Rozdział 4 Okazja z bólem
[Freya]
Kiedy odzyskałam przytomność, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam, była twarz doktora Salvatore’a, zaledwie kilka centymetrów od mojej. Jego niebieskie oczy wpatrywały się we mnie uważnie.
Szarpnęłam się do tyłu z sapnięciem, o mało nie spadając z kanapy.
— Już pani nie śpi — powiedział, prostując się i wracając na swoje krzesło przy biurku. Skrzyżował ramiona na piersi i obserwował mnie z marsową miną.
— Co się stało? — zapytałam, zdezorientowana.
— Zemdlała pani. Niski poziom cukru i wyczerpanie. — Wskazał stolik kawowy. — Jeść.
Czekały tam kanapka i butelkowana woda. W brzuchu mi zaburczało, więc sięgnęłam po jedzenie z wdzięcznością.
— Przedawkowuje pani melatoninę? — zapytał swobodnie, kiedy wzięłam pierwszy kęs.
Prawie zakrztusiłam się kanapką. — Co?
— Źrenice, czas reakcji, sposób, w jaki pani zasłabła. — Nie odrywał ode mnie wzroku. — Ile tabletek pani bierze?
— Nie wiem, o czym pan mówi — odparłam, ale poczułam, jak policzki oblewa mi gorąco.
— Pani życie to kompletny bałagan, prawda? — stwierdził rzeczowo. — Brak snu, brak porządnych posiłków, samoleczenie środkami nasennymi...
— To nie pana sprawa — powiedziałam cicho, odkładając kanapkę. — To, co robię w swoim prywatnym czasie, nie powinno pana obchodzić.
— Zaczyna mnie to obchodzić, kiedy wpływa na pani wyniki w pracy.
Przygryzłam wargę, wiedząc, że nie mogę pozwolić sobie na zbyt ostry sprzeciw. Ta praca znaczyła dla mnie wszystko. — Przepraszam, doktorze Salvatore. Będę bardziej uważać.
— Pani życie się sypie — ciągnął, a jego ton był kliniczny i chłodny. — I ciągnie pani za sobą w dół swoje zawodowe funkcjonowanie.
— Radzę sobie — powiedziałam słabo. — Wszystko jest pod kontrolą.
— Oczywiście — rzucił sucho, patrząc na mnie, jakbym była oderwana od rzeczywistości.
Wbiłam wzrok w swoje dłonie, czując się mała i obnażona pod jego oceną.
— Wysyłam panią na urlop okolicznościowy — oznajmił, już sięgając po dokumenty. — Trzy dni. Potrzebuje pani czasu, żeby pobyć z matką i uporządkować swoje życie.
— Dziękuję — powiedziałam cicho, zaskoczona tą dozą troski mimo jego ostrych słów.
— Proszę iść do domu, doktor Harper. Doprowadzić się do porządku.
Skinęłam głową i ruszyłam do drzwi; policzki wciąż paliły mnie ze wstydu, ale byłam wdzięczna za wolne, żeby móc zostać przy mamie.
W mieszkaniu panowała ogłuszająca cisza. Po długim, gorącym prysznicu stanęłam przed lustrem w łazience; para wciąż trzymała się szkła.
Spojrzałam na swoje nagie ramiona — skóra była blada i gładka, bez żadnych śladów urazu. A jednak widziałam tylko obraz wypalony w pamięci: nadgarstki mamy, te równe, poziome nacięcia, które o mało nie odebrały jej życia. Bandaże, którymi w szpitalu owinięto jej ręce. To, jak jej dłonie wyglądały tak nieruchomo i blado na tle białych prześcieradeł.
Moje własne ręce wyglądały tak... niewinnie. Nietknięte. Jakbym nie była przyczyną wszystkiego, co poszło nie tak.
— To była moja wina — wyszeptałam do swojego odbicia. — Zraniłam ją.
W głowie uformowała mi się rozpaczliwa myśl. Jeśli się ukarzę, jeśli będę cierpieć tak, jak cierpiała ona, może… może Bóg zobaczy, że płacę za swoje grzechy. Może pozwoli jej się obudzić. Może jutro, kiedy pójdę do szpitala, zastanę ją siedzącą na łóżku, przytomną i roześmianą, proszącą o swoją ulubioną kawę, jakby nic się nie stało.
Drżącymi rękami otworzyłam szafkę z lekami. Za aspiryną i plastrami znalazłam to, czego szukałam — jednorazową maszynkę do golenia, taką z cienkim, ostrym ostrzem.
Usiadłam na krawędzi wanny, tej samej, w której ją znalazłam. To miała być moja pokuta. Moja wymiana z jakimikolwiek siłami, które rządziły życiem i śmiercią.
Pierwsze cięcie było niepewne, w poprzek lewego przedramienia — daleko od nadgarstka, tylko cienka kreska na miękkiej części ręki, tam, gdzie ukryją ją rękawy. Ostrze było ostrzejsze, niż się spodziewałam. Rozsunęło skórę z zaskakującą łatwością i przez chwilę nie było bólu — tylko cienka czerwona linia, która powoli zaczęła wypełniać się krwią.
Proszę — pomyślałam, gdy pojawiło się pieczenie, ostre i natychmiastowe. Niech się obudzi. Zajmę jej miejsce. Zniosę ten ból.
Drugie cięcie, równoległe do pierwszego. Głębsze, bardziej świadome. Z każdą kroplą krwi zawierałam swój układ z wszechświatem. Moje cierpienie za jej powrót do zdrowia. Mój ból za jej świadomość.
Jutro — powiedziałam sobie, dociskając do ran myjkę i patrząc, jak biała tkanina rozkwita czerwienią. Jutro będzie przytomna i wszystko będzie jak dawniej.
Oczyściłam rany ostrożnie i zabandażowałam je z medyczną precyzją, po czym ukryłam dowody z tyłu szafki z lekami. Jutro założę długie rękawy. I jutro znów zobaczę otwarte oczy mamy.
Następnego ranka obudziłam się z mieszaniną nadziei i lęku. Zabandażowane ramię pulsowało pod koszulą z długim rękawem, kiedy szłam do szpitala, przekonana, że moja ofiara zadziałała, że zastanę mamę przytomną i uśmiechniętą.
Ale gdy weszłam na oddział intensywnej terapii, leżała dokładnie tak, jak ją zostawiłam — blada, nieruchoma, otoczona równym pikaniem monitorów. Jej oczy pozostawały zamknięte, a oddech wspomagały maszyny.
— Jakieś zmiany? — zapytałam pielęgniarkę z nadzieją.
Pokręciła głową ze współczuciem. — Przykro mi, kochanie. Wciąż brak reakcji.
Kiedy pielęgniarka wyszła, ostrożnie opuściłam barierkę łóżka i przysiadłam na brzegu obok mamy. Objęłam jej kruche ciało najdelikatniej, jak potrafiłam, uważając na rurki i przewody podtrzymujące ją przy życiu. Jej głowa opadła na moje ramię, bezwładna i nieobecna, a jej niegdyś bujne włosy, teraz matowe i przerzedzone, musnęły mój policzek.
— Tak mi przykro — wyszeptałam, a łzy spływały mi po twarzy. — Te wszystkie okropne rzeczy, które powiedziałam wcześniej… Nie miałam tego na myśli. Byłam tylko wściekła i przerażona. — Pogładziłam ją po włosach, przypominając sobie wszystkie razy, kiedy robiła to samo dla mnie, gdy jako dziecko byłam chora albo przestraszona.
Jedyną odpowiedzią było miarowe pikanie monitora serca i mechaniczny szum respiratora.
