Rozdział 1 Ubóstwo w zaroślach

[Freya]

Rytmiczne łomotanie z mieszkania obok zaczęło się znowu o 23:47, akurat gdy wreszcie odpływałam. Uderzający o naszą wspólną ścianę zagłówek łóżka posyłał drgania przez moją poduszkę, a towarzyszyły temu coraz głośniejsze oznaki namiętności, których nie dało się zignorować.

Wpatrywałam się w poplamiony zaciekami sufit naszego kawalerkowego mieszkania, licząc znajome brązowe plamy, które rozkwitały jak powykręcane kwiaty na pożółkłej farbie. Rury grzewcze co jakiś czas brzęczały i stukały, dokładając perkusję do symfonii moich sąsiadów.

Łup. Łup. Łup.

— O Boże, tak! Nie przestawaj!

Chwyciłam poduszkę i przycisnęłam ją do głowy, ale to nic nie dało. Papierowo cienkie ściany Rustbelt Apartments niczego nie ukrywały. Od tygodni funkcjonowałam na trzech godzinach snu, a moja zmiana na szóstą rano w Green Hospital była już za mniej niż sześć godzin.

W końcu nie wytrzymałam. Zsunęłam się z wąskiego łóżka i ostro zapukałam w ścianę.

— Hej! Niektórzy z nas muszą rano iść do pracy!

Odpowiedź była natychmiastowa i do przewidzenia.

— Zajmij się swoim pierdolonym życiem, pruderyjna! — odkrzyknął męski głos, po czym rozległ się okrutny śmiech z obu stron.

Dźwięki wróciły z jeszcze większym zapałem, jakby moja skarga tylko ich zachęciła.

Opadłam z powrotem na swój wygnieciony materac, naciągając na brodę wytarty koc. W ciemności mieszkanie wydawało się mniejsze — zaledwie jakieś trzydzieści siedem metrów kwadratowych, które dzieliłam z mamą. Aneks kuchenny z lodówką, która bez przerwy charczała, łazienka z prysznicem, z którego w najlepsze dni leciała tylko letnia woda, i ten główny pokój, który naraz był sypialnią, salonem i miejscem do nauki.

Moje medyczne podręczniki piętrzyły się niebezpiecznie na składanym stoliku, który robił za biurko; strony miały pozaznaczane zakreślaczem i poplamione kawą. Obok leżał równy stos zestawień kredytu studenckiego — 178 000 dolarów i wciąż rosło. A przy nich wezwania do zapłaty za narkotykowe długi mamy. Mieszkałyśmy w małym mieszkaniu, które mama kupiła lata temu, ale nałóg pochłonął wszystko inne. Teraz ledwie wiązałyśmy koniec z końcem — wybierając między jedzeniem a podręcznikami, żyjąc na zupkach instant i na tym, co darmowego udało mi się zgarnąć w szpitalu.

W końcu sąsiedzi zakończyli swoje nocne aktywności, zostawiając po sobie ciszę niemal przytłaczającą. Sięgnęłam po butelkę melatoniny ze stolika nocnego, wysypałam trzy tabletki — dwa razy więcej niż zwykle — i połknęłam je na sucho. Po dwudziestu minutach ciemność wreszcie mnie pochłonęła.


Przenikliwy jazgot budzika wyrwał mnie ze snu o 5:15. Udało mi się może trzy godziny poszarpanego odpoczynku. Bolało mnie całe ciało, kiedy zsunęłam się z materaca; kark miałam zesztywniały od płaskiej poduszki, która straciła kształt wiele miesięcy temu.

Poranne światło przesączało się przez jedyne okno, obnażając nasze warunki w bezlitosnym detalu. Wykładzina była poplamiona i wytarta, jeszcze po poprzednich właścicielach. Na ścianach widać było dziury po gwoździach, otarcia i ten uporczywy brązowy zaciek, który zdawał się rosnąć z miesiąca na miesiąc.

Mama już nie spała; stała przy maleńkiej kuchence tyłem do mnie. Miała na sobie ten sam wyblakły różowy szlafrok, który nosiła od lat, a ciemne włosy zebrała w niedbały kok. Małą przestrzeń wypełniał zapach kawy instant.

— Dzień dobry, kochanie — powiedziała, nie odwracając się. — Zrobiłam jajka.

Doczłapałam do aneksu, gdzie przekładała jajecznicę z patelni na dwa niedopasowane talerze.

Na widok śniadania żołądek zaburczał mi głośno.

— Dzięki, mamo. — Przyjęłam talerz z wdzięcznością. Cienie pod jej oczami trochę zbladły i odwyk pozwolił jej odzyskać kilka kilogramów, ale wiedziałam, że te jajka to pewnie najbardziej konkretny posiłek, jaki dziś zjem. Reszta to najpewniej zupki w kubku albo cokolwiek będzie na promocji w sklepie na rogu. Ostatnio ubrania robiły się na mnie luźniejsze — nie przez celowe odchudzanie, tylko przez ten rodzaj mimowolnej utraty wagi, który przychodzi, kiedy rozciąga się każdego dolara tak długo, aż zaczyna krzyczeć.

– Jak ci się spało? – zapytała, siadając naprzeciwko mnie przy naszym malutkim stoliku.

– Dobrze – skłamałam, tak samo jak ona kłamała, że u niej wszystko w porządku.

– Niedługo muszę już wychodzić – powiedziała, zerkając na zegar. – Zmiana zaczyna mi się o siódmej.

Znalazła pracę jako kasjerka w małym sklepie spożywczym w sąsiedniej dzielnicy. To nie było wiele – najniższa krajowa, bez żadnych świadczeń – ale zawsze coś.

– Jak ci idzie w pracy? – zapytałam, kończąc jajka.

– Jest w porządku. Kierownik jest całkiem miły, a robota trzyma mnie w ruchu. – Wstała, już sięgając po kurtkę. – Zajęcie jest dobre.

Skinęłam głową, rozumiejąc, co ma na myśli. Bezczynność była niebezpieczna dla kogoś, kto dochodzi do siebie.

Dwadzieścia minut później obie wychodziłyśmy. Mama miała na sobie służbowy strój, a na to gruby wełniany sweter, żeby było cieplej, ja natomiast wciągnęłam szarą kurtkę, która kiedyś leżała na mnie idealnie, a teraz wisiała luźno na ramionach i w pasie. Dżinsy kupione na początku studiów medycznych zrobiły się workowate na biodrach, trzymał je pasek ściągnięty na najciaśniejszą dziurkę. W małym lustrze przy drzwiach mignął mi mój obraz – zapadnięte policzki, ostre obojczyki widoczne mimo warstw, które na siebie włożyłam.

– Miłego dnia w pracy – zawołała za mną. – Kocham cię.

– Ja ciebie też – odpowiedziałam, już kierując się do drzwi.

Korytarz na zewnątrz naszego mieszkania śmierdział papierosami i czymś nie do zidentyfikowania, co mogło być gnijącym jedzeniem. Nad głową migotały jarzeniówki, zalewając wszystko chorobliwie żółtym światłem.

Na dworze październikowe powietrze wgryzało się przez moją cienką kurtkę. Rustbelt Apartments kucały niczym betonowy nowotwór pośród opuszczonych magazynów i pustych placów tej zapomnianej części miasta. Fasada budynku była zacieczona latami zanieczyszczeń i zaniedbania, a okna zasłaniały kraty, przez co całość wyglądała bardziej jak więzienie niż dom.

Przeszłam trzy przecznice do przystanku, mijając zwyczajny zbiór porannych dojeżdżających – głównie pracowników szpitala takich jak ja, których nie było stać na nic lepszego. Autobus był zatłoczony i pachniał przemysłowym środkiem dezynfekującym oraz zbyt wieloma ludźmi upchniętymi na zbyt małej przestrzeni.

Kiedy miasto przesuwało się za brudnymi szybami, pozwoliłam myślom odpłynąć ku temu, co mnie czeka. Obchód o 6:30. Oceny pacjentów. Przegląd dokumentacji. I gdzieś w tym grafiku – konieczność zmierzenia się z doktorem Emersonem Salvatore.

Nie myśl o nim, powiedziałam sobie stanowczo. To twój przełożony. Nic więcej.

A jednak, nawet gdy to pomyślałam, poczułam, jak po karku wspina się gorąco. Te przeszywająco niebieskie oczy. To, jak jego głos opadał do tego władczego tonu, kiedy wydawał polecenia. Te nieodpowiednie fantazje, które dopadały mnie w najgorszych możliwych momentach.

To było absurdalne. Nieprofesjonalne. Byłam rezydentką z miażdżącym długiem i matką w trakcie wychodzenia z nałogu, a nie beztroską uczennicą z zadurzeniem w starszym koledze. Miałam większe problemy niż niewygodny pociąg do mężczyzny, który ledwie zdawał się zauważać, że istnieję.

Autobus szarpnął i zatrzymał się przed głównym wejściem do Green Hospital. Chwyciłam torbę i dołączyłam do strumienia pracowników porannej zmiany wysypujących się na zewnątrz. Szpital wyrastał przed nami jak lśniąca latarnia nowoczesnej medycyny – szkło, stal i sprawność. Tak wyraźny kontrast wobec małego mieszkania, które posiadałyśmy.

Przez chwilę pozwoliłam sobie wyobrazić inne życie. Takie, w którym nie musiałabym wybierać między zakupami a podręcznikami, w którym nie opuszczałabym posiłków, żeby starczyło na bilet autobusowy. Takie, w którym mogłabym skupić się na zostaniu najlepszą lekarką, jaką mogę być, zamiast zastanawiać się, czy wystarczy mi sił, by dotrwać do końca dyżuru z pustym żołądkiem. Takie, w którym mama byłaby zdrowa i stabilna, a ja nie leżałabym nocami bez snu, myśląc, czy to nie będzie ten dzień, kiedy znów wróci do nałogu.

Ale fantazje nie opłacą rachunków ani nie utrzymają mamy w trzeźwości. Mogły to zrobić tylko ciężka praca i ostrożne planowanie.

Wyprostowałam ramiona, sprawdziłam, czy włosy mam schludnie ułożone, i przeszłam przez automatyczne drzwi szpitala.

Następny Rozdział