sztuczkę.
Próbowałam wstać, ale nogi nie chciały współpracować. Pokój zaczął się kręcić.
Kręgosłup palił. Ta stara kontuzja, ta z dziesięciu lat temu, kiedy rzekomo spadłam ze schodów. Ta, o którą nikt nigdy nie pytał.
Ból przeszył mnie.
Nie teraz. Proszę, nie teraz.
Podniosłam się, ale wzrok mi się zamazał. Kolana się ugięły.
Upadłam do przodu, uderzając czołem o podłogę.
Uderzenie oszołomiło mnie. Leżałam tam, niezdolna do ruchu, niezdolna do myślenia. Głosy krążyły wokół mnie, stłumione i odległe.
Ktoś się zaśmiał.
Próbowałam wstać, ale ciało nie reagowało. Ból w kręgosłupie był nie do zniesienia. Głowa pulsowała tam, gdzie uderzyła o podłogę.
Wstań. Wstań. Nie pozwól im zobaczyć cię w takim stanie.
Ale nie mogłam. Po prostu leżałam tam, patrząc na drogi dywan, podczas gdy pokój toczył się dalej, jakby nic się nie stało.
Głos Blake'a, nadal rozmawiający o interesach.
Śmiech Matthew'a, okrutny i zadowolony.
Brzęk kieliszków.
Nikt nie przyszedł mi pomóc.
Po tym, co wydawało się wiecznością, udało mi się podnieść na ręce i kolana. Potem powoli, boleśnie, na nogi.
Głowa krwawiła. Czułam ciepły strumień na skroni.
Chwiejnie ruszyłam w stronę drzwi. Nikt mnie nie zatrzymał. Nikt nawet nie spojrzał.
Korytarz na zewnątrz był błogosławioną pustką. Oparłam się o ścianę, próbując złapać oddech.
Co się właśnie stało? Czy naprawdę—
Drzwi otworzyły się za mną. Blake.
Przez chwilę myślałam, że przyszedł sprawdzić, co ze mną. Że może, w końcu, okaże trochę troski.
Ale jego wyraz twarzy był zimny jak zawsze.
"Skończyłaś robić scenę?"
Te słowa uderzyły mocniej niż podłoga.
"Ja... upadłam—"
"Widziałem." Przeszedł obok mnie w stronę windy. "Chodź. Wychodzimy."
Podążyłam za nim na drżących nogach, krew nadal kapała mi z twarzy.
W garażu Blake skierował się do swojego samochodu, nie oglądając się. Myślałam, że otworzy drzwi dla mnie, ale po prostu stał tam, klucze w ręku.
"Co twoja matka powiedziała przez telefon?" Jego głos był ostry.
"Po prostu... wspomniała, że Emma wróciła—"
"Słuchaj uważnie, Aria." Zbliżył się. "Emma ma starą kontuzję kręgosłupa. Powoduje jej ciągły ból. Jeśli sprawisz, że poczuje jakikolwiek dyskomfort z twojego powodu, jeśli spowodujesz jej stres lub zdenerwowanie, sprawię, że będziesz tego żałować. Rozumiesz?"
On pamięta kontuzję Emmy. Zna każdy szczegół jej bólu.
Ale nie wie o moim. Nigdy nie pytał.
"Rozumiem."
"Dobrze." Odkrył samochód. "Możesz sama wrócić do domu. Mam coś do załatwienia."
"Blake, proszę—"
"Zadzwoń po Ubera." Wsiadł do samochodu. "I ogarnij się, zanim wrócisz do domu. Wyglądasz żałośnie."
Odjechał, zostawiając mnie samą w pustym garażu.
Głowa nadal krwawiła. Kolana były posiniaczone i obdarte. Kręgosłup palił.
A ja byłam pięć mil od Hampton Estate, w środku nocy, bez drogi powrotnej.
Wyciągnęłam telefon. Aplikacja do zamawiania przejazdów pokazywała brak dostępnych kierowców w okolicy.
Oczywiście.
Zaczęłam iść.
